ARCADIUM to brytyjski zespół, który wydał tylko jedną płytę, co sprawia, że można zapłakać aż z dwóch powodów. Ze szczęścia, że oto możemy posłuchać płyty wybitnej, doskonałej, fenomenalnej – i z rozpaczy, że to absolutne progresywno-psychodeliczne arcydzieło zamyka dyskografię tej kapeli. Płyta pełna emocji, kontrastów i wysublimowanego piękna – łącząca wspaniałe melodie z naturalnym, surowym brzmieniem, psychodeliczne loty, z mocnym, wręcz heavy metalowymi gitarami. Do tego rozdzierające serce i wyciskające sok z duszy hammondy, które odgrywają tu rolę nie mniejszą niż gitary oraz pełen pasji, bólu i mocy głos Migueala Sergidesa


IMG_5636A

lbum „Breath While” zaczyna się długą rozbudowaną i zróżnicowaną kompozycją „I’m On My Way” wiodącą od progresywnych klimatów, piaskowych burz i wyciszeń, aż po do ostre i zdecydowane riffy, zagrane na końcu z ogromną werwą, pasją i przekonaniem.
„Poor Lady” to już absolut – wokalnie po prostu rewelacja, coś smutnego i wstrząsającego jest w tym melodyjnym i pozornie pogodnym utworze.
Psychodeliczny „Walk On The Bad Side” ze wspaniałym hammondami , brudnymi gitarami i przecudownym wokalem wyrywa serce z piersi.
Czwarta perełka to „Woman Of The Thousand Years”, w której rządzą wspaniałe hammondy, pełne pasji wokale i lekko narkotyczny refren z powtarzaną tytułową frazą.
„Change Me” rozpoczyna się wysmakowaną, cudowną gitarą – wokale znów absolutnie mistrzowski – jest smutek i nostalgia, ale jednocześnie budujące poczucie siły i nadziei. Jakaś taka desperacja i depresyjna namiętność, którą dwadzieścia lat później próbowały wskrzesić kapele z Seattle.
Galopujący, szybki „It takes a woman” poraża swoją intensywnością i niemal heavy metalową energią. Płytę kończy ponad 10-minutowy, absolutnie powalający „Birth, Life And Death”. Siła, charakter, dostojeństwo i elegancja tego utworu są niewiarygodna. Surowe, wymowne partie gitar rozkładają na łopatki, gnające hammondy nadają szaleńczy pęd, po 4 minutach mamy lekkie wyciszenie i sekcję rytmiczną niczym puls snajpera na chwilę przed oddaniem strzału, który ma już na zawsze zmienić bieg historii. Wokale pojawiają się dopiero pod koniec 5. minuty, uspakajając i przemieniając szalony podniebny lot w leniwe dryfowanie w chmurach, transową kąpiel z obłokach, gęstych, miękkich i zimnych jeszcze, nietkniętych promieniami słońca, którego szkarłatna kula dopiero nieśmiało wychyla się zza horyzontu.
Na CD mamy jeszcze utwory bonusowe, pochodzące z singla „Sing My Song/Alone” – wydanego w październiku 1969 roku. „Sing My Song” i „Ride Alone” to przepiękne ballady, w lekko psychodelicznym klimacie, z wokalami przy których nie żal umierać.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany