Kocham Mercyful Fate na zabój! Z perspektywy upływającego czasu bardzo doceniłem także ich późniejsze płyty, które w chwili premiery podobały mi się, ale umiarkowanie – w porównaniu do pierwszych dwóch, pomnikowych arcydzieł heavy metalu. Dziś na ołtarzyku trzymam całą ich dyskografię – regularnie palę przy niej kadzidełka i wznoszę żarliwe modlitwy. Nic dziwnego, że na płytę duetu DENNER/SHERMANN czekałem jak Apostołowie na zmartwychwstanie Jezusa. Słucham tego krążka już trzeci wieczór – kamień w grocie odsunięty, ale ciała nie ma. Ani żywego, ani martwego…


FullSizeRender 14G

dyby za płytą „Masters of Evil” nie stał magiczny duet gitarowy z Mercyful Fate to pewnie po pierwszym przesłuchaniu wzruszyłbym ramionami i stwierdził, że to zaledwie przyzwoity heavy metal. Mogę się tego wypierać lub nie – ale fakt jest jednak taki, że magia nazwisk nie tylko mnie przyciągnęła, ale sprawiła, że dałem temu krążkowi nie tylko drugą, ale także piątą i dziesiątą szansę.

No i niestety muszę wyłamać się z chóralnego zachwytu gawiedzi. Ta płyta nawet nie stała koło najsłabszego albumu MERCYFUL FATE (a który to, do licha?). Gdybym był redaktorem naczelnym NOISE MAGAZINE, napisałbym „to rasowo zagrany, świetnie brzmiący, dobrze zaaranżowany, chwytliwy heavy metal” i może nie byłbym daleki od prawdy.

Tyle, że ja nie potrafię postrzegać tej muzyki w oderwaniu od spuścizny MERCYFUL FATE, bo to trochę tak jakbym cieszył się, że wygrałem walkę bokserską, nie uwzględniając, że przeciwnik ważył 60 kilogramów mniej, miał tylko 9 lat, przyszedł właśnie na pierwszy trening i nie miał prawej ręki.

„Masters of Evil” to sprawnie odegrane rzemiosło na wysokim poziomie, ale jednocześnie płyta jest miałka i bez polotu. I nie chodzi tylko o brak Króla. Zgoda, że wokalizy Seana Pecka są irytujące, ze względu na brak tożsamości i nieustanne balansowanie pomiędzy manierą Halforda a Ozzziego (pod koniec drugiej minuty trzeciego utworu, aż zajrzałem do wkładki czy Osbourne na tej płycie przypadkiem nie zagościł). W sumie dziwne, bo lubiłem go w Cage i zawsze uważałem, że to świetny wokalista. Tu mam wrażenie, że się męczy i sili, jest gwałtowny, nieokrzesany, ale za cholerę to do mnie nie przemawia. Ale zostawmy go! Skupmy się na muzyce. Na tych partiach gitarowych, które miały mnie porwać i oczarować…

To granie jest zaledwie poprawne – nie ma tu nie tylko iskry bożej, ale w ogóle żadnego momentu, który by podniósł mi ciśnienie, żadnego zapadającego w pamięci riffu, żadnej solówki, przy której wstrzymałbym oddech, a słowo „łał!” wyrwałoby mi się z ściśniętego gardła. A właśnie tego oczekiwałem od tej płyty. Oczekiwałem, że okaże się ona heavy metalowym albumem roku, najlepszą heavy metalową płytą od czasu upadku Mercyful Fate.

Niestety – po kilkunastu przesłuchaniach muszę się poddać i dla poprawy humoru włączyć sobie, nawet nie MERCYFUL FATE, ale choćby którąś z dwóch ostatnich płyt SATAN czy ACCEPT i uwierzyć, że ten gatunek wciąż może mnie porywać, pod warunkiem, że został porywająco nagrany.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

  1. Krzysztof

    Byłem przekonany, że ta płyta ukazała się już jakiś czas temu…Po wysłuchaniu jednego kawałka byłem bardzo na tak, ale po przeczytaniu tego co napisałeś, zapaliło się ostrzegawcze światełko…pozostaje dać na tacę, żebyś nie miał racji 😉

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany