Z polską ARKONĄ zetknąłem się po raz pierwszy w połowie lat 90-tych. Miałem na kasecie „Imperium”, później także „Zeta Reticuli”, a gdy zacząłem śmielej kupować CD to i w tym formacie nabywałem ich kolejne wydawnictwa sądząc, że to zespół więcej niż przyzwoity, a miejscami nawet dobry. Myliłem się jednak. Byłem głuchy i ślepy. Lub jak kto woli – w dupie byłem i gówno widziałem.


W pełni zrozumiałem to dopiero 27 kwietnia 2013 roku, gdy wybrałem się do Krakowa na koncert, którego główną gwiazdą miał być ENTHRONED. Ten belgijski zespół zawsze grał w drugiej lidze, ale do jego dwóch pierwszych krążków czułem ogromny sentyment, a po nieco chudszych latach ich współcześniejsze dokonania również całkiem miło łechtały moje uczy. Na domiar dobrego przed nimi miał grać m.in. Voidhanger i Deus Mortem więc wiedziałem, że obciachu nie będzie. Dodatkowo Kraków zawsze mnie wabił aspektem imprezowo-towarzyskim, więc niewiele myśląc z jednodniowym wyprzedzeniem ruszyłem do miasta smoka wawelskiego.

Nie był to najlepszy koncert w moim życiu, ale na pewno lepszy niż przyzwoity. Spore wrażenie zrobił na mnie grindowo deathowy Epitome, jak zwykle świetnie wypadł Voidhanger, bardzo dobrze też Deus Mortem. I gdy tak sobie czekałem na wesoły występ ENTHRONED na scenę wyszła ARKONA. Podszedłem bliżej sceny – gitarzyści w białych bluzach i kapturach… zaczęli. Japę otworzyłem ze zdziwienia, kolana mi zmiękły. Zapomniałem o Enthroned (dali radę), bo tego wieczoru to właśnie Arkona skradła im show i zagrała koncert wieczoru. Siła, charyzma i magnetyzm tego zespołu były po prostu niszczące. Zrozumiałem wówczas, że to wcale nie jest zespół przyzwoity czy dobry, lecz rewelacyjny. Wróciłem następnego dnia do domu śpiewając przez całą drogę: „Pluję na twą marność psie!”, szybko uzupełniłem brakujące pozycje w ich dyskografii i zacząłem w pełni rozsmakowywać się w ich twórczości. A jeśli miałbym jakikolwiek cień wątpliwości, że ARKONA to absolutna czołówka polskiej sceny black metalowej to ich tegoroczna płyta „Lunaris” potwierdza to w sposób absolutny i dobitny.

img_7481

Sześć utworów, które wypełnia ten blisko 50 minutowy album to chyba szczytowe osiągnięcie zespołu. Brzmieniowo i aranżacyjnie wznieśli się na wyżyny, jednocześnie ani na milimetr nie odchodząc od ściśle określonego i zdefiniowanego stylu. ARKONA wciąż gra czysty, niczym nieskażony black metal – z jednej strony zimny, surowy, pełen jadu i furii, z drugiej nie pozbawiony piękna i nieokreślonej nutki słowiańskiego romantyzmu. Utwory, długie, wielowątkowe, rozbudowane – najkrótszy ma ponad sześć i pół minuty, najdłuższy ponad dziewięć. Nie ma jednak mowy o nudzie – słuchanie „Lunaris” jest jak nocna żegluga statkiem. Nie zobaczycie błękitnego nieba, pląsających delfinów i pary bocianów karmiących swoje potomstwo. Noc jest ciemna i nieprzenikniona, wiatr chłodny, a fale morskie rozbijają się o kadłub statku jak sztylety, które na próżno próbują przebić stalową zbroję. Gwiazdy na niebie ciągną się od horyzontu po horyzont, a po niespokojnej tafli wzburzonego oceanu tańczą złowrogie cienie, którą są gotowe ożyć w świetle księżyca i rzucić się do Waszego gardła. Ta muzyka jest piękna i niebezpieczna, bezpośrednia, ale i tajemnicza – bije z niej wściekłość, ale i smutek, władcza wola mocy i refleksyjna zaduma.

Droga do zapomnienia” zaczyna się złowrogo i wzniośle, ale już wchodząca partia gitar jest szybka i zdecydowana, a wspaniale brzmiąca sekcja rytmiczna zwarta i mocna. Wokale pełne pasji i jadu nie tracą na czytelności, a polskie teksty nie tchną sztampą i banalnością. Zarówno w tym, jak i w pozostałych utworach nie brak melodii – nie są to jednak skoczne heavy metalowe patataje, ani folkowe jodłowania – melodyka Arkony bliża jest monumentalnym soundtrackom, klasycznym orkiestracjom, które ocierają się o patos, ale nawet na milimetr nie zbliżają się do granicy tandety. Raczej jestem przeciwny keyboardom w black metalu – Arkona wykorzystuje je jednak z taką swobodą, smakiem i wyczuciem, że te klawisze zdają się nie tylko tworzyć z gitarami i perkusją jeden organizm – żywy, pulsujący i pełen życia, ale są jak skrzydła, które podrywają ten ciężki, zimny i nieprzenikniony ocen dźwięku do lotu i swobodnego dryfowania ponad chmurami.

Płyta została wydana w digi-packu, zdobi ją piękna okładka łącząca złoto, czerń i odcienie szarości. Żadnych zdjęć zespołu, żadnego stymulowania własnego ego – czysta black metalowa substancja, afirmacja mroku i śmierci. Muzyka dla tych, którzy wzniesieni ponad nędzę istnienia w cierpieniu i śmierci znajdują ukojenie – że tak pozwolę sobie na trawestację fragmentu tekstu „Ziemi”.

Słucham tego krążka po raz „nasty”, podążam wzrokiem za kolejnymi linijkami tekstów i czekam na najbliższą okazję by znów zobaczyć ich na żywo. Wspaniała płyta! Doskonała!

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany