Gdy byłem nastolatkiem disco polo święciło triumfy popularności. Jednak dla nas młodych ludzi ta muzyka była uosobieniem obciachu i symbolem pewnej ułomności – nie tyle muzycznej, co intelektualnej. Niezależnie od tego jakiej muzyki słuchaliśmy, łączyło nas jedno – nienawiść do disco polo, pogarda do muzyki, która płynęła z głośników na giełdzie samochodowej w Słomczynie i z magnetofonów podpitych murarzy, snujących po pobliskich budowach. Te czasy minęły. Dziś nastolatki na gwiazdy dico polo reagują jak kilkadziesiąt lat temu na Beatlesów. Krzyczą, płaczą i znają teksty piosenek na pamięć


W latach dziewięćdziesiątych wybuchła pierwsza fala popularności dico polo. Ta muzyka straszyła nas ze straganów, wylewała się z głośników magnetofonowych na pobliskich budowach z wdziękiem przepełnionego szamba wybijającego spod pokrywy. Ponoć puszczana była na wiejskich weselach – najczęściej pod koniec, gdy orkiestra była zbyt pijana by zagrać coś bardziej skomplikowanego, a goście zbyt pijani by tańczyć.

Pokolenie bez discopolowców

k,MjMyNjYzMDgsMjgyMzA4,f,308cf0cd22ba7a24bbf2ba120169b69f_14_19_0_1_Oczywiście będąc nastolatkiem gardziłem disco polo. To był dla mnie muzyczny odpowiednik pedofilii – najgorsza rzecz na świecie, coś jeszcze gorszego niż muzyka pop puszczana w radiu, jeszcze gorszego niż tępe dicho walące po uszach z dyskomulskich maluchów.

W latach dziewięćdziesiątych moje pokolenie z grubsza można było podzielić na kilka grup – tych, którzy nie słuchali niczego (oni w towarzystwie nie istnieli), punków i fanów metalu, z których większość z czasem zmieniła się w hip-hopowców. Byli też fani muzyki grunge, fani starego rocka spod znaku The Doors oraz fani Prodigy i innych dziwnych wynalazków. Sporą grupę tworzyły też dyskomuły – bywalcy dyskotek, właściciele fiatów 126 p z naklejką „Marlboro” na szybie i płytą kompaktową przywieszoną przy lusterku. Oczywiście obowiązkowym elementem wyposażenia takiego malucha były głośniki, z których leciały zmasowane basowe dźwięki „umps!”, „umps”!

Oczywiście – my metale – nienawidziliśmy dyskomułów i byliśmy przekonani, że to podludzie, intelektem bliżsi amebie niż rodzajowi ludzkiemu. Dyskomuły nienawidzili nas – bo wyglądaliśmy jak cioty (co było prawdą) i zamiast interesować się wyrywaniem lasek na dyskotekach, chodziliśmy na koncerty, na których machaliśmy głowami i tańczyliśmy pogo (co też było prawdą).

Jedno nas łączyło – nie słuchaliśmy disco polo. Dla nas ta muzyka była odrażająca, a dla dyskomułów wieśniacka i obciachowa. To tak jakby sobie zamiast „Marlboro” czy „Camel” nakleić na szybę malucha, „Popularne”, albo „Radomskie”. To nie przechodziło – nawet u tych podludzi z intelektem ameby.

Muzyka z innego świata

disco-poloMuzyka disco polo była synonim skrajnego obciachu. Z jej fanami właściwie się nie stykaliśmy – bo kto kolegował się z murarzami, kierowcami tirów i bywalcami potańcówek w remizach strażackich? Ta muzyka istniała, ale gdzieś w bliżej nieokreślonej przestrzeni. Może ktoś z nas miał gdzieś na wsi jakiegoś wujka Janusza, który włączał sobie diso polo roztrząsając gnój albo dojąc krowę? Nikt się do tego jednak nie przyznawał. Słuchanie muzyki disco polo było odbierane dokładnie tak jak dziś gesty trenera reprezentacji Niemiec, który podczas meczu wsadza sobie ręce w majtki, a później sprawdza zapach przepoconych pachwin i pośladków. Disco polo było właśnie takim muzycznym potem z pachwin, brązową kulką wygarniętą z odbytu, babą wyturlaną z nosa.

Dziś jest inaczej. Disco polo znów jest popularne, ale tym razem weszło na salony. Przyznanie się do słuchania tej muzyki nie jest już żadnym obciachem. Bo to przecież lekka, łatwa i przyjemna muzyka, dobra do zabawy i słuchania w samochodzie. Nie tak dawno temu rozmawiałem o muzyce w pewnym towarzystwie, w którym nikt dwadzieścia lat temu – nawet przypiekany żywym ogniem – nie wyznałby, że lubi disco polo. Dziś przyznają bez żadnego skrępowania, bo to przecież tylko muzyka – w dodatku młodzieżowa i na czasie. Tak! Młodzieżowa! I to mi chyba najtrudniej przełknąć. Dziś młodzi ludzie nie buntują się w taki sposób jak my, w latach dziewięćdziesiątych. Dziś fani diso polo rekrutują się także spośród nastolatków.

Idole nastolatków

IMG_5580



Głos młodego pokolenia!

maxresdefaultOstatnio widziałem na żywo Ekstazy. Nie miałem wcześniej zielonego pojęcia o takim zespole, a z racji wykonywanego zawodu zjeździłem sporo różnych wiejskich imprez i festynów i niejedno w życiu widziałem. Sądziłem, że Ekstazy to jakaś siódma liga disco polo, ścieżka dźwiękowa dla kilku, kilkunastu osób, które wypiwszy za dużo piwa zachcą się pokiwać pod sceną. Jak się jednak okazało nie znam w ogóle życia. Myliłem się sromotnie. Na koncert przyszło kilka tysięcy ludzi, a zespół został przyjęty jak Rolling Stones w latach swojej świetności! Zespół? Właściwie to żaden zespół. Przypakowany koks, który chyba zatrzasnął się w solarium i trzy skąpo ubrane tancerki, które efektownym tańcem godowym skutecznie odciągały uwagę od muzycznej biedy, która zagościła na scenie.

A publiczność? Niewiarygodna! Fanatyczna, zaangażowana, oddana! Pod samymi barierkami głównie nastolatki, z determinacją walczące o kawałek chińskiej bawełny w kształcie koszulki, na której ich idole złożyli podpisy flamastrami. A raczej idol, bo te tancerki to chyba co koncert się zmieniają? Krzyk, pisk, płacz i histeria! Rozdawane ulotki i plakaty chowane jak relikwie, chóralne odśpiewywanie każdego utworu, a później jeszcze długo po koncercie skandowanie nazwy i modlitwy o to, by idol wyszedł jeszcze. Podał rękę, uśmiechnął się, poklepał po ramieniu. A może sweet focie sobie pozwolił zrobić, by można było wrzucić na Facebooka?

– Gdy grupka dziewczyn z mojej szkoły namawiała się na Facebooku by razem pojechać na koncert gwiazdy disco polo do innego miasta, to początkowo myślałam, że ironizują i się naśmiewają – opowiada mi nauczycielka z jednej z podwarszawskich szkół. – Później zorientowałem się, że one naprawdę na ten koncert jechały i na poważnie słuchają tej muzyki. Nigdy bym się nie spodziewała, bo to mądre i dobre uczennice, a disco polo zawsze wydawało mi się wyjątkowo niewymagającą muzyką.

Fanatyczni, zaangażowani, oddani!

Beatlemania arrives in Los Angeles from 1964 to 1966 (1)Trudno przypuszczać, że nastolatki ześwirowały. Raczej zmieniło się podejście do słuchania muzyki. Dla mojego pokolenia muzyka była manifestem, przejawem buntu, sposobem na wyrwanie się ze schematów dorosłego świata. Dziś muzyka jest tylko zabawą i rozrywką – a rozrywka im prostsza i mniej wymagająca tym bardziej rozrywkowa. Trochę jak film obejrzany w Multipleksie – szybki, prosty, płytki – idealny pod przeżucie garści popcornu i wychylenie kubka coli.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

2 komentarze

  1. Viktor Vektor

    Lepiej tego ujac nie moge. Swietny tekst jak i inne, czytajac twoje artykuly widze siebie z tamtych lat. Szok ile wspomnien mi sie przypomnialo czytajac to wszystko. Super strona pozdrawiam z za oceanu

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany