O tym, że CULTES DES GHOULES smażą nowy album o roboczej nazwie „Coven” było wiadomo już od dłuższego czasu, ale wieść o premierze uderzyła znienacka i ze wszystkich newsów związanych z „Coven”, ten okazał się najmniej zaskakujący


M

uzyka CdG od początku jest bardzo wizualna, umoczona w wyrazistej, dodającej jej uroku otoczce. Sama muzyka – surowy black metal nawiązujący do greckiej szkoły grania spod znaku NECROMANTIA albo VARATHRON – jest znakomita, ale spora część sukcesu tej kapeli to właśnie koncept; grafiki, teksty, porażająca atmosfera, jaką zespół potrafił wykreować za pomocą stosunkowo prostych środków. Dotyczy to zwłaszcza bardzo dobrze przyjętego „Henbane”. Bagienny black metal przywołujący obrazy ciemnych lasów, pełni księżyca i domków wiedźm na kurzych nóżkach – to wszystko uzyskane bez żadnych tanich efektów i bez puszczania oka do słuchacza. Wszystko jest stuprocentowo poważne, jak w starych horrorach, bo twórczość CdG pod wieloma względami bardzo przypomina tamte filmy. Można się śmiać, że jest trochę komiksowo i kiczowato w tekstach („Kielich krwi pełen, kielich z kości – spełnij toast, królowo podłości”), ale atmosfera powala.

Wygląda na to, że zespół zdaje sobie sprawę ze swoich zdolności do wywoływania sugestywnej atmosfery, bo na nowej, trzeciej w swoim dorobku, płycie idzie w tym kierunku dalej niż kiedykolwiek. „Coven” jest w całości stylizowane na przedstawienie teatralne i trudno je rozpatrywać w oderwaniu od wydania, a to jest piękne. Digibook, gruba książeczka z tekstami, świetne grafiki i dwie płyty CD na których jest aż sto minut muzyki. Wygląda to znakomicie i jeśli do czegoś można się przyczepić to do okładki. Rozmazana, operująca barwnymi plamami, pasująca raczej do jakiegoś blackmetalowego shoegaze’u spod znaku ALCEST niż do wyznawców kultu piwnicznej surowizny. Dopiero po chwili można zauważyć, że przedstawia las w strugach deszczu, oraz światło latarni gdzieś między drzewami.

img_7814W książeczce są zaś teksty: regularny mikrodramat, napisany archaizowaną angielszczyzną, którego fabuła to klasyczna, gotycka opowieść grozy. Nie zdradzę żadnej tajemnicy jeśli napiszę, że nie brakuje tam lasów, czarnej magii i diabła. Nie znajdziemy w tej historii niczego, czego by nie było na „Henbane” i „Haxan”, ale tym razem muzycy ubrali ewokowane przez swoją muzykę obrazy w sztywną narrację z fabułą i bohaterami. Muzyka jest całkowicie podporządkowana konceptowi. Pięć utworów, sto minut; średnio po dwadzieścia minut na utwór. No, to jest porcja black metalu, która może zabić nieprzygotowanego słuchacza! Zespół idzie konsekwentnie obraną uprzednio ścieżką i nie proponuje drastycznych zmian formalnych. To, co słyszymy na „Coven”, to dalej bardzo brutalny, surowy black metal nawiązujący trochę do greckiej sceny. Jeśli ktoś się obawiał, że w związku z konceptem, muzycy wsadzą na album cała masę efektów dźwiękowych i różnych instrumentów, to obawa ta okazuje się na szczęście płonna. Ok, można usłyszeć dźwięki deszczu, sporadycznie używane klawisze czy skrzypce, ale to tylko ornamenty, używane bardzo oszczędnie. Podstawa to porządne, ostre, gitarowe grzanie. I tak ma być. Muzycy zrezygnowali tylko z piwnicznego brzmienia na rzecz czystszego, wyraźniejszego dźwięku ukręconego przez Mikołaja z MGŁY. Dzięki temu zabiegowi muzyka robi się czytelniejsza i łatwiejsza w odbiorze, przynajmniej na poziomie czysto dźwiękowym, bo odbiór „Coven” wcale łatwy nie jest.

Tekst przełożony jest na muzykę całkiem dosłownie – wszystkie role są odegrane i trzeba przyznać, że wokalista, Mark Of The Devil, odwalił kawał znakomitej roboty. Tak zróżnicowanych wokaliz w u nich jeszcze nie było – są krzyki, wycia, szepty, śmiechy, rechoty, zawodzenia i charkoty prezentujące pełne spektrum emocji i odsyłające słuchacza w czasami dość odległe od CULTES DES GHOULES rejony. Wokale na początku drugiego numeru („Mischhief, Mischief, The Devilry is at toil…!”) nachalnie kojarzą mi się z… VIRUS. Na płycie są też goście – warto się pobawić w ich wyłapywanie.

Muzyka siłą rzeczy ilustruje opowiadaną historię. To dobrze i niedobrze jednocześnie. Kompozycje są dość swobodne, to nic u nich nowego – poszczególne riffy i sekwencje następują po sobie, przechodzą płynnie jedne w drugie i tak to sobie leci przez ponad półtorej godziny. Raz jest szybciej, raz wolniej, ale sama dramaturgię wyznaczana jest przez teksty. To oznacza, że w oderwaniu od nich muzyka może wydawać się niezbyt spójna. Nie monotonna – dzieje się bardzo dużo! Co i rusz natrafiamy na momenty, które dosłownie rozsmarowują słuchacza, na porządny, siarczysty black metal zagrany z werwą i polotem! Chwytliwych – oczywiście w tramach takiego grania – fragmentów jest na „Coven” mnóstwo. Trudno się więc nudzić, ale dynamika całości jest na tyle powolna, a samej muzyki jest tak dużo, że zmęczenie musi się w końcu prędzej, czy później wkraść.

Album jest tak koszmarnie długi prawdopodobnie z powodu fabuły. Gdyby teksty nie zostały rozpisane w regularny dramat, dałoby się to zamknąć pewnie w godzinie – i byłaby to najzupełniej optymalna długość. Tymczasem jest tego znacznie więcej – bo teksty nie tylko trzeba wyśpiewać, między poszczególnymi partiami muszą być jeszcze przerwy, żeby muzyka zachowała swój charakter. W zamierzeniu miało być pewnie hipnotycznie i właściwie jest, ale nie zawsze trzeba mielić riffy w kółko żeby słuchacza zahipnotyzować.

Nie jest to właściwie wada – zespól zrealizował swoją wizję nie licząc się ze słuchaczem i bardzo dobrze – ale znaczące utrudnienie. Pierwszy kontakt z „Coven” może odrzucać. Półtorej godziny muzyki, która nie bardzo ma sens w oderwaniu od konceptu – to może zniechęcać. Do pełnego odbioru „Coven” trzeba czasu i chęci, nie mówiąc już o odpowiednim nastroju. Bez słuchania w skupieniu, z tekstami w ręce, ucieka z tej płyty cała jej esencja, to co stanowi o jej sensie. Oczywiście każdą płytę można odbierać w ten sposób, ale w większości przypadków można też słuchać w tle, przy robieniu obiadu, w samochodzie, na imprezie, koncercie czy gdzie tam sobie kto chce; tu raczej nie ma o tym mowy. Muzyka na „Coven” oderwana od kontekstu to „tylko” absurdalnie rozciągnięty, bardzo dobry black metal.

Jeśli natomiast weźmie się teksty (albo nie, jeśli już się zna historię), siądzie na spokojnie i wchłonie całość, to przez półtorej godziny, można odlecieć bardzo daleko. Ogromną zaletą tego albumu jest to, że konceptualnie wykracza mocno poza ramy tego, co w black metalu przyjęte. Skojarzenia z rock operą z lat siedemdziesiątych są oczywiste, wykorzystywanie ilustracyjnych efektów pozamuzycznych odsyła aż do twórczości PINK FLOYD, ale aż tak dalekich korzeni szukać nie trzeba. Idea zawarcia opowieści grozy na płycie metalowej to pomysł wzięty od KINGA DIAMONDA, a rozciągnięcie albumu do długości stu minut przywołuje echo norweskiego DODSENGEL – chociaż tamci poszli jeszcze dalej, ich „Imperator” trwa dwie i pól godziny, przez co robi się mocno niestrawny.

Pomysł był ambitny i udało się go zrealizować, chociaż nie mogę pozbyć się wrażenia, że dałoby się to wszystko skondensować i skrócić. Historie na płytach KING DIAMOND są równie złożone, czasem nawet bardziej, co nie przeszkadza w tym, by albumy zamykały się w czasie poniżej godziny. Tutaj wprawdzie mamy hipnotyczną, wciągającą muzykę która ma całkowicie wchłonąć słuchacza (i robi to), ale sto minut to chyba jednak trochę za dużo. Koncept konceptem, ale to jednak nie jest film ani teatr, tylko album muzyczny – trzeba mieć dobry powód, żeby go tak rozciągać. Długość dobra dla filmu nie musi być dobra dla muzyki.

Pomijając długość, nie widać na „Coven” zbyt wielu wad. Są świetne wokale, hipnotyzujące riffy i po prostu doskonały black metal. Można twierdzić, że jest to wszystko trochę kiczowate, a sam koncept pretensjonalny, no ok. KING DIAMOND jest tak przerysowany, że od razu widać, że to tylko zabawa, a CdG proponuje coś bardziej „na serio” co może śmieszyć, ale w dobie wszechobecnej ironii powaga może być bardzo orzeźwiająca.

No i horrory są w większości przypadków strasznie kiczowate i pretensjonalne, a mimo to oglądanie ich może być dobrą rozrywką. Tu jest tak samo. Jakby szukać analogii filmowych, to „Coven” kojarzy się dość mocno z zeszłorocznym „Witch”. Ten film to właśnie coś takiego – tradycyjna, ludowa opowieść, osadzona w realiach purytańskiej Nowej Anglii, z diabłami, wiedźmami i tak dalej – dopieszczona wizualnie i realizacyjnie, trochę kiczowata, ale porażająca atmosferą.

Bo tylko o atmosferę w tym wszystkim chodzi.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany