Rustin Cohle, główny bohater serialu „True Detective” w jednej ze scen mówi o pojęciu synestezji – o tym, że patrząc na jakiś kolor jest w stanie poczuć jego smak. Kiedy zabrałam się za słuchanie nowego albumu AMENRA, synestezja znów przyszła mi na myśl, ale w sensie takim, że gdyby ból i cierpienie można było zamknąć w dźwiękach, brzmiałoby to dokładnie tak, jak brzmi „Mass VI”.


Ale niech sprawa będzie jasna – to nie muzyka spod znaku nastoletniego cierpienia spowodowanego nieszczęśliwą miłością czy bólu wynikającego z zepsutego zęba. AMENRA sięga głębiej. Za pomocą sludgemetalowego, a aktualnie częściej post-metalowego dłuta stworzyli album kipiący od emocji, ekspresyjności i… piękna. Mimo że to piękno nie jest widoczne na pierwszy rzut oka (ucha?). Do muzyki belgijskiego zespołu trzeba się bowiem przekonać, wcześniej zdejmując klapki z oczu. Nie kręcić nosem na powtarzalność riffów i wolne tempo ani nie uciekać słysząc czysty śpiew przechodzący w histeryczny wrzask. Bo to właśnie z pomocą tych instrumentalnych elementów zespół kreuje niesamowitą aurę tajemniczości, nie popadając w infantylność. Za to z momentów największej delikatności potrafi przejść w nieokiełznaną, pierwotną dzikość, której klimat narzuca wokal, rewelacyjny wokal, i ściana dźwięku, która spada na słuchacza, nie pozostawiając nawet odrobiny miejsca – czy to na oddech, czy tym bardziej ucieczkę. Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to metalowa dzikość, jak rozwścieczonego zwierzęcia, które przypadkiem wypuściło się z klatki. Dzikość muzyki AMENRA jest dzikością zwierzęcia uwiązanego, ale niepragnącego ucieczki, patrzącego ze smutkiem w stronę wolności i przeżywającego całe cierpienie wewnątrz.

Z hardcorowego światka ku pomysłowej delikatności

Kiedy przyjrzymy się dyskografii Belgów, zauważymy, że w początkowym okresie działalności bliżej im było do hardcorowego światka, z garażowym brzmieniem i mniejszą czytelnością poszczególnych utworów, ale za to szybko napędzającą się, histeryczną siłą. Na „Mass IIII” pomysł na to, co chcą grać i w jaki sposób zaczął się krystalizować. Rozwinął się na „Mass V”, by to właśnie na „Mass VI” w pełni rozkwitnąć, ścieląc łóżko nie tylko intensywności i wariacji, ale też delikatności. To ona sprawia, że muzyka AMENRA może w tym momencie podobać się nie tylko fanatykom sludgemetalowego grania, ale też tym, którzy w muzyce doceniają „piosenkowy” klimat, subtelne, czyste wokalizy i instrumenty nie brudne i rzężące, a wyraźne i po prostu przyjemne – jak choćby w przypadku pierwszej części utworu „A Solitary Reign”. Gitara buduje tam melodykę tak leciutką, jak biały obłok wiosennego nieba, a śpiew Colina H. Van Eeckhout’a jest niczym powiew wiatru, dzięki któremu chmura ta sunie śmiało przed siebie. Za to w całości „A Solitary Reign” jest idealnym obrazem tego albumu, a razem z singlem „Children of the Eye” tworzy TOP2 całej płyty.

Amenra – zespół stojący w cieniu?

Jeszcze przed ukazaniem się „Mass VI” AMENRA stał raczej w cieniu swoich gatunkowych przyjaciół-zespołów (piszę „jeszcze”, bo mam wrażenie, że w przypadku nowej płyty promocja i tak jest zdecydowanie lepsza niż wcześniej, dzięki czemu o albumie tym mówi się dużo i w wielu miejscach). Nie byli nigdy na tyle sztampowi i konkretni, żeby określić ich mianem rzemieślników, ale tytułu nowatorskich twórców też nigdy nie zdobyli. Można powiedzieć, że ten, w działce sludge/hardcore należy do Neurosis. Przypadkiem jednak nie jest, że AMENRA przygarnięto do tej samej wytwórni, co Neurosis – Neurot Recordings, a sam Scott Kelly (wokalista i gitarzysta Neurosis) wystąpił gościnnie na „Mass V”.

Ale czemu o tym piszę? A temu, żeby zaznaczyć, że AMENRA, właśnie dzięki odmienności i miejscowej lekkości „Mass VI” z tego cienia… wychodzi. Pod koniec lutego odbędzie się ich koncert w warszawskiej Progresji, a ja już teraz widzę na Facebooku setki osób zainteresowanych tym gigiem. Początkowo mnie to trochę frustrowało, bo obawiałam się, że klimat koncertu ucierpi przez rzeszę osób niezaznajomionych z klimatem proponowanym przez AMENRA. Teraz podchodzę do tego bardziej optymistycznie, bo jeśli uwielbiany przeze mnie zespół ma szansę dotrzeć do większego grona odbiorców, niech dociera! Niezaprzeczalnie na to zasłużyli.

O Autorze

Niebieskookie metr sześćdziesiąt. Na firmitas.pl tworzy, prezentuje i opowiada - głównie o tych najcięższych odmianach muzyki.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany