10Dawno nie byłem na żadnym koncercie i dawno nie wyjeżdżałem na weekend. Jest wiosna i penie będzie ładna pogoda.

 

 

9. Spotkam 8323323 znajomych osób, z którymi wypiję 32334434 piw.

 

 

8.  Właśnie Rafał Monastyrski zwrócił mi uwagę, że ZEAL&ARDOR to zagra na Metal hammer fest (na który też się wybieram) , a nie na Metalmanii. Więc jako ósmy powód wpiszę tu fakt, że to tegoroczny skład Metalmanii bije na głowę wszystkie składy w latach 1996-2007, gdy sobie ten festiwal najzwyczajniej w świecie odpuszczałem.

7. ENTOMBED A.D. – nie podoba mi się ich ostatnia płyta. Wydaje mi się sucha i jałowa – przesłuchałem z pięć razy i brodę otarłem sobie o podłogę tak szeroko ziewałem. Wcześniejszy krążek, który wydali pod tym szyldem ponoć był słabszy – mi jednak podobał się bardziej. Może nie był równy, ale kilka utworów zrywało skalp z głowy. Powiem Wam jednak jedno – na żywo widziałem ENTOMBED kilka razy, ale najbardziej porwali mnie właśnie już pod nazwą ENTOMDED A.D. gdy kilka lat temu zagrali w krakowskiej Fabryce (r.i.p). Nie jest powiedziane więc, że na Metalmanii Szwedzi miło nie zaskoczą i nie zgrają potężnego koncertu.

6. POLSKIE ZESPOŁY – tegoroczna Metalmania mimo kilku mniej lub bardziej ekscytujących gwiazd, mimo kilku zespołów, których obecność gorzko rozczarowuje (ten nieszczęsny SAMAEL!) wyróżnia się przede wszystkim promocją naszej krajowej sceny. I to nie taką promocją jak kiedyś – przyjechały gwiazdy z zachodu to może przy okazji wypchniemy Kazika, Heńka i Janusza, żeby ogrzali się w blasku ich sławy. Publiczność będzie pijana więc może nie zauważają, że to chujowy zespół. A jak raz nie zauważą to później może nie zauważą drugi i trzeci, a później kupią jego płytę – bo i tak nic innego nie będą mieli do wyboru. Nie. Dziś te nasze rodzime zespoły stają na scenie bez żadnych kompleksów – i wcale bym się nie zdziwił gdy się okazało, że w przyszłą sobotą niektóry z nich przyćmią kapele z teoretycznie większymi nazwami. Ba, jestem prawie tego pewien.

5. TYGERS OF PAN TANG – dinozaury NWOBHM założyli swój zespół w tym samym roku, w którym ja się urodziłem. Ponoć już byli w Polsce, ale ja ten koncert przegapiłem. Bardzo się cieszę, że wreszcie ich zobaczę i coś mi podpowiada, że może to być ostatnia okazja.

4. SINISTER– tak! To nie pomyła. Na żywo ostatni raz widziałem ich ponad dekadę temu i wówczas zrobili na mnie naprawdę dobre wrażenie. Uważam, że pierwsze dwie płyty Holendrów to jedne z najwybitniejszych albumów w dziejach muzyki death metalowej. Trzecia niewiele im ustępuje, a gdy po spadku formy powrócili z „Afterburner”, trzymają wysoką formę, odwrotnie proporcjonalną do popularności. Grają zupełnie niemodnie – bo ani to gruz i oldschool, ani techniczne wygibasy i ściana sonicznej przemocy. Wierzę, że na Metalmanii pokażą klasę i kto wie, może sprawią, że krytycy ich ostatnich płyt porządnie je przesłuchają.

3. SODOM – nie wiem ile razy widziałem ich na żywo, ale wiem że zawsze byłem zachwycony. W odróżnieniu od geriatrycznego i plastikowego KREATOR, w odróżnieniu od DESTRUCTION, którzy potrafią zagrać koncert dobry, a chwilę później zaskoczyć występem, którzy przypomina pszenne otręby wymieszane z trocinami – SODOM nigdy nie zawodzi. I nie ważne czy gra więcej starszych czy więcej nowszych kawałków – klasyki zawsze są, a i te bardziej aktualne utwory na żywo brzmią zdecydowanie bardziej przekonująco niż z płyt.

2. IMPALED NAZARENE– kocham ich od czasów „Ugra-Karma” i przyznam, że od premiery tego krążka – a był to bodaj w 1993 roku nie nagrali już nic równie ekscytującego. Nie znaczy to jednak, że rozczarowywali. Od 24 lat regularnie kupuję ich kolejne albumy i uważam, że nigdy poniżej dobrego poziomu nie zeszli. Jacy są na żywo? Widziałem tylko raz i przeżyłem niemałą huśtawkę nastroju – grając starszy repertuar ekscytowali jak cholera, grając nowszy – zdecydowanie mniej. Dodatkowo to był opener i środek dnia więc jeśli zanotowałem pod scenę orgazm, to na pewno nie był on zbyt spektakularny i nie musiałem po nim zmieniać spodni. Mam przeczucie, że tym razem będzie lepiej.

1. CORONER.Dotąd widziałem ich tylko raz, gdy sześć lat temu grali w Krakowie przez (z zgrozo!) AMON AMARTH. Powrót do gry szwajcarskich gigantów thrashu był dla mnie jedną z najbardziej ekscytujących reaktywacji wszech czasów. Jak zwykle jednak w takich sytuacjach nie wiadomo czego się spodziewać – może to być – jak Foremana – triumfalny powrót i zdobycie mistrzostwa świata, albo jak u Gołoty – ciężki nokaut i ucieczka do szatni przez deszcz popcornu i plastikowych kubków z napojami, ciskanymi przez rozgoryczonych fanów. CORNER jednak nie tylko nie zawiódł, ale dał jeden z najbardziej pamiętnych koncertów mojego życia, potwierdzając status gigantów thrashu. Gigantów nie w rozumieniu komercyjnym, ale jakościowym.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany