Chojnicki DANGER na swoim debiucie „Camp Of Death” gra thrash z krwi i kości – archetypiczny, klasyczny, podręcznikowy. Ma jednak zalążki własnego stylu


 FullSizeRender 40

Gdy nastała era nowej fali thrash metalu to byłem nią zachwycony. Po chudych latach, młode pokolenie muzyków powróciło do klasycznego grania, które było modne w drugiej połowie lat osiemdziesiątych.

– Super! Oni brzmią jak Exodus!
– O! Identyczny riff jak w Kreator!
– Rewelacja, są jak Dark Angel z wokalistą Overkill.
– Wow! Repka im zrobił okładkę – kupuję w ciemno!
– i tak się ekscytowałem tymi nowymi thrashami.

Po jakimś czasie jednak się zreflektowałem i emocje opadły – te wszystkie nowe zespoły zaczęły mnie nudzić. Jednak wciąż jeszcze kupuję ich płyty, szukam wśród nich perełek i czasami znajduję, ale jednak do 99 proc. z nich nie wracam już po jednym czy dwóch przesłuchaniach. Nie rzucam się więc z takim zapałem na katalog thrash metalowych wydawnictw włoskiej Punishment 18, bo w istocie większość tych płyt to odgrzewane kotlety – mniej lub bardziej sprawne powielanie klasycznych wzorców, bez własnej tożsamości, bez własnego charakteru.

Czy można drugi raz wynaleźć koło?

Bo może z thrash metalem jest trochę jak z filmami porno – nie da się już sfilmować pozycji, której jeszcze nikt nie sfilmował? Może cała zabawa polega tylko na powielaniu sprawdzonych schematów i karmieniu nimi ludzi, którzy albo klasyki nie znają, albo mają na tyle duży apetyt, że chcą wciąż więcej i więcej…
Od czasu do czasu, w tym zalewie thrash metalowej muzy trafia się jednak jakaś perełka, jakiś diament – nawet jeśli jeszcze nieoszlifowany, to jednak już od pierwszego odsłuchu czuć jego szlachetność.
– Sprawdź DANGER – thrash metal z Chojnic – polecił mi mój facebookowy znajomy. Ziewnąłem, przeciągnąłem się i z czystej kurtuazji kliknąłem w link.
Słucham, słucham i czuję, że to nie jest kolejny bezmyślny epigon składający hołd bożkom swojej młodości. Słucham i czuję, że to zespół z rodzącym się potencjałem.
Nie. Danger nie odkrył nowych pozycji – gdyby ich debiutancka płyta była filmem pornograficznym to nie zobaczylibyśmy zbliżeń pozycji kamasutry, w wykonaniu karła albionosa z kobietą z brodą i trzema piersiami, w czasie skoku spadochronowego dokonanego podczas burzy śnieżnej nad kotliną Kongo. W tej muzyce nie ma żadnych innowacji stylistycznych, żadnej ekwilibrystyki instrumentalnej ani eksperymentów spod znaku rapowych wstawek po gruzińsku, czy wiedeńskiego chóru eunuchów.

Thrash z krwi i kości

DANGER gra thrash z krwi i kości – archetypiczny, klasyczny, podręcznikowy. Ma jednak zalążki swojego stylu. Łączy dwie szkoły grania – amerykańską, techniczną (METALLICA), oraz niemiecką, bardziej toporną i ponurą (SODOM). Pobrzmiewa tu także SLAYER – wiadomo, współczesny thrash metal bez wpływu Slayera to jak film pornograficzny bez kobiet – ten pomysł zwykle jest odrzucany przez zbyt duże ryzyko powstania gejowskiego klimatu.
Ani oładka, ani intro pewnie nie staną się trampoliną promocyjną zespoły za zachodnią granicą. Za DANGER przemawia jednak sama muzyka – selektywna, dobrze brzmiąca, najeżona fajnymi riffami przywodzącymi na myśl Metallicę z najlepszych czasów oraz naprawdę dobrymi partiami solowymi, zagranymi z wyobraźnią i rozmachem. Podoba mi się też wokal – ani to czyste śpiewania a la Bay Area, ani wściekłe krzyki niemieckich thrash metalowców. Jeśli już na siłę szukać jakiś analogii to przywołałbym Kreator, ale ten z czasów „Renewal” – wyraźny, intensywny, gniewny. Taką zresztą wymowę ma cała płyta – „Camp Of Death”.
W utworze „Thriller” przebrzmiewa Sodom, ale jeszcze bardziej Slayer – w partiach wokalnych, nawet nie ze względu na barwę głosu czy sposób intonacji, ale to rosnące napięcie grozy, budowane z każdą minutą tego utworu. Jest też jeden kawałek po polsku „Towarzystwo wzajemnej adoracji” i jeden utwór instrumentalny „Amnesia”.

Mimo wszystkich skojarzeń i analogii do klasyków gatunku, słuchając DANGER nie mam poczucia deja vu, nie mam wrażenia obcowania z klonem czy jaką nieporadną kopią. Ta płyta zdecydowanie ma swój klimat i jak zaznaczyłem wcześniej, zalążki własnego stylu. Co ważniejsze – bez względu na porównania – „Camp Of Death” to krążek, którego po prostu dobrze się słucha i wpisuje się do tej niewielkiej grupy płyt, nagranych przez młodą kapelę thrash metalową, po które chce się sięgnąć więcej niż raz. I w istocie chyba o to dziś w tym gatunku chodzi.

Mam nadzieję, że chłopaki z DANGER jeszcze nie raz wejdą do studia. A i na koncercie chętnie bym ich zobaczył…

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany