Czy zastanawialiście się, kto po raz drugi użył słowa „psychedelic” w tytule albumu? Pewnie nie. Po pierwsze, co to kogo właściwie obchodzi, a po drugie, ktokolwiek to był, to pewnie nikt o nim nie pamięta. Słusznie. Pamięta się o tych, co byli pierwsi – a pierwsi byli oczywiście 13TH FLOOR ELEVATORS – a drudzy muszą trafić na śmietnik historii


G

dyby nowojorczycy z Bronxu wydali swój album parę tygodni wcześniej, wtedy niewątpliwie mówiłoby się o nich trochę więcej. Stało się jednak inaczej i BLUES MAGOOS, niczym Adaś Miauczynski z „Nic śmiesznego” zostają skazani na wieczną niepamięć jako „zawsze drudzy”.

115488846BLUES MAGOOS są więc drudzy i to nie tylko historycznie. Na tle rocka z lat sześćdziesiątych lokują się w głębokiej drugiej, jeśli nie trzeciej lidze. Nie mieli jakiegoś wielkiego startu, udało im się nagrać kilka byle jakich singli i podpisać kontrakt z Mercury Records, którzy wydali im w 1966 roku debiutancki album, po którym nikt się chyba niczego nie spodziewał. Mimo to, otwierający album singiel „We Ain’t Got Nothin Yet” wbił się szturmem na 5 miejsce listy hiciorów Billboard i BLUES MAGOOS zyskali nagle pięć minut sławy. Niesieni falą chwilowej popularności nagrali z rozpędu trzy kolejne albumy, a w 1967 roku supportowali na trasie THE WHO i HERMAN HERMITS. Z wielkiej kariery nic nie wyszło; zespół rozpadł się kilka lat po powstaniu. Po czterdziestu trzech (!) latach zmartwychwstali i nagrali nikomu niepotrzebny album „Psychedelic Resurrection”.

Jak łatwo się domyślić, brzmi to jak historia typowego „one hit wonder”, a nawet nietypowego, bo w przypadku tych typowych pamięta się chociaż same piosenki, a tutaj nawet piosenki zaginęły, chociaż na jakichś składankach typu „best of psychedelic era” można je znaleźć – obok stu innych. Więc po co w ogóle pisać o jakichś BLUES MAGOOS?

Po coś warto. Aj, warto.

Popatrzmy na ten album. Stylistycznie to oczywiście głęboka sześćdziesiona sprzed Lata Miłości (sprzed 1967 roku), więc jak ktoś nie lubi podobnego grania, to niech nawet nie próbuje tego tykać. Wbrew tytułowi, jest to rock bardziej garażowy niż psychedeliczny. Słychać dużo THE BYRDS i BOBA DYLANA, znajdzie się też trochę THE BEATLES, oraz oczywiście psychedeliczne organki (które dużo lepiej wykorzystywali zaraz potem THE DOORS) i harmonie wokalne, którym dużo brakuje do finezji i wysmakowania THE BEACH BOYS – od których zapewne zostały zaczerpnięte, bo jak nie od nich to od kogo? Nie jest przełomowo, nie jest jeszcze odkrywczo, ale jest nieźle. Tylko nieźle. Właściwie dość przeciętnie.

Skoro wszystko wskazuje na to, że ta płyta jest raczej nieciekawa, to po co jej słuchać i po jaką cholerę w ogóle o niej tyle pisać?

Prawda jest taka, że „Psychedelic Lollipop” to dziesięć numerów, wśród których kryje się osiem przeciętniaków i dwie perły, dwa, niech stracę, dwa arcydzieła psychedelicznego rocka, które są tak dobre, że aż szkoda skazać je na zapomnienie wraz z całym albumem.

blues-magoos-psychedelic-lollipop2NNic dziwnego, że „We Ain’t Got Nothin Yet” wdarł się szturmem na listę przebojów. Zagrany z werwą i polotem, przestrzenny, momentalnie wpadający w ucho, pełen życia, mocy, skrzący się tysiącami kolorów, nie może nie zachwycić. Chwytliwy, nastrojowy, trochę nostalgiczny, z nośnymi chórkami – błyskawicznie wbija się w czaszkę jak kilof. Pośrednio ten numer zna każdy miłośnik muzyki, bo charakterystyczny basowy pochód otwierający piosenkę ukradło kilka lat później samo DEEP PURPLE, by wykorzystać go w swoim hicie „Black Night”! Jednak BLUES MAGOOS prawdopodobnie także tego motywu nie wymyślili, bowiem pochodzi on z „Summertime” w wykonaniu RICKY’EGO NELSONA, który to utwór pierwotnie skomponował… GEORGE GERSHWIN. Skomplikowana historia, tym bardziej, że według niektórych Purple ominęli BLUES MAGOOS i zerżnęli riff prosto od Nelsona, a może po prostu przypadkiem wymyślili go z powietrza, bo to przecież dość prosta sekwencja dźwięków. Tak naprawdę chyba nikt nie wie jak było. Ważne, że napędzający singiel motyw jest wyrazisty, nośny i solidnie zakwaszony, jak przystało na coś, co wedle tytułu albumu ma być „psychedelic”. Jaki ogień! Jakie gitary! Gitarzysta wyczynia tu cuda, grając z ogromnym polotem, a ma dopiero szesnaście lat!

Gdyby cały dorobek BLUES MAGOOS był na tym poziomie, byłaby to kapela wymieniana jednym tchem z innymi wielkimi z tamtych czasów. Niestety nie jest. To tylko wypadek przy pracy, ale jaki!

Singiel to jednak dopiero przedsmak tego, na co stać BLUES MAGOOOS, gdy przypadkiem dotknie ich ręka boża. Druga perła: „Tobacco Road”. Oryginalnie utwór ten nagrał JOHN LOUDERMILK; folkowy kawałek szybko stał się rockowym standardem granym przez wiele kapel, a THE NASHVILLE TEENS zrobili z niego nawet całkiem spory przebój, chociaż w ich wykonaniu jest to rzecz strasznie toporna. Dopiero BLUES MAGOOS wyciągnęli z niego wszystko co najlepsze. Uwolnieni od rygorów radiowości Amerykanie pozwalają sobie tutaj na ostrą jazdę po bandzie. Zaczyna się niepozornie. Świetny, zadziorny wokal, charakterystyczne organy, wszystko zagrane z ogniem, lekkością i wdziękiem, których brakuje i Loudermilkowi (mniej) i Nashville Teens (bardziej). Potem utwór całkiem nieoczekiwanie zamienia się w prawdziwą, psychedeliczną orgię z wyjącymi organami, bełkoczącym wokalistą, perkusistą przeżywającym atak padaczki i spazmatycznie wijącą się gitarą. To już nie jest przyjazny garażowy rock, tylko totalny odlot w kosmos, jakiego nie powstydziłyby się czołowe kapele z epoki, a wręcz posunę się do twierdzenia, że w 1966 na równie brutalny odlot pozwalał sobie tylko Roky Erickson. I nawet u niego nie ma tej żywiołowości. Absolutna perła wczesnej psychedelii, 10/10.

Oba numery zwiastowały zespól znakomity, wspaniały, ale niestety, to co wydawało się nieprawdopodobnym potencjałem, okazało się przypadkowym wyskokiem z przeciętności, pomyłką przy pracy. Nic więcej z tego co możemy znaleźć na „Psychedelic Lollipop” nie umywa się nawet do tych dwóch piosenek. Te dwie – to arcydzieła. Reszta zaś jest tylko dla hardkorowych fanów garażowej psychedelii. Przy dużej dozie dobrej woli można uznać, że jest jeszcze trzeci fajny kawałek – bardzo ładna ballada „Love Seem Doomed”, która nie wytrzymuje jednak porównania z „We Ain’t Got Nothing Yet” i „Tobacco Road”. Jednak te dwa numery mogłyby zapewnić im nieśmiertelność.

Mogłyby – ale pewnie tego nie zrobią.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany