Siedemnastego września roku dwa tysiące szesnastego przypada siedemdziesiąta siódma rocznica wkroczenia Armii Czewonej do Polski i śmierci Witkacego. W tym bogatym w rocznice dniu odbyły się w Zabrzu dwa konkurencyjne koncerty, chociaż żaden nie miał z tymi okazjami nic wspólnego – z jednej strony wystąpili australijscy barbarzyńcy z Destroyer 666, a z drugiej legenda rocka progresywnego i rocka w ogóle – King Crimson


Destroyer 666 grał dzień wcześniej w Warszawie i co trzeba napisał już redaktor Maria Konopnicka, więc mi zostaje żałować, że nie byłem dzień wcześniej w Warszawie i naskrobać kilka słów o King Crimson. Wolałbym pisać o Destroyer 666, bo by było jednak łatwiej. A pisanie o legendach rocka to taka dość niewdzięczna robota, chociaż King Crimson to – Bogu dzięki! – pewien wyjątek. Legendy rocka na koncertach dzielą się na ogół na dwie kategorie: na tych, którzy dawno już powinni dać sobie spokój i siedzieć na Bahamach albo Bermudach i tam robić to, co robią emerytowane gwiazdy rocka (jak Mike Oldfield), oraz na tych, którzy wciąż czują rock’n’rolla i dzięki temu są wciąż dobrzy, a pod niektórymi względami nawet lepsi niż kiedykolwiek. Pierwszych można zjechać, drugich chwalić, a jedno i drugie jest trochę nudne.


Starzeć się wdziękiem

Do pierwszej kategorii można zaliczyć całe rzesze zespołów, których nie warto właściwie wymieniać. Do drugiej nieliczne chlubne wyjątki, takie jak przeżywające ostatnimi czasy drugą młodość Black Sabbath, umarł już niestety Motorhead, albo Paula McCartneya, który mimo wieku daje takie występy, o jakich inni naprawdę mogą tylko marzyć. Podobnie jest jeśli chodzi o poszukiwania artystyczne. Większość legend rocka wypaliła się dawno temu i teraz albo klepią w kółko tego samego kotleta, albo (na szczęście) w ogóle nic nie nagrywają, za to skupiają się na koncertach. Czasem uda się komuś nagrać coś dobrego, vide przypadek Black Sabbath – „13” to całkiem niezła płyta! No i są jeszcze tacy, którzy mimo wieku ciągle czegoś szukają i się rozwijają, nagrywając znakomite płyty, ale niespokojnych duchów zamkniętych w ciałach siedemdziesięciolatków jest niewielu. Neil Young. Nieodżałowany David Bowie. Scott Walker, z tych mniej znanych. Pewnie jeszcze paru.


Dwie perkusje to za mało…

Gdzie w tym wszystkim lokuje się King Crimson? W tych dwóch lepszych kategoriach? Ha, dobrze by było… nie, to nie jest takie proste. King Crimson to zawsze był fenomen i jest nim dalej. Fripp nigdy nie zszedł z drogi muzycznych poszukiwań i nigdy nie złożył broni, a w każdym razie nigdy nie złożył jej na zawsze, bo jak wiadomo jest to persona kapryśna i już kilka razy z przemysłem muzycznym zdarzało mu się kończyć, ostatnio zresztą całkiem niedawno. Kilka lat temu Fripp wyłączył King Crimson, by niedługo potem reaktywować zespół. Ewidentnie nakręcony albumem „A Scarcity of Miracles”, nagranym z byłym członkiem King Crimson, Melem Collinsem, oraz z wokalistą Jakko Jakszykiem wrzucił ich obu do składu, zebrał kilku starych kolegów i dodał jeszcze dodatkową perkusję. Dwie to za mało, z trzema dopiero zaczyna się zabawa! Potem rok pobytu w szafie i szlifowania materiału na próbach, a potem jedna trasa koncertowa, druga i kto wie, może w przyszłości będą z tego dzieci, to znaczy pełny album… Król powraca i to od razu w dwóch odsłonach. Po pierwsze, w absolutnie fenomenalnej formie koncertowej, a po drugie, w nowej aranżacji, uwzględniającej osobliwą, czteroosobową sekcję rytmiczną. Trzy perkusje. Bardzo dziwny pomysł, tak pomyślałem, gdy pierwszy raz przeczytałem newsa z tą informacją. Trzy perkusje, a na co to komu?


Zakaz nagrywania

Namiastkę tego, co potrafi nowe wcielenia Karmazynowego Króla przyniosły koncertówki – Live At Orpheum i Live In Toronto. Ta pierwsza to taki niewielki, czterdziestominutowy sampler, kilka kawałków z różnych koncertów, pokazujący, że stare numery w nowych aranżacjach są… inne. Nie zyskują, nie tracą, ale są wyraźnie inne. Gęstsze, bardziej kolorowe. Czy lepsze, czy gorsze – trudno powiedzieć. Dopiero zapis pełnego występu w Toronto pokazał, że jest dobrze. Ogień. Ogień i znakomita sekcja, a do tego niezgorsze wokale. Jakszyk po „A Scarcity of Miracles” nie zapowiadał się na dobrego wokalistę, a tu proszę, z materiałem King Crimson radzi sobie przynajmniej bardzo dobrze. Na koncertach obowiązuje całkowity zakaz nagrywania, więc jakiekolwiek nagrania live, poza dwoma oficjalnymi, właściwie nie istnieją. To oznacza, że tak naprawdę nie wiadomo, jak wygląda prawdziwa forma King Crimson. Koncertówki mają piękny, czysty dźwięk i doskonałe, selektywne brzmienie, uzyskane zapewne dzięki różnym sztuczkom i obróbce dźwięku z konsolety. Ok – super, wszyscy kochamy cukierki. Jak to jednak brzmi naprawdę?


Koncertowanie uniwersalne

Cóż, doczekaliśmy się powrotu króla i po wielu latach od ostatnich występów, King Crimson zawitał do Polski. W ten weekend odbyły się dwa koncerty w Zabrzu a już zaraz szykują się dwa kolejne, we Wrocławiu. Byłem na pierwszym koncercie w Zabrzu, chociaż mogłem wybrać Destroyer 666. Pewnie bym był całkiem zadowolony, bo to przecież znakomita metalowa horda, a jak wiadomo Australijczycy jeńców nie biorą i w kategorii ognistej rzeźni na chwałę diabła są znakomici. Haczyk jest jednak taki, że King Crimson wcale nie jest obecnie gorszy jeśli chodzi o intensywność i żywiołowość, a być może nawet większość metalu przewyższa, o ile można dokonywać takich porównań. Właściwie czemu nie? Sprawność koncertowa to taka szczególna własność, że jest niezależna od stylu nagranej muzyki, od poziomu produkcji studyjnych i w ogóle od wszystkiego. Trudno porównywać Johna Coltrane’a i Beherit, ale jeśli chodzi o poziom koncertów, to nie ma granic. Istnieją uniwersalne wyznaczniki dobrych koncertów, nieważne kto je gra. Istnieją też cechy ponad podziałami gatunkowymi. Intensywność, ekstremalnośc, siła oddziaływania, czy jak to tam nazwać – to jest uniwersalne.


Głośniej niż głośno

Ogień. Ogień to słowo klucz w muzyce rockowej i zarazem słowo klucz do pierwszego z czterech występów King Crimson w Polsce. Zaczęli spokojnie, bo od „Hell Hounds Of Krim” – pod tym tytułem kryje się nic innego jak kompozycja rozpisana wyłącznie na trzy perkusje. Gdy tylko Harrison, Stacey i Mastelotto uderzyli w bębny, stało się jasne, że będzie głośno. Przy trzech perkusjach nie może nie być głośno. Jeżeli na trzech perkusjach gra trzech znakomitych perkusistów, którzy bynajmniej nie mają oporów przed bardzo żywiołową gra, to nawet bez nagłośnienia musi być głośno. Z nagłośnieniem nie jest już głośno – z tego się robi potworny łomot. A przecież trzeba jeszcze nagłośnić dwie gitary, bas, saksofon i wokal, więc ostatecznie musi być jeszcze głośniej. Żeby to wszystko brzmiało selektywnie i żeby każdą ścieżkę dało się wyodrębnić, trzeba się prawdopodobnie sporo namęczyć. W Zabrzu ta sztuka udała się tylko częściowo i nie wiem, czy to wina dźwiękowca, czy obiektu. Trudno powiedzieć. Głośno było okrutnie, jakąś tam selektywność niby uzyskano, ale bas momentami ginął w tle, a całość brzmiała dość płasko przez niski poziom dynamiki. Była niewielka różnica między partiami teoretycznie cichymi a głośnymi, bo nawet te ciche, aby przebić się przez bębny, musiały być głośne. King Crimson nie wahał się korzystać z wysokiej dynamiki, ot żeby daleko nie szukać – w pierwszej części Larks Tongues in Aspic czy w The Letters, gdzie kontrasty między „cicho” a „głośno” grają kluczowa rolę dla konstrukcji całego utworu. Na żywo to zniknęło, na rzecz gęstej, hałaśliwej rzeźni zdominowanej przez rytm. Nawet gdy zespól grał na pełnych obrotach, nawet gdy Collins wypluwał przez saksofon płuca, to i tak pierwsze skrzypce grają rozpędzone jak buldożer bębny.


Rytmiczne turbodoładowanie

Czysto technicznie rzecz biorąc, partie bębnów zaaranżowano najwyraźniej na dwie perkusje a nie na trzy – trzecia jest potrzebna, żeby podbijać niektóre elementy dwóch pozostałych, co skutkuje rytmicznym turbodoładowaniem, a partie bębnów zyskują nie tylko na przestrzeni, ale i na głębi – stają się trójwymiarowe, gęste i ostre jak brzytwa. I głośne. tak potwornie, pierwotnie, plemiennie głośne, że to autentycznie boli. W przerwie między dwoma setami nie mogłem się dogadać z dziewczyną, bo oboje zostaliśmy najzwyczajniej w świecie ogłuszeni. Potem uszy się nieco wykrwawiły, wypaliły i odbiór był już lepszy, ale to raczej zasługa moich uszu a nie samego dźwięku.

Nie jestem pewien, czy tak mocne przełożenie nacisku na bębny jest lepsze czy gorsze od tego co komanndo Roberta Frippa kiedyś robiło, ale na pewno jest to coś nowego. Fripp nie składa broni i dalej szuka nowego, ryzykując, że eksperyment może się nie udać. W moim odczuciu rezultaty są rózne. „Hell Hounds Of Krim” to świetna rzecz, a dzięki bębnom zyskuje też na pierwotności i mocy na przykład „Sailors Tale” albo mechaniczne, pokręcone „Fracture”. Z drugiej strony, najlepsze momenty koncertu to „Starless” i „21st Century Schizoid Man”, gdzie sekcję zredukowano tylko do jednej perkusji – na zmianę gra więc albo Mastelotto albo Harrison – i muzyce wychodzi to na dobre, bo nagle zyskuje nieco świeżego powietrza. trzy perkusje oznaczają, że muzyka musi być bardzo gęsta, a gęstość nie zawsze jest fajna. Czasem potrzebna jest też przestrzeń, a muzyka King Crimson jest na tyle wielowymiarowa, że można w niej znaleźć i jedno i drugie.


Lekkość, płynność, energia

Rozpisałem się o perkusjach, a nie było nic o pozostałych – problem w tym, że trudno tu coś napisać. Zespól jest niesamowicie zgrany, muzycy tak bardzo wczuci w muzykę, że właściwie z nią zjednoczeni, tak żadna młoda kapela nie zagra, tylko grono weteranów, którzy uniknęli stetryczenia jest w stanie coś podobnego uzyskać. King Crimson nie są jedyni, to samo można było usłyszeć na ostatnich występach Black Sabbath, ale drużyna Iommiego nie odważyła się na eksperymenty z aranżacją, co zrobił Fripp. O tym, że poziom wykonawczy jest bodaj najwyższy możliwy szkoda pisać. Lekkość, płynność, energia. Wspomnę tylko o Jakszyku – Jakszyk odtwarza partie wokale swoich poprzedników bezbłędnie, a niekiedy interpretuje je nawet lepiej od ich oryginalnych wykonawców. „Easy Money” w jego wydaniu to obłęd, rzecz całkowicie nie z tej ziemi.

Jest więc i chemia między muzykami, i dalsze poszukiwanie nowych środków wyrazu, więc efekt jest dwojaki – z jednej strony otrzymujemy znakomicie naoliwiony zespół, który gra tak, jak chyba nikt inny na świecie, a z drugiej mniej lub bardziej udaną próbę powiedzenia czegoś jeszcze. Tak, nie do końca udane – bo czasem można by wywalić te trzecią perkusję, czasem przydało by się więcej powietrza… widać też, że wykonawczo jest super, aranżacje są pomysłowe, ale nowe numery – a można było takie usłyszeć! – nie są już tak dobre, chociaż wciąż jest to niezła muzyka. Przebojowe „Meltdown” to przecież naprawdę dobry utwór z bardzo dobrym, nośnym wokalem.


Wyzwalanie sił chaosu

Mnie osobiście nowe wcielenie Króla nie do końca przekonało, przez koncentrację na rytmie coś w tej muzyce ginie, przez ten hałas znika gdzieś subtelność dawnych utworów Króla… ale z drugiej strony, Fripp powiedział kiedyś, że istotą King Crimson jest wyzwalanie sił chaosu, a potem próba ich okiełznania. King Crimson anno domino 2016 jest oddany siłom chaosu jak chyba jeszcze nigdy wcześniej, ale zarazem ani na chwilę nie traci samokontroli, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że muzycy nie panują nad demonami, które wywołują.

Zespól nie wchodzi w interakcje z publiką, chociaż Mel Collins wplótł w improwizację na flecie cytat z polskiego hymnu. Nie ma też właściwie żadnej scenicznej prezencji. To po prostu grupa starszych panów w garniturach i krawatach, którzy wypruwają z siebie na scenie flaki, bo że dają z siebie wszystko, to widać od razu po tym jak grają.

Tylko Fripp tu nie pasuje. Siedzi jak zawsze na stołku z ekspresją drewnianego kloca, obstawiony toną efektów, komputerów i elektroniki, w wielkich, czarnych słuchawkach na prawie już pozbawionej włosów głowie i gra na gitarze zimno i bez emocji, precyzyjnie jak szwajcarski zegarek, tak samo znakomicie teraz jak i czterdzieści lat temu, zawiadując bezgłośnie swoim zespołem. Widziałem wiele koncertów metalowych i black metalowych, ale nikt, absolutnie nikt nie wygląda na scenie bardziej diabelsko niż Robert Fripp.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany