W ostatnią sobotę zawitałem w katowickim Mega Clubie na spotkanie z brazylijskimi artylerzystami z KRISIUN oraz szwedzkimi przyjaciółmi wesołego diabła z DARK FUNERAL. Pościerałem kolana, poobijałem łokcie, podjąłem bezskuteczną próbę zrobienia głową dziury w scenie i wieczór zakończyłem zmęczony, obolały, ale szczęśliwy – szukając się do wyjazdu na krakowski ANGELCORPSE

Od wielu lat jeżdżę na koncerty po całej Polsce i przyznać się muszę, że katowicki Mega Club należy do moich ulubionych miejsc koncertowych, z którym wiążą się wspomnienia wielu niezapomnianych chwili. W ogóle mam wrażenie, że ta śląska publika wciąż ma w sobie najwięcej wigoru i energii.

Do Katowic przyjechałem trochę wcześniej by mieć czas na spotkania – jedno nie wypaliło, drugie się udało, a trzecie było po prostu rewelacyjne. Ono pozwoliło mi się zatrzymać i spojrzeć trochę inaczej na to miasto – dostrzec jak bardzo się zmieniło, jak z tej pomnikowej PRL-owskiej aglomeracji staje się miejscem przyjaznym i niezwykle urokliwym. Być może na moją ocenę wpłynęło doskonałe towarzystwo, dobry napitek i wyśmienite jedzenie, którymi raczyłem się bez opamiętania (serowe kiełbaski z grilla rządzą!) – niemniej jednak po tym ostatnim wyjeździe Katowice już nigdy nie będą dla mnie takie same. Zakochałem się w tym mieście.

A jak już przy miłości jesteśmy to przejdźmy do muzyki – bo wiadomo, że nic tak jak ona nie rozpala ludzkiego serca i nie rodzi tak dzikich namiętności.

DARK FUNERAL nie jest zespołem wybitnym i wymieniając najważniejsze black metalowe grupy z lat 90. z pewnością nie ująłbym Szwedów w pierwszej dziesiątce. Mam jednak straszną słabość do ich debiutanckiego MCD oraz albumu „The Secrets of The Black Art” z 1996 roku. Intensywność, melodyka i diabelska moc wylewająca się z tego krążka są ponadczasowe i mimo upływu dwudziestu lat nic nie straciły na sile rażenia.

W roku 1996 Dark Funeral wydawał mi się zespołem ekstremalnym i niebezpiecznym – czar jednak prysnął po przetasowaniach w składzie i wydaniu drugiego krążka „Vobiscum Satanas”. Niby kurs szybkiego i dość melodyjnego black metalu został zachowany, ale jednak czegoś zabrakło. Nie było już jadu i bezkompromisowości, tej diabelskiej furii i nieuchwytnej aury zła, która wcześniej unosiła się nad tym zespołem niczym czarny dym nad kominem huty Katowice.

Nawet te późniejsze zdjęcia zespołu i oraz ich występ widziany przed laty bardziej przypominały mi black metal odbity w krzywym zwierciadle niż „sekrety czarnej sztuki”, które jako nastolatek odkrywałem z większym przejęciem niż kilka lat wcześniej czasopismo „Twój weekend”.

Późniejsze płyty Szwedów jawiły mi się niczym więcej niż efektem sprawnego rzemiosła, którym nie sposób się zachwycić, a jeszcze trudniej doszukiwać się w nim czegoś więcej ponad pustą i niezbyt wyrafinowaną rozrywkę. Ucieszyła mnie ich tegoroczna płyta, która początkowo wydała mi się najlepsza od czasów debiutu. Niewykluczone, że tak jest, ale jednak po kilkunastu przesłuchaniach trochę ochłonąłem i dziś „Where Shadows Forever Reign” wydaje mi się nierówna, a miejscami nazbyt ugładzona i wypieszczona.

Zanim jednak przyszło mi skonfrontować sceniczną formę DARK FUNERAL czekała mnie przeprawa z KRISIUN. KRISUN ponoć w tłumaczeniu z brazylijskiego znaczy: „Wpierdol”. Nie znam brazylijskiego więc ręki za to nie dam sobie uciąć, ale bardzo możliwe, że tak właśnie jest – jeśli nie wprost to na pewno symbolicznie. Widziałem tych gości już wielokrotnie i nigdy ciała nie dali. Za każdym razem wychodziłem po ich koncercie ze skopanym zadkiem – jeśli nie dosłownie to symbolicznie.

img_7028Nie inaczej było i tym razem – Brazylijczycy zagrali bezlitosny set, podczas którego zatraciłem się pod sceną w obłędnym tańcu. O ile na ich ostatnie płyty można narzekać, że poprzez swoją kompozycyjną złożoność i techniczne zaawansowanie utraciły pierwotną i dziką moc (choć ja nie jestem z tych narzekających), to na żywo mamy do czynienia z prawdziwych huraganem, bezlitosną trąbą powietrzną, która porywa słuchaczy i rzuca nimi po ścianach. Pod sceną nie było łatwo – taniec świętego Wita zmieniłem w zapasy z zawodnikami dwa razy cięższymi od siebie, a w punkcie kulminacyjnym koncertu – chyba podczas „Vengeance’s Revelation” niczym bohater kreskówki wzleciałem ponad tłum, przeturlałem się po rękach i głowach stojących najbliżej sceny i glebnąłem po drugiej stronie barierek z takim impetem, że ochrona zastanawiała się czy dzwonić po pogotowie czy po karawan. I tu wielkie podziękowanie dla tych panów – nie dość, że znaleźli gdzieś na podłodze mój telefon, na którym miałem nagranych kilka ostatnich rozmów do książki, to jeszcze wyprowadzili mnie na powietrze i przynieśli worek lodu, żebym mógł się nieco ocucić i dojść do siebie. Chwilę później wskoczyłem do toalety, obmyłem rękę z krwi, która szczęśliwie nie okazała się moja i znów byłem pod sceną zbierając razy od „Apocalyptic Victory” czy „Blood Of Lions”. Na zakończenie Brazylijczycy zaserwowali cover nieśmiertelnego „Ace of Spades” oraz klasyczny „Black Force Domain”.

Nie był to ani najlepszy koncert Krisiun jaki widziałem, ani najgorszy – był po prostu bardzo dobry, na poziomie, do którego przyzwyczaili nas od lat.

Po zakończeniu koncertu Krisiun na scenie pojawiły się atrybuty w postaci pentagramu wielkości koła od Kamaza i odwróconego krzyża. Na scenę wytoczyli się Szwedzi i zaczęli – bodaj od „Unchain My Soul” z ostatniej płyty, a później napięcie już tylko… malało. I to nie kwestia złego brzmienia czy technicznej niepoprawności. Black metal w wykonaniu DARK FUNERAL był dla mnie trochę jak sezamki bez ziarna sezamkowego. Niby świeże, niby słodkie i chrupiące, ale ani jednego ziarnka sezamu? Czy to w ogóle sezamki, czy może tylko wafelek o smaku sezamkowym? Muzycy po prostu grali, ale tak jakby do końca nie bardzo wierzyli w to co grają i nie czuli tych wszystkich emocji, którymi przesiąknięte są ich teksty. A jak w muzyce emocji nie ma, to trudno by udzielały się one słuchaczowi.

W połowie koncertu byłem już lekko znudzony i udałem się do palarni gdzie poznałem jakieś miłe dziewczyny, które przez chwilę poopowiadały mi o urzędzie skarbowym z mojego miasta. Gdy wróciłem na salę znów nie mogłem wczuć się w mroczny i złowrogi klimat, który Dark Funeral próbował nieudolnie roztaczać. Popatrzyłem na te ich starannie przygotowane stroje i pieczołowicie sporządzone makijaże i zrobiło mi się smutno, bo pewnie wydali sporo pieniędzy by się tak ładnie zaprezentować, a mi bardziej przypominali bandę przebierańców niż autentycznych szaleńców, którzy chcą propagować ekstremalne treści.

I tak się ten Dark Funeral doturlał do końca koncertu. Przeciągnąłem się, stłumiłem ziewanie i opuściłem klub, z pościeranymi kolanami, poobijanymi łokciami, zmęczony i obolały, ale szczęśliwy – myśląc już o krakowskim ANGELCORPSE, który czekał mnie następnego dnia.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

2 komentarze

  1. Mefisto

    E tam, pierdolenie. Jestem Młodszy i nie wychowywałem się w czasach, gdy wychodziły pierwsze płyty DF, Jednak na mnie zrobili genialne wrażenie. Bardzo Kc. ten zespół, Co do Krisiun. Bardzo dobra gra i miła kapela.

    Odpowiedz
  2. Norbert

    Krisiun to nazwa jakiegoś morza księżycowego, czy też najgłębszego krateru na księżycu. Chociaż „wpierdol” to też prawidłowe tłumaczenie;)

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany