Do niedawna nazwa krakowskiego Dormant Ordeal nic mi nie mówiła. Ich debiutancki album przegapiłem, a gdy otrzymałem świeżutką, tegoroczną „We had it coming” to włączyłem ją bez żadnych oczekiwań. Po raz ostatni tak się stało. Gdy Dormant Ordeal nagrają trzecią płytę to moje oczekiwania będą już duże. Wręcz ogromne!

Jestem pod wrażeniem coraz większego profesjonalizmu naszej krajowej sceny. Dawno już minęły czasy, gdy materiały wydawane przez zespoły cechowały się amatorszczyzną i nieporadnością. Dobrym przykładem jest estetycznie i elegancko wydany digipack z drugą płytą krakowskiego Dormant Ordeal „We had it coming”.

FullSizeRenderFrapująca okładka wykonana przez Pawła Sokólskiego (naprawdę dobra robota, choć mogliby wydrukować o ton jaśniej) dokładnie nie zdradza z jaką muzyką będziemy mieli do czynienia i sprawia, że z przyjemnością i zainteresowaniem wkładamy płytę do odtwarzacza.

Suchy drapieżny, intensywny riff i bezlitosne partie perkusji rozpoczynające płytę, nie pozostawiają złudzeń co do muzycznej stylistyki zespołu. Dormant Ordeal gra techniczny death metal – bardziej na modłę amerykańską niż europejską. Nie jest to jednak bezmyślne napierdalanie poprzetykane technicznymi wygibasami na gryfie. Dormant Ordeal rozumieją, że słuchacza bardziej interesuje jak muzyka smakuje, a niż z czego ją zrobiono i technikę grania podporządkowuje dyscyplinie aranżacyjnej utworu, a nie na odwrót. W efekcie „We had it coming” jawi się jako album inteligentny, przemyślany i niepozbawiony własnej tożsamości. Ta muzyka jest brutalna, ale nie bezmyślnie brutalna – posiada swoją dramaturgię i klimat, jest pełna pasji i serca. To dopiero drugi album krakowskiego zespołu, a przyznam, że słuchać w nim sporą dojrzałość i silną świadomość własnej tożsamości.

Ta płyta podoba mi się też dlatego, że w żaden sposób nie jest oczywista. Niby gatunkowo określona i zdefiniowana, jednak sama struktura poszczególnych utworów, efektowne rozwiązania rytmiczne, miejscami mroczniejsze i bardziej klimatyczne fragmenty, sprawiają, że po pierwszych przesłuchaniach słuchacz nie ma wrażenia, że płytę już zna i z czystym sumieniem może odstawić ją na półkę z napisem „przesłuchane”.

Dormant Ordeal wciąga i intryguje – ich muzyka jest bardziej zmysłowa niż klasycznie piękna, swe wdzięki odkrywa stopniowo w miarę kolejnych przesłuchań. Na pochwałę zasługuje również brzmienie – selektywne, potężne, miejscami bardzo skomasowane, miejscami przestrzenne (jak choćby na początku „Stoning”). Mankament stanowią partie wokalne, które są po prostu dobre, solidne, ale nieco jednowymiarowe. Przydałoby się trochę szaleństwa, większego zróżnicowania i ekspresji przełamującej death metalową poprawność. Ulubiony utwór? Chyba postawiłbym na Derangement Zone Pt. 2, choć im dłużej słucham tej płyty tym ciekawsza i bardziej wyrównana zaczyna mi się wydawać, a ulubione fragmenty zaczynają rozprzestrzeniać się po całości. Choćby wieńczący album „Tar” – cóż za niepohamowana dzicz i dostojeństwo! W tym utworze jest wszystko i bezlitosne blasty i niepohamowana furia i przestrzeń i technika. A wszystko ginie we wciągającej czarnej dziurze, tej samej, z której wypłynął początek tego albumu. Nie pozostaje nic innego niż ponownie wcisnąć „play” i zacząć od początku. Albo „A Dim Reminder” ze swoją lekko marszową rytmiką. Są takie fragmenty gdy rytmika i zimne, odhumanizowane riffy przywodzą mi na myśl wspomnienie „Grand Declaration Of War” (choćby w Derangement Zone Pt. 1) . Nie sądzę by Dormant Ordeal świadomie inspirowali się Mayhem, ale mi to subiektywne skojarzenie wciąż gdzieś się kołacze.

Podsumowując – zaskakująco dojrzała, przemyślana i inteligentna muzyka, umykająca prostym analogiom i bezpośrednim skojarzeniom. Dormant Ordeal nie należy do pierwszej ligi popularności, ale jakościowo spokojnie bije na głowę dokonania wielu bardziej rozpoznawalnych kapel. Mam nadzieję, że nie powiedzieli ostatniego słowa i wkrótce o tym zespole zrobi się naprawdę głośno. Jest talent i są umiejętności – czas pokaże czy będzie też trzecia, najważniejsza cecha w drodze do sukcesu. Wytrwałość.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany