Współcześnie mało jest takich zespołów, które jeszcze przed nagraniem debiutanckiego krążka zyskałby niemal kultowy status. BOLZER swoją EP „Aura” szturmem wdarł się do świadomości fanów muzyki metalowej na całym świecie – z jednej strony nie odkrywając prochu, z drugiej jednak proponując riffy tak wyraziste i oryginalne, że trudno było znaleźć dla nich analogię. Gdy jednak ukazała się druga EP „Soma” moje oczekiwania względem tego zespołu nieco osłabły. Nie był to materiał zły, ale moim zdaniem nie wytrzymywał porównania z poprzedniczką. Obawiałem się, że na debiutanckim krążku Szwajcarzy okopią się na dotychczas zajętej pozycji nie proponując niczego nowego, albo co gorsza pojadą w jakieś ciężkostrawne hipsterskie eksperymenty, których słuchać będą ze swoich ipodów panowie z wypielęgnowanymi brodami i samurajskimi koczkami, popijając kawę w Starbucksie podczas lektury Noise Magazynu.

img_7786RRzeczywiście utwór, który zapowiadał „Hero” przy pierwszej konfrontacji wprowadził mnie w lekką konsternację. Wydał mi się pozbawiony, agresji i ciężaru – zbyt rozmyty i pretensjonalny. Miał jednak to coś, co sprawiło, że włączyłem po raz, drugi, trzeci i czwarty, a po kilku tygodniach czekałem na całą płytę jak nastolatka po suto zakrapianej imprezie na spóźniający się okres. Czego ja w tym „ AM III” nie słyszałem – i wczesny Tiamat i Voivod i Celtic Frost i Neurosis. W tych wszystkich poszukiwaniach odniesień i porównań umknęło mi to co słychać w nim przede wszystkim – BOLZER – bo mimo zmian jakie zaszły w tej muzyce, charakterystyczna budowa riffów i duch tego zespołu wciąż się unosi i wciąż słychać, że to ten sam zespół, który nagrał „Aurę”. Może nie taki sam, ale ten sam.

Brzmienie piękne, przestrzenne – sekcja rytmiczna rewelacyjna, klimat przejmujący, wstrząsający, zatrważający. Czuć potęgę i majestat. No i warstwa wokalna – na całej płycie absolutnie doskonała. Te wokalizy są po prostu obezwładniające – czasami dzikie, nieludzkie wykrzyczane z obłąkańczą determinacją i nawiedzeniem, a w czystych partiach cudowny „antyśpiew”. Tak „antyśpiew” – bo KzR wybitnym wokalistą nie jest – podobnie jak wybitnym wokalistą nie był Tom G. Warrior czy Ace Börje Forsberg, znany bardziej jako Quorthon. I ten głos jest przepiękny, a wespół z tymi cudownymi riffami, które grają tak jakby ich aranżacje nie były stworzone do gry na gitarze, lecz na instrumentach dętych, wespół z pełną dramaturgii sekcją rytmiczną i tym plemiennym, transowym i nawiedzonym klimatem tworzy pejzaż dźwięków tak spójny, przestrzenny, monumentalny i potężny, że „Hero” jako całość wyrasta nam na jedną z najlepszych płyt 2016 roku.

Kocham „Aura” i uważam, że już na tym MCD Bolzer zaprezentował się jako zespół niebanalny i oryginalny. Śmiem jednak twierdzić, że o ile na epkach Szwajcarzy swoją oryginalność jedynie zaakcentowali, tak na debiucie w pełni ją zdefiniowali, tworząc muzykę unikalną, rozpoznawalną i wymykającą się wszelkim stylistycznym kwalifikacjom. „Hero” to ani black ani death metal – to ponad trzy kwadranse cudownej podróży po muzycznym świecie, z którego nie chce się wychodzić. Słucham od tygodnia po kilka, kilkanaście razy dziennie – nie słyszę już na tej płycie lepszych i gorszych momentów, nie mam utworu, który mógłby uchodzić za faworyta. Myślę, że to jedna z tych płyty, które pozostaną ze mną na długie lata.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany