Pewnego mglistego poranka gdy okrągła tarcza żółtawego słońca próbowała przebić się przez gęstniejące chmury, Bóg Metalu otarł pot z łysiny i powiedział pod nosem: „Mam dość tego gówna! Spodnie uwierają mnie w krocze, buty są za ciężkie, a od dymu z Harleya mam kaszel. Czas zejść z Olimpu i iść wśród śmiertelników”. Jak pomyślał tak zrobił. Zdjął skórzane spodnie i naćwiekowaną kurtkę, założył krótkie spodenki, sportową koszulkę i  tenisówki. Przebrany za zwykłego człowieka zszedł z Olimpu by poszukać przygód na ziemi.


fullsizerender-97W

raz z latami dziewięćdziesiątymi przyszło nowe. Klasyczne formy muzyki metalowej były wypierane przez ekstremalne podgatunki, podczas gdy bardziej mainstreamowe oblicze tej muzyki musiało ustąpić miejsca chłopakom we flanelowych koszulach. Stało się to bardzo szybko i już w 1992 roku klasyczny heavy metal był modny jak długie włosy pod pachami wśród topowych modelek. JUDAS PRIEST weszli w lata dziewięćdziesiąte chyba w najlepszy sposób jaki można sobie wyobrazić. Płytą „Painkiller” doprowadzili swój styl do perfekcji, grając tak ostro i agresywnie jak nigdy wcześniej. Pojawiło się jednak pytanie: co dalej? Lepszej płyty heavy metalowej przecież nie da się nagrać (do dziś nikomu ta sztuka się nie udała), a poza tym przyszły takie czasy, że klasyczne metalowe granie stawało się passé – by nie rzecz, że zwykłym obciachem. Halford wyczuł sytuację i postanowił z tego heavy metalowego okrętu pośpiesznie się ewakuować. Udzielił kilka gorzkich wywiadów o mizernej kondycji gatunku, odwiesił skórzane fatałaszki do szafy w swojej sypialni i postanowił zostać starszą wersją Phila Anselmo. Krótkie spodenki, sportowe koszulki i białe skarpety miały sygnalizować młodzieży, że Halford wyjął kij z dupy i gotów jest znów być na czasie. Rob zrobił casting, dobrał sobie kilku ładnie ubranych chłopców i w roku 1993 wystartował z zespołem FIGHT.

fightOprócz tego, że zespół zrobił sobie fajną sesję zdjęciową postanowił także nagrać płytę. Jesienią 1993 roku wyszedł ich debiut „War of Words” proponując nowoczesne granie, pełne groove, o prostej strukturze, selektywnych riffach i agresywnych partiach wokalnych Halforda, który jednak miejscami przechodzi w bardziej piosenkową manierę. Gdyby ta płyta ukazała się dzisiaj to pewnie po dwóch lub trzech odsłuchach uznałbym, że to nic nadzwyczajnego i odstawił ją na półkę. Jednak w roku 1993 „War of Words” zakupiona na kasecie Takt była dla mnie sporym wydarzeniem.

Album zaczyna rozpędzony i rwany riff „Into The Pit”, Halford śpiewa wyskokim głosem jak za czasów Judas. Prosty tekst wbija się w pamięć – refren jest wyrazisty, powtarzany i chwytliwy. Żadnych rozpasanych gitarowych dialogów – podstawą jest prosta rytmika. Choć pojawia się dość zamaszysta partia solowa to nie odbiera ona nowoczesnego wydźwięku utworu.

a-309445-1205624994-jpeg„Nailed to the Gun” jest bardzo motoryczny i groove – słychać lekkie echa Pantery. Maniera wokalne Halforda również daleka jest od klasycznego heavy metalowego wzorca – śpiewa zadziornie i agresywnie udowadniając, że jest wokalistą nie tylko o wybitnych możliwościach, ale także niezwykle wszechstronnym i elastycznym. Choć znów mamy solową gitarę to podobnie jak w poprzednim utworze nacisk położony jest w większym stopniu na rytmikę i groove niż tworzenie melodyjnych harmonii. „Life in Black” to bardziej stonowany mroczny utwór utrzymujący nieśpieszne, miarowe tempo. Gdyby nie było Halforda to można by rzecz, że przeciętny, ale dzięki wokalizom jakoś się broni. „Immortal Sin” zaczyna się prostym, ciężkim i selektywnym riffem zagranym z werwą i pazurem. Halford buduje napięcie przed spektakularnym refrenem, który w zamierzeniu miał być chyba odśpiewywany przez stadionową publiczność.

fight_band01-printJak się jednak szybko okazało, żeby znaleźć się na stadionie chłopaki musieli się wybrać na jakiś mecz, bo FIGHT grywał częściej w niewielkich klubach niż przed wielotysięczną widownią. Tytułowy „War of Words” zaczyna się spokojną deklamacją, w którą wbija się sekcja rytmiczna i gitary pełne groove. Halford śpiewa wysoko i klasycznie, ale skandowane w refrenie „War of words! War of words! War of words!” zdecydowanie bardziej zachęca do podskoków niż machania głową. Rwane, szarpane riffy dokładnie odpowiadają panującej modzie na ówczesną nowoczesną muzykę gitarową, wykształtowaną przez takie zespoły jak PANTERA, PRONG czy HELMET. „Laid To Rest” zaczyna się niepokojącą melodią, która jest tratowana przez ciężką partię perkusji. Halford śpiewa delikatnie, a jego głos przypomina jakąś skargę. Pulsacyjny riff prowadzi w nieśpiesznym tempie, a modelacja wokalna nadaje temu utworowi lekko orientalny klimat. Mimo tego jest to jeden z najsłabszych momentów płyty.

„Fail All Eternity” zaczyna się jak płaczliwa ballada, która lekkiego pazura obnaża dopiero w refrenie. Jest to jednak pazur stępiały, który na dodatek chowa się po wyśpiewaniu tytułowej frazy. To kolejny utwór który bez Halorda byłby sztampowy i pozbawiony wyrazu – jednak za sprawę jego śpiewu nabiera mocy i staje się całkiem znośny.

„Little Crazy” z kolei ma bardzo piosenkowy charakter i swą stylistyką spokojnie wkomponowałby się choćby w wydany kilka miesięcy wcześniej „America’s Least Wanted” autorstwa UGLY KID JOE. Ot, takie okołometalowe radiowe granie.

I gdy już usta rozwierają się do ziewania, a dłoń wędruje do góry by je zasłonić zaczyna się „Contortion” – jeden z najjaśniejszych puntów tej płyty. Nieco nieśmiały i niemrawy początek rozrywa piękny, selektywny riff poparty atomową pracą perkusji. Jest ciężar i nieziemski groove, śpiew Halforda złowieszczy, a refren mocny i przytłaczający. Gdyby ta płyta przez cały czas utrzymywała taki puls, to kto wie? Może i fani Pantery spojrzeliby na nią łaskawszym okiem? Następny utwór „Kill It” to powód, dla którego poprzednika określiłem jednym z najjaśniejszych punktów, a nie najjaśniejszym. Mechaniczny, selektywny i natarczywy riff, charyzmatyczny wokal Halforda, piękne perkusyjne przejście i wyrazista rytmika to największe atuty FIGHT, które w tym utworze w pełni się objawiły.

„Vocious” zwiastuje utrzymanie tego dobrego kursu, ale dziwaczne, lekko psychodeliczne wokalizy nieco psują klimat, a refren nasuwa mi skojarzenia z naszym ACID DRINKERS. Płytę kończy ponad 13-minutowy, dziurawy utwór „Reality, a New Beginning” łączący granie groove z bardziej piosenkową konwencją.

rob-halfordDebiut FIGHT nie odniósł spodziewanego sukcesu. To płyta, która ma momenty, ale w swej nowoczesnej stylistyce nie mogła równać się innymi okołometalowymi albumami, które w tamtym czasie wstrząsnęły publicznością. Dwa lata później FIGHT nagrał drugą, niestety dużo słabszą płytę – „A Small Deadly Space”, która nieco tylko przedłużyła agonią zespołu. Zagubiony Halford szukając nowych sposobów muzycznej ekspresji, po rozpadzie FIGHT nagrał industrialną płytę pod szyldem TWO (2). Album nie przyniósł splendoru i większego zainteresowania.

Tymczasem na metalowej scenie coraz śmielej poczynali sobie młodziaki z HAMMERFALL i powoli okazywało się, że klasyczny heavy metal wraca do łask. W roku 2000 Rob wszedł do swojej sypialni, otworzył szafę i wyjął stare skórzane obcisłe spodnie i naćwiekowaną kurtkę. Te same ciuchy, które prawdopodbnie dwie dekady wcześniej zakupił w sex shopie. Nowe milenium rozpoczął albumem „Resurrection”, stylistycznie nawiązując do wielkiego „Painkiller”. Rob Halford przypomniał sobie, że jest Bogiem Metalu. Powrót do JUDAS PRIEST był już tylko kwestią czasu.

 

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

2 komentarze

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany