Tak. Przyznaję. Na wieść o koncercie ANGELCORPSE w Polsce popuściłem w spodnie i na ich krakowski występ czekałem jak nekrofil na otwarcie kostnicy. Koncert przeniesiono z Rotundy do nieznanego mi klubu Żaczek, który swą nazwą nie zwiastował miejsca przyjaznego death metalowej kaźni


Bałem się, że klub Żaczek okaże się przybytkiem wielkości toi-toia, w którym nie będzie ani brzmienia ani klimatu. Gdy jednak po odstaniu w dość pokaźnej kolejce znaleźliśmy się w środku – sala okazała się przestronna, a lokal dość przyjemny w klimacie wojskowej stołówki. Minusem były filary ograniczające widoczność sceny i tworzące tunel dźwiękowy, minusem była też słaba dostępność do baru. Żeby napić się piwa trzeba było swoje odstać i wykazać się niemałą cierpliwością i determinacją.

img_7079Gdy zaczął grać RAGEHAMMER część publiki stała jeszcze przed klubem. Zagrali tak ja należy – Tymek jak zwykle pełen ekspresji i żywiołowości. Podobało mi się jak cholera, ale jednak czegoś mi zabrakło. Nie wiem dokładnie czego, ale gdy kończyli grać to czułem cholerny niedosyt. Byłem przekonany, że zagrali po prostu za krótko ale chyba to jednak nie kwestia czasu, ani nawet brzmienia, lecz scenerii i klimatu, który nie zdążył się w klubie jeszcze stworzyć. Przed RAGEHAMMER powinien wystąpić ktoś jeszcze, oni po prostu nie zasłużyli na rozstrzelanie…

Kiedy na scenę wyszedł VOIDHANGER publiczność w Żaczku była już kompletna, a patrząc na tłok pod barem można było zaryzykować tezę, że nawet zbyt kompletna.

img_7091-3

Uwielbiam ten zespół z płyt, ale na żywo to jest dopiero tornado. Byli tak skupieni i skoncentrowani rozdając kolejne ciosy, że pomyślałem sobie że jakbym wskoczył do nich na scenę to pewnie nawet by mnie nie zauważyli. Zerknąłem na ochroniarza. On też był w swoim świecie. Niewiele myśląc przesadziłem barierki i sekundę później stałem na scenie między wokalistą i gitarzystą radośnie machając głową. I pewnie bym tak stał do końca koncertu i kto wie czy bym też nie zaśpiewał, gdyby nie gitarzysta STILLBORN. Wyrósł jak spod ziemi, złapał mnie za rączkę i odprowadził z powrotem do publiczności.

A tymczasem pod sceną tańce rozgorzały na całego i choć tego dnia dominowała waga ciężka to obyło się bez chamstwa i złośliwości. Nawet jak ktoś kogoś obalał na glebę to z uśmiechem na ustach. Po koncercie VOIDHANGER niedosytu nie czułem – zagrali wyśmienicie pod każdym względem i zacząłem przypuszczać, że tego wieczoru chyba nie będą mieli sobie równych.

Jak się okazało byłem w błędzie – STILLBORN nie ustąpili im pola nawet na milimetr, serwując taką sztukę, że można było zgubić pod sceną kapcie. Ich poczynania śledzę właściwie od początku i muszę przyznać, że chyba właśnie teraz ten zespół jest w życiowej formie. Na początku roku wydali –moim zdaniem najlepszą w swojej dyskografi – „Testimonio de Bautismo” – a teraz, co ich widzę na żywo, to wypadają lepiej niż poprzednim razem.

Naprawdę rewelacja! Czekałem na ANGECORPSE w poczuciu, że pokazaliśmy Amerykanom, że mamy muzykę metalową na najwyższym poziomie. Nie sądzę zresztą by oni w to wątpili, wszak Pete Helmkamp na drugiej płycie INFERNAL WAR na pewno nie zagościł przez przypadek.

Amerykanie wyszli na scenę nie zawracając sobie nawet głowy by zmieniać baner z nazwą zespołu. Zaczęli grać i poczułem się jakbym zszedł do najgłębszych czeluści podziemia, otworzył bramy piekła i wysypały się na mnie wszystkie kotły – i te pełne gotującej się smoły i te puste, z których zdążyła już się wygotować lub wykipieć. Zaczynam uciekać po kamiennych schodach, a te piekielne kotły toczą się za mną wydając nieskoordynowane dźwięki. Zaraz, zaraz… przecież jestem na koncercie. Brzmienie perkusji w pierwszym utworze po prostu mnie zabiło. Ona nie waliła, ale kłapała jak gigantyczna metalowa klapa od sedesu.

img_7100Pete Helmpkamp emanował charyzmą i dzikością, ze sceny płynęła taka energia, że niektórzy w obłędnym tańcu całkowicie tracili instynkt samozachowawczy. Brzmienie perkusji nieco okrzepło, ale i tak było tak gęste, chaotyczne i mało selektywne, że niektóre utwory udawało mi się rozpoznawać dopiero w połowie, mimo że repertuar Angelcorpse znam lepiej niż dobrze. Prawdziwi fani zespołu byli tak zajarani, że nie przeszkadzałoby im nawet gdyby muzycy zapomnieli założyć strun do swoich gitar.

Osobiście jednak przyznam, że mimo całego entuzjazmu i miłości do tej kapeli jestem tym występem dość rozczarowany. Tym bardziej w kontekście naszych rodzimych supportów, które pokazały, że tego wieczoru dało się zabrzmieć nie tylko mocno, ale i selektywnie.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany