Afflicted, znani wcześniej jako Afflicted Convulsion po tym jak zapisali piękna kartę w rodzącym się podziemiu szwedzkiego death metalu – w roku 1992 weszli do Sunlight Studios (jakby inaczej) i nagrali swój debiut.


51Hjfn7lnML._SY450_
Niby klasyczna historia grupki Szwedów z długimi włosami – bo przecież nie oni pierwsi i nie ostatni. Jednak z chwilą włączenia „Prodigal Sun” szybko rozumiemy, że wraz z jej początkiem kończy się typowy scenariusz kolejnego szwedzkiego zespołu death metalowego. Czterdzieści siedem minut i czterdzieści siedem sekund tego albumu to jeden z najlepszych i najbardziej oryginalnych owoców, które dojrzały w Sunlight Studios.
Brzmienie nie jest tak ultra ciężkie i chropowate ale twardsze i nieco bardziej przestrzenne. Gitary nie łupią szwedzkich riffów, które wszyscy znamy i kochamy – są techniczne, progresywne i grają z niesamowitym rozmachem. Na tym krążku jest bardzo dużo melodii, ale nie jest to banalna i nachalna melodyka podana w bezpośredni i dosadny sposób. Ona oplata słuchacza miękko i prawie niezauważalnie – jak pająk muchę, swoją ledwie dostrzegalną pajęczyną.
Bardzo interesujący, nieszablonowy, inteligentnie zaaranżowany i brawurowo odegrany szwedzki death metal – płyta na wiele przesłuchań i do regularnych powrotów.
Po trzech latach Afflicted powrócili z drugą płytą, która wywołała całkowite zniesmaczenie ich starych fanów, a w ówcześnie obowiązujących trendach muzycznych odnalazła się jak Murzyn na spotkaniu Ku Klux Klanu.
„Dawn of Glory” to po prostu czystej wody heavy metal, instrumentalnie poprawny, a miejscami nawet interesujący, ale z dość irytującym wokalistą i sztampowymi zagrywkami, które dla wytrawnych słuchaczy były tak ekscytujące jak sceny rozbierane w serialu „Dynastia” dla koneserów twardej pornografii.
Jedynka to jednak jazda obowiązkowa – do której wszystkich gorąco zachęcam.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany