W 1967 roku Roger Corman, bóg kina klasy B i autor takich dzieł jak „Bestia o Milionie Oczu” albo „The Saga of the Viking Women and Their Voyage to the Waters of Great Sea Serpent”, nakręcił film o dość niewinnym tytule „The Trip”. Kryje się pod nim historia granego przez Petera Fondę, który właśnie się rozwodzi i dla oderwania się od problemów bierze LSD, przeżywając pod jego wpływem tytułową podróż; koszmarną wyprawę na samo dno swojego umysłu


F

ilm, do którego scenariusz napisał sam Jack Nicholson, miał duże problemy z dystrybucją i szerzej dostępny stał się blisko trzydzieści lat po powstaniu, co oczywiście dodaje mu kultowości, ale nie ma nic wspólnego z jakością dzieła. Po seansie łatwo dojść do wniosku, że jest miejscami nudnawy, co jest zrozumiałe, skoro każda próba oddania przeżyć osoby będącej pod wpływem narkotyków musi zakończyć się przedstawieniem dziwnie się zachowującego faceta gadającego głupoty i robiącego głupie rzeczy, przeplatane tu i ówdzie sekwencjami kolorowych, kalejdoskopowych obrazów. Zaniepokojenie cenzorów wzbudziła wymowa filmu: teoretycznie miał on chyba przekonać widzów, że branie LSD to kiepski pomysł, ale wniosek po seansie można wyciągnąć raczej odwrotny. Narkotyki są fajne, tylko niektórzy ludzie nie powinni ich brać, w szczególności rozwodzący się Peter Fonda.

Na początku „The Trip” widz zostaje ostrzeżony, że film jest „szokującym komentarzem” do tematyki halucynogennego narkotyku LSD, którego nielegalna produkcja i dystrybucja jest niebezpieczna i wiele osób zostało w jej wyniku hospitalizowanych. Nie ma żartów. Z podobnymi przestrogami można się zetknąć w pierwszym wydaniu debiutu formacji Brainticket z 1971 roku; na winylu umieszczono słowa „After Listening to this Record, your friends may not know you anymore. Only listen to this once a day. Your brain might be destroyed!”.

Brzmi groźnie.

Jest psychedelia i psychedelia. Są miłe i kolorowe piosenki Beatlesów, mroczne i intelektualne płyty The Doors, są kosmiczne odloty muzyków krautowych, albo bajkowe, surrealistyczne utwory wczesnego Pink Floyd. I jest Brainticket, który nie jest ani intelektualny, ani kolorowy, ani bajkowy, a już na pewno nie jest miły i piosenkowy. Nie gra ładnych melodii, nie wykorzystuje popisowo egzotycznych instrumentów, nie ma też surrealistycznych tekstów. Nic z tych rzeczy. Na „Cottonwoodhill” znajdziemy wyłącznie narkotyczną, odrealnioną przestrzeń, pełną kłębiących się, fantasmagorycznych kształtów rodem z najgorszego koszmaru – idealnie odpowiadającą temu, co dzieje się w głowie bohatera „The Trip”.

121109Nie jestem pewien, jaki cel przyświecał autorom „Cottonwoodhill”. Jeśli miało to być muzyczne odzwierciedlenie stanu umysłu osoby, która pod wpływem narkotyków przeżywa jednocześnie wzlot do Absolutu i największy koszmar swojego życia, to wydaje mi się, że udało się to w stu procentach. Płyta zaczyna się dość niewinnie, bo od dwóch może trochę dziwacznych, ale jednak piosenek, po których przychodzi trzyczęściowy, trwający ponad dwadzieścia minut „Brainticket” – w stosunku do tak długich utworów na płytach zespołów rockowych używa się czasem słowa „suita”, ale w tym wypadku słowo to brzmi wyjątkowo szyderczo. Muzycy porzucają jakiekolwiek reguły, tworząc dzieło bezkompromisowe i ekstremalne tak samo wtedy, jak i dzisiaj. W „Brainticket” nie ma kompozycji ani sensu, z nicości wyłaniają się dziwne dźwięki, odgłosy, efekty, czasem muzyczne, czasem niemuzyczne, bez ładu i składu – od pisków i zgrzytów, przez zapętlone melodie, dysonansowe harmonie, po odgłosy karabinów, helikopterów, młoty pneumatyczne, ludzkie wrzaski (o treści sugerującej dość daleki narkotyczny odlot) i sample z piątej symfonii Beethovena. Jedynym przewodnikiem i względnie tradycyjnym muzycznie elementem w tym jazgocie jest powtarzany w nieskończoność prosty, gitarowy motyw, który może w pewnym sensie symbolizować podróżującą jaźń słuchacza/nafaszerowanego LSD Petera Fondy..

Ostrzeżenie na winylu jest więc umieszczone nie bez powodu – przesłuchanie w skupieniu całości „Cottonwoodhill” jest rzeczywiście trudne, a zawartość tego albumu to prawdziwy psychedeliczny koszmar; może kolorowy, może nawet niekiedy przyjemny, bo są tu przecież momenty całkiem sympatyczne, a klimat całości nie jest w taki oczywisty sposób „straszny”, ale mimo wszystko, jest to koszmar. Surrealistyczny, fantasmagoryczny i hipnotyzujący. Dość szybko ma się dosyć tego hałasu, a im dalej w las, tym robi się on dziwniejszy, trudniejszy w odbiorze i odpychający.

Brainticket nigdy nie zyskał szerokiej sławy, chociaż jakiegoś tam uznania się doczekał i nagrał po „Cottonwoodhill” kilka równie dobrych (ale nie lepszych) płyt. Do dzisiaj jest to właściwie głębokie podziemie, penetrowane głównie przez fanów hardkorowej psychedelii i krautrocka (chociaż Brainticket nie jest zespołem, który da się łatwo podpiąć pod etykietę krautu – mimo wielu wspólnych cech), ale mimo wszystko nie można zespołowi odmówić znaczenia. Pierwsze dwie płyty Brainticket, obok debiutu GERMAN OAK – o którym innym razem – to przecież bezsprzecznie jedne z najważniejszych okołokrautrockowych inspiracji dla wczesnego industrialu. Nie ma w tym przesady – pełne zgrzytów, trzasków i łomotów fragmenty „Cottonwoodhill” mogłyby, po wyrzuceniu gitary, z powodzeniem trafić na któryś album THROBBING GRISTLE, SPK CZY NURSE WITH WOUND. Samo to wystarcza, by warto było po nią sięgnąć, ale przecież po odjęciu kontekstu historycznego pozostaną wciąż trzydzieści cztery minuty bezkompromisowej, ekstremalnej, hałaśliwej psychedelii. Jest to też jedna z pierwszych płyt, która u schyłku epoki hipisów i zacierających się wspomnień Lata Miłości, pokazuje dobitnie, że narkotyki to nie tylko miłość, pokój, wolność i oświecenie, ale też strach, obłęd, koszmar i ciemność. Robiło to już wcześniej THE VELVET UNDERGROUND, ale z wykorzystaniem innych środków – klasyczny już „Heroin” to przecież w zasadzie dość zwyczajna piosenka, przynajmniej formalnie. Tymczasem Brainticket idzie znacznie dalej, Brainticket nie śpiewa o tym, że bez dilera jest niefajnie. Brainticket pokazuje, że jest niefajnie na każdym możliwym poziomie; destrukcja obejmuje wszystkie sfery, aż po najbardziej podstawowe zasady harmonii i kompozycji.

Rezultat uzyskany przez muzyków Brainticket powinien właściwie odrzucać słuchacza, ale „Cottonwoodhill” ma w sobie coś, co sprawia, że chce się go słuchać, o ile się już zaakceptuje zasady narzucone przez zespół. Jest to po prostu dobra muzyka, zrobiona przez ludzi, którzy dokładnie wiedzą, co chcą osiągnąć. A to, po odrzuceniu uprzedzeń, trzeba uczciwie docenić.

I to jest właśnie najbardziej niebezpieczne. Gdy „Cottonwoodhill” dobiegnie końca, wówczas czekanie do następnego dnia na kolejny odsłuch wydaje się głupim pomysłem, podobnie jak zakończenie „The Trip” sugeruje, że może LSD nie zmienia życia bohatera, że może i było momentami nieprzyjemnie, ba, strasznie i okropnie, ale przecież w świetle poranka, na trzeźwo, cała podróż wydaje się jednak całkiem udana. Skoro tak – to może warto by ją kiedyś powtórzyć? Może jeszcze dzisiaj?

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany