Gdy dowiedziałem się, że istnieje zespół Zeal&Ardor, który łączy black metal z muzyką gospel to parsknąłem śmiechem. Wydało mi się to pomysłem równie dobrym co połączenie kaszanki z nutelllą, albo romantycznej komedii z filmem snuff.


fullsizerender-134Zaraz jednak pomyślałem, że może właśnie taki konglomerat daje jakąś nadzieję na stworzenie muzyki oryginalnej i ambitnej. Wszak black metal w religijnych klimatach zanim udławił się własnym ogonem pozostawił po sobie kilka dzieł wybitnych. Z tą jednak różnicą, że o ile z katolickich czy prawosławnych chórów bije potęga i majestat tak radosne religijne zawodzenie czarnych braci nigdy nie chwytały mnie za serce, ale raczej za żołądek, wywołując torsje i nudności.

Z drugiej strony może ta „muzyka czarnych” ma jakiś potencjał i potrafi przyprawić o dreszczyk emocji i ścisnąć za gardło. Choćby taka Matana Roberts, przy ogromnym ładunku zła, bólu i cierpienia, którymi przesycona jest jej twórczość większość black metalu brzmi jak ścieżka dźwiękowa do animowanego filmu produkcji czechosłowackiej.

Po pierwszym przesłuchaniu Zeal&Ardor poczułem jednak rozczarowanie, podobne do tego, które towarzyszyło mi przy pierwszej konfrontacji z naszą rodzimą Batushką. Po prostu spodziewałem się czegoś ambitniejszego, trudniejszego i bardziej wymagającego, a dostałem muzykę, która jest bardziej efekciarska niż efektowana. Po drugie, te 25 minut muzyki zawartej na „Devil Is Fine” wydały mi się jakościowo strasznie nierówne. Po trzecie black metalu na tym krążku właściwie nie ma – bo nazywanie w ten sposób trochę agresywniejszych partii wokalnych i bzyczących gitar to mniej więcej tak jakby określić serial „Dynastia” erotykiem ze względu na kilka pocałunków i scen łóżkowych.

Zaczyna się żarliwie odśpiewanym soulowym „Devil Is Fine” – ten wyrazisty i mroczny utwór intryguje i wydaje się doskonale wprowadzać w klimat płyty. Okazuje się, że jednak niekoniecznie, bo na „Devil Is Fine” ten klimat się zmienia, co z jednej strony nadaje jej kolorytu, ale z drugiej burzy jej spójność. Drugi utwór „In Ashes” instrumentalnie nawiązuje do tego „niby black metalu”, bo oprócz gospelowych zaśpiewów pojawiają się skrzeczące wokale i agresywniejsze partie gitar. „Sacrilegium I” to jakiś taki elektroniczny przerywnik z bitami i dyskotekowymi melodyjkami. „Come On Down” zaczyna się z fajnym feelingiem, przechodzącym w nieco psychodeliczny klimat, aż ku „black metalowej” galopadzie, które brzmi banalnie i bez polotu. „Children’s Summon” jest jak połączenie grania a la Cradle Of Filth z patosem Bathuski. Jest efekciarsko, tandetnie i miałko. „Sacrilegium II” brzmi jak jak melodyjka z karuzeli dla najmłodszych. Prawie widzę dwulatków jak kręcą się na żółtych kaczuszkach w wesołym miasteczku z watą cukrową w ręku po tym jak mama wrzuciła 2 złote.

Z kolei „Blood in the river” to bodaj najmocniejszy punkt na płycie. Znów soulowy śpiew jest zdecydowany mocny i zuchwały, a warstwa muzyczna zionie złowieszczą mocą i mrocznym klimatem. I jeśli na tym krążku black metalu jest tyle co soli w zupie to właśnie w tym utworze ta sól się zbryliła i czujemy ją wyraźniej na języku.

„What is a Killer Like You Gonna Do Here?” jest to stonowany klimatyczny utwór, który nie budzi większych emocji, a instrumentalny i lekko niepokojący „Sacrilegium III” zamyka krążek powodując uczucie konsternacji i niedosytu.

Bez wątpienia czuć, że Zeal&Ardor ma niemały potencjał i pomysł na siebie, ale niestety wraz z oryginalnością nie podąża jakość. Mamy tu dwa dobre utwory „„Devil Is Fine” i „Blood in the river”, kilka przeciętnych i trzy instrumentalne przerywniki, których spokojnie mogłoby nie być. To za mało nawet jak na solidne MCD. Będę jednak ten zespół obserwował bo oryginalności, odwagi i sprawności w łączeniu, zdawałoby się nieprzystających do siebie środków wyrazu trudno im odmówić. A raczej nie im lecz „jemu” bo za zespołem stoi Manuel Gagneux, który z muzykami sesyjnymi 25 kwietnia zawita w warszawskiej Hydrozagadce.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany