img_7765Gdy rozpoczęła się debiutancka płyta ostrołęckiego EMPATIC to poczułem się jakbym właśnie włączył jakiś zagubiony album nagrany przez jeden z projektów Dana Swano. Masa melodii, chwytliwych thrashowych riffów, death metalowy ciężar, kontrolowana agresja – sporo przestrzeni i wyobraźni. Naprawdę nie spodziewałem się po muzyce oscylującej gdzieś pomiędzy death metalem a thrashem tak przemyślanego i nietuzinkowego grania. Ta płyta jest chwytliwa i wręcz przebojowa – śmierdzi melodyjną Szwecją, ale bardziej tą dobrą spod znaku Edge Of Sanity niż patatajami późniejszego In Flames. Mimo tego trudno „Gods Of Thousand Souls” nazwać albumem oldschoolowym. Dobre nowoczesne brzmienie i sporo energetycznych, świeżych i nowocześnie brzmiących zagrywek sprawia, że ani przez moment nie pojawia się wrażenie by muzycy ostatnie dwadzieścia lat spędzili zamknięci w jakiejś zatęchłej krypcie. Wystarczy posłuchać choćby pełnego groove, superprzebojowego „So what?” czy nowoczesnego „Dreamer”, który skrzy się heavy metalowymi partiami gitar, a jednocześnie emanuje gniewem i ani na moment nie traci mocy. Warto zwrócić uwagę na partie urozmaicone partie wokalne – w naturalny sposób przechodzący od growlu po wręcz hadcorowy krzyk aż kąśliwy szept. Ta muzyka jest prosta w odbiorze, a miejscami tak cholernie i nieznośnie przebojowa, że aż obuwie wyskakuje mi z szafki na buty i zaczyna stepować po przedpokoju. Szczytem tej przebojowości jest ostatni z autorskich utworów na krążku – „Empatic”. I gdy już się wydaje, że bardziej przebojowo zagrać się po prostu nie da, to zaczyna się „Enola Gay” – cover OMD, zagrany z taką lekkością i polotem, że zrywamy z siebie koszulę i zaczynamy tańczyć kręcąc rytmicznie biodrami i ramionkami.

EMPATIC absolutnie nie gra muzyki jaką lubię najbardziej – w ich metalu nie ma żadnego brudu, brzydoty ani złych emocji. Zamiast tego słychać radość grania, masę przebojowych riffów i melodii – może nie takich, które zostawałyby w na dłużej w głowie, ale takich które cieszą tu i teraz. Chyba wiele nie przesadzę gdy sześć lat po premierze tej płyty powiem, że przeszła ona bez większego echa. Gdyby jednak album ten wydała jakaś większa wytwórnia i poparła jego premierę porządnymi działaniami promocyjnymi to jestem pewien, że nazwa tego zespołu stałaby się rozpoznawalna nie tylko na naszej krajowej scenie. Owszem jest tu trochę sztampy, ale jest też dużo grania tak przebojowego i chwytliwego, że mogłoby ono podbić serca nie tylko metalowych purystów i długowłosych ortodoksów.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany