Gdy słyszę opinie, że Abbath ma być następcą Lemmego podchodzę do tego ze sporym dystansem. To trochę tak jakby powiedzieć, że Justin Bieber to John Lennon współczesnych czasów. A może jestem w błędzie? Może jakie czasy, taki Lemmy…


IMG_4173

Uwielbiam Immortal – szczególnie ten wczesny, demoniczny, intensywny, zimny i złowrogi. Później, gdy ich styl nieco okrzepł, a puszczanie oczka do słuchacza zmieniło się w nachalny tik nerwowy nie dostarczali mi aż tyle emocji. Ich muzyka przestała mnie zachwycać, ale zaczęła bawić – co też miało swoje plusy, bo wiadomo, że w prozie codziennego życia chwila rozrywki może mieć moc wręcz uzdrawiającą.

Immortalowa shizma

Gdy Abbath zaczął się szarpać z resztą składu, na skutek czego nastąpiła schizma w szeregach Norwegów przyjąłem to wręcz z entuzjazmem. Dlaczego? Pomyślałem sobie, że teraz Abbath zabierze rozrywkę ze sobą, a Immortal wróci do muzyki, która mnie zachwyci. Czy tak będzie? Po przesłuchaniu debiutanckiego krążka Abbath już wiem, że chociaż w połowie moje przewidywania okazały się słuszne.
Płyta zaczyna się całkiem niezłym i chyba najoryginalniejszym utworem „To War” – później Abbath jedzie już tym swoim rubasznym… no właśnie, czym?
Black metalem na pewno bym tej muzyki nie nazwał, bo black metal to dla mnie muzyka negatywnych emocji, a przekaz Abbatha jest optymistyczny – powiedziałbym, że taki heavy metalowo rockowy w swej wymowie. Przez barwę wokalu i sposób konstrukcji riffów skojarzenia mogą biec ku Immortal (temu późniejszemu), ale mam wrażenie, że Abbath proponuje muzykę jeszcze bardziej przystępną i przyjazną niż jego macierzysty zespół. Nawet wokalizy sprawiają wrażenie nieco łagodniejszych.

Kontemplować rozrywkę

Jest na tej płycie kilka fajnych riffów, kilka miłych harmonii i przyjemnych melodyjek – to jednak zdecydowanie za mało, by mogła ona na dłużej mnie przyciągnąć i skłonić do jakiejś dłuższej kontemplacji. Może właśnie dlatego, że to nie jest muzyka, przy której się doznaje duchowych uniesień, Abbath gra dla rozrywki i dla zabawy. Ale nie do końca – choćby taki „Ocean Of Wound” ma w sobie jakiś smutek, tęsknotę i bathorowy patos, ale już „Count The Dead”, choć zaczyna się drapieżnymi frazami wokalnymi to napędzany jest pogodnym, niemal heavy metalowym riffem, który prowadzi nas do przyśpieszenia a la Immortal.
I taka jest tak płyta – mniej rubaszno-rockowa niż „I”, ale jednocześnie nie ma tej siły, która cechowała Immortal w szczytowej formie. No chyba, że dla kogoś ta szczytowa forma to „All Shall Fall” – wówczas, mimo nie ma aż tak nachalnych nawiązań do Bathory – można by uznać, że Abbath niejako kontynuuje rozwój zespołu, z którego zdezerterował (lub go wyrzucili – nie wnikam).

Szału nie ma

Mnie debiutancka płyta Abbatha za bardzo nie przekonuje – to co na niej ekscytujące słyszałem już w lepszym wykonaniu Immortal, a to co ma tchnąć feelingiem i rock and rollowym duchem lepiej wyszło na I. Tu mamy stylistykę stojącą okrakiem pomiędzy tym dwoma konwencjami. Abbath krokiem kraba podąża ścieżką na pograniczu tych dwóch światów – co paradoksalnie nadaje mu większej wiarygodności niż niejednemu black metalowemu wojownikowi. Wolę patrzeć na błazna, który świadomie błaznuje – niż na błazna, który udaje, że błaznem nie jest.

Muzycznie, trzeba przyznać Abbathowi, że wypracował coś swojego – łatwo rozpoznawalnego i charakterystycznego. Nie jestem jednak pewien czy w przyszłości jadąc na tych samych patentach, potrafi zachować świeżość i ogień podgrzewający serce słuchaczy. To dopiero debiut, a mam wrażenie, że drwa już się kończą i palenisko, choć jeszcze zupełnie nie dogasa, to raczej nie buchnie już większym płomieniem.

Czekam na odpowiedź Immortal

I teraz z ogromnym zainteresowaniem czekam na odpowiedź Immortal. Scenariusze są dwa. Pierwszy – nagrają płytę będącą kontynuację ich stylu (lub stylu Abbatha – bo trudno określić gdzie się jedno kończy, a drugie zaczyna) i wyjdzie taki przekłuty pomarszczony balon. Drugi – przestaną mrugać okiem i ścigać się w krabowym biegu, odzyskają ducha prawdziwego Immortal i nagrają powalającą płytę black metalową na miarę „Pure Holocaust” – jeśli nie pod względem stylu, to treści – czarnej jak bezgwiezdne niebo i zimnej jak porywisty wiatr, w mroźną grudniową noc.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany