W jednym z wywiadów udzielonych przez wokalistę Francuzów z ANTAEUS możemy przeczytać, że żadna płyta nie ukaże się pod tym szyldem dopóty, dopóki nie nagrają czegoś co będzie równie dobre lub lepsze niż „Blood Libels”. I faktycznie, przez dziesięć lat od wydania „Blood Libels” nie ukazał się żaden pełnograj ANTAEUS.


A jednak, po dziesięciu latach, ukazał się wreszcie nowy ANTAEUS.

Mógłbym się produkować i filozofować, mógłbym teoretyzować, kontemplować, analizować, studiować i syntetyzować; mógłbym rozważać, badać, się zwierzać, przymierzać, przyznawać, oceniać, uznawać; pisać, mówić, malować na ścianie, gaworzyć, jęczeć, stękać, histeryzować, a i tak by nie wynikło z tego nic więcej jak to, że na „Condemnation” obietnica została spełniona. Może niekoniecznie jest lepiej, ale na pewno jest równie dobrze.

„Blood Libels” wgniatało słuchacza w ziemię, bo stopień agresji i intensywności jest tam zupełnie nieporównywalny z niczym na scenie blackmetalowej. Mało jest kapel, których muzyka jest naprawdę diabelska i szatańska, pełna ognia, a nie typowych dla większości metalu odpustowych zimnych ogni. Taka, że jak się ją odpali głośno, to z głośników buchają płomienie ze stosów, na których palą się heretycy. Trudno taki efekt uzyskać, ale w ANTAEUS ten ogień był i na „Condemnation”, o dziwo, jest nadal.

Mało jest też zespołów równie poważnych. Nie chcę tu dorabiać do niczego niepotrzebnej ideologii, ale mimo wszystko ANTAEUS wyróżnia się na tle religijnego black metalu tym, że o ile inne kapele z tego nurtu starały się wnieść do granej przez siebie muzyki powagę przez nawiązywanie do teologii, filozofii, wplatanie chórów czy sampli z „Siódmej pieczęci” Ingmara Bergmana, to ANTAEUS świadomie poszli w przeciwnym kierunku i wynieśli na wyżyny czystą agresję skierowaną z premedytacją przeciw wszystkiemu, z samym sobą włącznie. Nie ma u nich agresji takiej jak w, powiedzmy, REVENGE, gdzie podczas odsłuchu można odnieść wrażenie obcowania z muzyką nagraną przez zwierzęta chore na wściekliznę, które miotają się bez sensu w klatce. To jest raczej przypadek człowieka, który najpierw podcina komuś gardło, a potem jeszcze tnie się nożem do krwi, żeby poczuć się trochę lepiej niż wcześniej. Muzyka ANTAEUS to nie karkołomna sieczka; jest tak pomyślana, żeby efekt był możliwie jak najbrutalniejszy i najintensywniejszy, co nie zawsze da się osiągnąć graniem chaotycznym i rozpędzonym do granic możliwości. Jest przemyślana, uporządkowana i całkowicie bezkompromisowa, a więc diabelska, bo diabłu niemal zawsze przypisuje się inteligencję. „Metafizyka przemocy” jako motto przewodnie opisującym ten zespół wydaje się być w takim razie całkiem odpowiednie.

„Condemnation” doskonale się w ten schemat wpisuje. Muzyka jest prosta, dzika, prymitywna i nieprawdopodobnie agresywna, a przy tym stuprocentowo poważna; taka jaka powinna być. Brudne, odrażające brzmienie, jaskiniowa perkusja, ogniste riffy, siarczyste wokale, nieprzyjemne melodie i całkowity brak szacunku dla słuchacza – to było na „Blood Libels” i tu także jest. Dodano może trochę więcej zwolnień, jak w fantastycznym „Flesh Ritual”, dzięki czemu muzyka nabiera więcej dynamiki i jest jeszcze bardziej brutalna.

Czy jest to jednak lepsze niż „Blood Libels”? Moim zdaniem chyba nie, bo jednak jest to album względem poprzedniego wtórny, więc już nie ma tego efektu zaskoczenia – że można grać „aż tak”. Gdyby jednak „Condemnation” ukazało się dziesięć lat temu zamiast „Blood Libels”, to pewnie uzyskałoby ten sam albo porównywalny status. Nie ma więc zawodu, jest za to pewnie najlepszy blackmetalowy album minionego roku.

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. R

    Autorowi chodzi oczywiście o polski REVENGE, nie o kanadyjskie chrześcijańsko-punkowe gówno…

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany