„Kochane metale”, „metalowa brać”, „poczucie wspólnoty i przynależności subkulturowej” – to pojęcia, które bardzo szybko wyparowały mi z głowy. Gdy zapuściłem długie włosy i zacząłem ubierać się „po metalowemu” początkowo wydawało mi się, że z ludźmi, którzy podobnie wyglądają łączy mnie jakaś więź. Z czasem przekonałem się, że to iluzja. Mój młodzieńczy podział na metali (ludzi wartościowych) i niemetali (podludzi), życie zweryfikowało w szybki i brutalny sposób


Oczywiście, będąc długowłosym nastolatkiem rozglądałem się naokoło i gdy tylko wypatrzyłem kogoś kto wyglądał podobnie czułem z nim naturalną więź. Skoro słucha tej samej muzyki co ja, to musi podobnie myśleć, podobnie patrzeć na świat i mieć podobną wrażliwość. To jednak złudzenie.
– Metal metalowi wilkiem – i to nie tylko dlatego, że poza muzyką może dzielić wszystko inne, ale także z tego powodu, że i sam sposób postrzegania tego metalu może być tak różny jak tylko różni mogą być ludzie.

kie-3376664887

Tylko ja jestem prawdziwy

Poza tym w „metalach” jest coś więcej – często towarzyszy im aroganckie poczucie, że „to ja wiem najlepiej”, „ to ja tak naprawdę tę muzykę rozumiem”, a „inni to pozerzy”. Przyznam, że kiedyś sam wpadłem w tę pułapkę i choć w życiu nie przyszło mi do głowy, żeby nie tyle kogoś uderzyć, ale nawet powiedzieć mu coś przykrego – patrzyłem na innych metali z wyższością, a logo mojego ulubionego zespołu na czyimś plecaku wywoływało uśmieszek pogardy (bo nie pasowało do sąsiedniego loga innego zespołu). No bo jak do cholery można mieć na plecaku NIRVANĘ i DARKHRONE, albo BURZUM i IRON MAIDEN? To był swoisty paradoks, bo przecież lubiłem i słuchałem wszystkich czterech wyżej wymienionych zespołów, ale jednocześnie z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu uważałem, że zestawianie ich razem na jednej kostce świadczy o „pozerstwie” jej właściciela. Może więc mając te 16 czy 17 lat sam byłem pozerem i niejako przejąłem myślenie tych, którymi wcześniej gardziłem?

Samael i zielone buty

– Jak ty, wyglądasz? Co ty sobą reprezentujesz? – wykrzyknął mi kiedyś w twarz jeden z metalowców z mojego miasta. Poszło o to, że był dzień wiosny i miałem na sobie jakąś koszulkę w kwiatki, która mi wystawała spod bezrękawnika „DEATH”.
Strasznie mnie denerwowała ta metalowa uniformizacja. Lubiłem ubierać się na czarno, nosić ramonę i glany, ale niemiłosiernie mnie irytowało jak ktoś z zewnątrz wcielał się w rolę stróża czystości mojego metalowego wizerunku. Powiedziałem więc temu metalowi, w sposób dość dobitny żeby pilnował swojego nosa. Wtedy zaczął mnie straszyć swoim starszym i większym kolegą (również metalowcem). Konflikt rozstrzygnął się bezkrwawo, bo mieliśmy wspólnych znajomych i nie doszło do eskalacji negatywnych emocji. Zresztą, oni obaj z pół roku później ścięli włosy, ufarbowali na jasny blond, wskoczyli w Lenary i zaczęli jeździć na deskorolkach.
Innego razu czekając na autobus usłyszałem od przechodzących kilku black metalowców, że jestem pozerem bo mam koszulkę SAMAEL i…  zielone buty. Rzeczywiście miałem krótkie buciki a la Martensy, na których czubkach widniały mazaje w kolorze ciemnozielonym. Później przez kilka tygodni słyszałem plotkę o tym, że mają mnie bić. Niestety się nie potwierdziła. Gdy byli w grupie łypali groźnie w moim kierunku, gdy byli pojedynczo spuszczali głowy jak zmęczone konie po całym dniu pracy na roli i przechodzili na drugą stronę ulicy. Jednak ani w grupie, ani pojedynczo nigdy nie zdecydowali się na konfrontację, czego wówczas szczerze żałowałem, a głupio mi było ich lać z powodu jakiś plotek.

Nokaut w tramwaju

Kiedyś w tramwaju usłyszałem, że jestem pozer i na następnym przystanku wylecą na kopach. W ślad za słowami poleciała w moim kierunku puszka z niedopitym piwem. Z tyłu wagonika stało kilku metalowców, trochę starsi ode mnie – jeden wysoki i potężny, dwóch mojego wzrostu i jeden kurdupel. Były to czasy gdy moje zdolności negocjacyjne dopiero się kształtowały, a zdrowy dystans i umiejętności unikania kłopotów nie należały do moich silnych stron. Pamiętam ironiczne uśmieszki gdy się odwróciłem i zacząłem iść w ich kierunku. Ręce splecione na piersi, uniesiona broda i pogarda w oczach. „Co nam zrobisz pozerze, jesteś sam a nas czterech”.
Myśleli pewnie, że podejmę rozmowę, będę próbował polemizować, pyskować, może straszyć kolegami… Nie. Nic takiego się nie stało. Trafiłem najwyższego butem w podbródek tak celnie, że już nie trzeba było poprawiać. Wpadł na kurdupla i obaj przewrócili się na tramwajowych schodach. I to wszystko. Ich kumple nie drgnęli, nie mrugnęli, nie pisnęli słówka . A przecież pozer był tylko jeden. Powiedziałem, że usiądę z przodu i jak mają mi coś do powiedzenia, to żeby przyszli. Usiadłem w drugim końcu wagonu. Nie przyszli. Na następnym przystanku wyprowadzili swojego dużego kolegę i nawet na mnie nie spojrzeli.

Skini i punki to fajne chłopaki

I jak sobie zrobię rachunek sumienia i przypomnę wszystkie konfrontacje z lat szczenięcych, to chyba, z żadną inną subkulturą nie miałem tak na pieńku jak ze swoją własną.
Z punkami żyłem dobrze, bo sam trochę tego punka słuchałem i dodatkowo uważałem, że najlepszy metal to właśnie ten z punkiem, nawet jeśli nie w stylistyce to choćby w duchu. I tego punka wiele słyszałem i w thrash i w death i w black metalu. Zresztą u mnie w mieście punki i metale żyli w zgodzie i większych konfliktów nie było.
Ze skinami też nie było większych problemów, choć raz stanęło na ostrzu noża, a drugi raz zostałem zmuszony do gwałtownej i dość brutalnej pacyfikacji, która zakończyła się w dziwny sposób.
Kiedyś grupka skinów pomyliła nas z punkami (to przez te kaptury). Szliśmy akurat na próbę naszego zespołu i łysi popędzili za nami w liczbie 50 czy 60. Pamiętam jak przyśpieszamy kroku, szarpiemy za furtkę naszej sali prób i okazuje się, że zamknięta. Odwracamy się, a przed nami banda rosłych i wygolonych chłopaków w zielonych flekach z baseballami. Niektórzy w czarnych kominiarkach, inni z twarzami obwiązanymi szalikami. Myślałem, że nas zabiją pod tą salą prób, ale obiecałem sobie, że i ja przynajmniej kilku na tamten świat wyprawie. I gdy już prawie pierwsze kije przecięły powietrze, a zęby posypały się po chodniku… kumpel odnalazł w tym tłumie znajomą twarz. Nie wiem jak on to zrobił, bo wszyscy wyglądali tak samo. Suma sumarum skończyło się przybiciem pięćdziesięciu piątek i wyrzuceniem nadmiaru adrenaliny w sali prób.
Innym razem na warszawskiej Pradze otoczony przez tłum łysych planowałem już pobyt w szpitalu, sanatorium lub na cmentarzu, ale stało się coś strasznie dziwnego. Wybiegł spośród nich jakiś karakan karateka i zaczął atakować mnie efektownymi kopniakami z wyskoku. Wyglądało to niezwykle widowiskowo, ale nie miałem aparatu fotograficznego żeby mu zrobić zdjęcia i docenić walory artystyczne jego nienagannej techniki. Sądząc, że to preludium to ataku pozostałych skasowałem go szybko, stanowczo i brutalnie.
Nikt mnie już nie uderzył, znokautowany karateka został nagrodzony przez kompanów chóralnym śmiechem, a ja poklepany po plecach i uznany za równego gościa. A jak się jeszcze okazało, że słucham GRAVELAND, który nagrał split z HONOR to przez moment myślałem, że zrobią mi postrzyżyny, dadzą zielonego flaka i poproszę bym do nich dołączył.

Prawdziwi i najprawdziwsi

I to tyle konfliktów pomiędzy subkulturami – nie licząc zadym z dresiarzami (to chyba nie subkultura), pijanymi robotnikami z Ukrainy i murarzami pracującymi na pobliskich budowach – wszystkie inne stoczone bitwy były bitwami „bratobójczymi” – a więc metala z innymi metalami. W imię jakiś wyimaginowanych zasad, przez brak przestrzegania dress code, z chęci wzbogacenia się o bilet czy paru złotych na piwo, a najczęściej z powodu pijaństwa i zupełnie nieuzasadnionej agresji, która napastnikowi podpowiadała, że jest „prawdziwszy”, „twardszy”, a „metal ma bardziej we krwi” niż ja.
Dodam jeszcze, że znakomita większość tych wszystkich napastliwych metalowców to straszni leszcze byli – zbyt mocno wierzący w siłę grupy, albo własne gabaryty. Gdy jedno i drugie okazało się bolesnym złudzeniem pojawiała się rozpacz na twarzy i łzy w oczach. A co charakterystyczne, wszyscy ci najbardziej zatwardziali, najbardziej maniakalni, prawdziwi i wypatrujący u innych oznak pozerstwa, najszybciej się z tej muzyki wykruszyli. Znaleźli sobie jakąś inną niszę, w której mogę czuć się bezpieczni, lepsi od innych i „prawdziwsi”. Nawet jeśli ta „prawdziwość” polega na odśnieżaniu chodnika, wyciąganiu zawartości szamba, czy siedzeniu przed telewizorem z Mocnym Fulem i oglądanie kolejnych odcinków „Kiepskich” na Polsacie.

Iron Against Graveland Machine

Cholernie się cieszę z tej homogenizacji metalowej sceny, która dokonała się w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Dziś na koncercie spotykają się ludzie w koszulkach z IRON MAIDEN z ludźmi w koszulkach BURZUM. Nikogo nie dziwi, że można jednocześnie być fanem GRAVELAND i RAGE AGAINT THE MACHINE. Każdy słucha czego chce, ubiera się jak chce i nikt nie robi z tego problemu. A przetestowałem ostatnio kilkakrotnie zakładając koszulki ALEXANDRA MARCUSA na koncerty metalowe. Przecież w latach dziewięćdziesiątych gość z taką koszulką byłby równie mile widziany na koncercie metalowym, co murzyn na spotkaniu Ku-Klux -Klanu. A dziś wszyscy mają to gdzieś. Ocenianie ludzi na podstawie tego czego słuchają jest dla mnie równie sensowne co ocenianie atrakcyjności kobiet na podstawie śladów ich butów pozostawionych na śniegu. I chyba coraz więcej osób podchodzi do tej sprawy z podobnym dystansem.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany