Na koncert DESTROYER 666 czekałem prawdopodobnie z taką samą niecierpliwością jak Antoni Macierewicz na premierę „Smoleńska”. Moja ekscytacja nie wynikała z niepewności czy mi się spodoba, ale raczej odpowiedzi na kluczowe pytanie: jak bardzo zajebiście będę się tego dnia bawił?


Gdy przyszliśmy pod HYDROZAGADKĘ, zobaczyłem tłum tak pokaźny, że przez moment byłem pewien, że w sąsiednim klubie odbywa się jakiś konkurencyjny koncert. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że w koszulce Alexandra Marcusa przyszedłem tylko ja (doprawdy niewiarygodne!) i zostałem namierzony przez Szanownych Czytelników Marii Konopnickiej. W efekcie, tego wieczoru poznałem około trzydziestu osób, z których nikt nie chciał mi dać w mordę, co mnie trochę ucieszyło, a trochę zmartwiło – bo jako bloger z charakterem powinienem przecież budzić kontrowersje. No dobra, ale żeby nie było tylko o mnie – to nadmienię, że tego wieczoru na scenie wystąpiły trzy zespoły.


RAGEHAMMER: Huragan ognia!

Niewdzięczna rola kapeli otwierającej piątkowy spęd długowłosej młodzieży przypadła RAGEHAMMER. Autorzy absolutnie powalającej „The Hammer Doctrine” nie mieli jednak z tego powodów żadnych kompleksów i wystartowali z taką furią, że już pierwszym utworem zrobili publice lewatywę z podpalonej nafty. Wytrzymałem dwa utwory stojąc jak cipa z telefonem w ręku i w najbardziej obciachowej koszulce na sali. Przy trzecim nie wytrzymałem i ruszyłem do tańca skacząc jak pasikonik po amfetaminie. RAGEHAMMER to istne koncertowe tornado – ich muzyka w cudowny sposób łączy black metalowy jad z klasycznym speed metalowym drivem, który sprawia że krew raźniej pulsuje w żyłach, a nogi same rwą się do tańca. Tymek na scenie niezwykle żywiołowy – headbanging w jego wykonaniu miejscami był tak szalony, że miałem wrażenie, iż kręcące się włosy za chwilę uniosą go nad ziemię, jak śmigło startujący helikopter. Ogień w płucach, pot na plecach, obite żebro (ktoś widać nie wytrzymał i przyjebał z „okcia” Marcusowi), mnóstwo siniaków i radość w sercu. Tak czułem się gdy zabrzmiały ostatnie dźwięki tego cudownego koncertu. „Nic nie było słychać. Wokal miejscami zupełnie zanikał” – narzekali koledzy, którzy stali przez cały czas przy barze. Być może mieli rację – ja tym koncertem byłem zbyt zachwycony, by zwracać uwagę na takie pierdoły. REGEHAMMER to zespół z ogromnym potencjałem i wielkim sercem do grania – to czuć w każdej minucie ich scenicznej prezencji i żadne dźwiękowe mankamenty nie są w stanie tego zniweczyć.


EMBRIONAL: Polot, precyzja i wyobraźnia

img_6496Zupełnie inaczej zaprezentowali się ich następcy. EMBRIONAL ubiegłoroczną płytą „The Devil Inside” wprawił mnie w niemałą konsternację. Dzieła tak dojrzałego i oryginalnego zupełnie się po nich nie spodziewałem. Śmiem twierdzić, że gdyby ta płyta została nagrana w czasach gdy death metal miał swoje pięć minut i mógł liczyć na solidne wsparcie promocyjne, to „The Devil Inside” byłaby dziś uznawana za album klasyczny i być może wciąż niedościgniony. Kunszt, precyzja, polot i niesamowity rozmach tej muzyki rzuca mnie na kolana. Dodać jednak należy, że twórczość EMBRIONAL nie jest ani zbyt oczywista, ani na tyle łatwa by za pierwszym razem trafić do przeciętnego podchmielonego metalowca, co najbardziej lubi riffy, które już zna. Z drugiej strony, przynajmniej mnie EMBRIONAL wcale nie skłaniał do małpich skoków i szpagatów w powietrzu. W pewnym momencie nawet przysiadłem pod ścianą i pławiłem się w tych dźwiękach z ekstatyczną przyjemnością, starając się nie uronić ani jednej nuty. Brzmieniowo początkowo wydawało mi się nieco chaotycznie i mało czytelnie – z czasem jednak dźwięk okrzepł i w połowie koncertu był już bliski ideału.


DESTROYER 666: Gdy popłynie krew…

img_6498Gdy na scenę wyszedł DESTROYER 666, to już po pierwszych minutach nie było wątpliwości, że oni grają w innej lidze. I to nawet nie kwestia brzmienia czy jakości wykonywanej muzyki, ale tej magii, charyzmy i pewności siebie, którą roztaczają ci najwięksi. Choć Australijczycy wciąż są bliżej podziemia niż splendoru wielkich gwiazd, to miałem jednak wrażenie, że oni już roztaczają wokół siebie aurę stadionowych idoli, których przepocony ręcznik zostawia się na pamiątkę, a złapaną po koncercie pałeczkę perkusyjną przechowuję się jak nogę świętego Wojciecha. Muzycznie też było dobrze, choć gdy do klubu wbiła cała tłuszcza zrobiło się nieznośnie gorąco i ciasno. Po prawie dwóch nieprzespanych nocach i indiańskich tańcach podczas RAGEHAMMER poczułem się na tyle zmęczony, że zrezygnowałem z zabawy pod sceną i obserwowałem występ z lotu ptaka, stojąc na kanapie pod ścianą.

Na żywo z DESTROYER 666 miałem podobnie jak z ich muzyką odtwarzaną z płyt – ich współczesna twórczość, choć szlachetna i wysmakowana – zagrana z polotem i niewiarygodną wręcz przebojowością, wydaje mi się tylko cieniem starych dobrych czasów, gdy black metalową truciznę podawali za pomocą thrash metalowej strzykawki, zakończonej poszczerbioną i zardzewiałą igłą, która wbijała się w dupsko z furią i drapieżnością wygłodniałego rottweilera. (Zdanie wielokrotnie złożone!) Gdy grali klasyczne „Iron Fist” MOTORHEAD smutno się uśmiechnąłem, gdyż zdałem sobie sprawę, że żaden zespół nie powinien grać tej piosenki od czasów gdy zagrał ją SODOM na „Persecution Mania”. Niemcy nadali temu utworowi takiego wydźwięku, że każde inne wykonanie jawi się jak czesanie kotów perskich przy wybuchu bomby atomowej.

Nie wiem czy to kwestia tych nowszych utworów, których heavy metalowa erudycja w kontekście tego zespołu nie do końca mnie przekonuje, czy to kwestia zmęczenia, ale DESTROYER 666 nie porwał mnie aż tak bardzo jakbym mógł sobie tego życzyć. Może nawet jestem skłonny przyznać, że był to występ bardziej udany niż ten przed WATAIN parę lat temu w PROGRESJI, mimo wszystko pewien niedosyt pozostał. Kumple, którzy mieli nieco więcej siły nie odpuścili i bronili honoru naszej paczki w podscenicznych kółkach tanecznych. W pewnym momencie jeden z nich z zakrwawioną twarzą wyłonił się z tłumu.

– Nie wygląda to najlepiej – skwitowaliśmy zgodnie.

Ranny jednak nabuzowany i pełen adrenaliny nie czuł bólu.

– Będzie zszywanie? – zapytał rzeczowo.

Jego czoło wyglądało fatalnie, ale zanim zdecydowaliśmy się na telefon na pogotowie zaproponowaliśmy, żeby się umył, dzięki czemu łatwiej będzie określić rozmiar poniesionych strat. Wrócił z kibla za parę minut czysty i uśmiechnięty.

– Spoko! To nie była moja krew! – skwitował uradowany i ruszył pod scenę taranując po drodze kilku suchoklatesów.

I właśnie taki był dla mnie ten Destroyer 666. Niby czułem się fajnie i broczyłem krwią, ale nie była to do końca moja krew.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany