„Black metal to tylko nazwa (do której niektórzy są tak przywiązani, że przestają widzieć cokolwiek poza nią). Prawdziwa jest tylko muzyka, która nie ma granic wyznaczonych nazwami”

Na ogół przyjmujemy, że nazwy mają znaczenia stałe. Nie zmieniają się. Może nie są całkiem niezmienne, ale na tyle stabilne, że z powodzeniem można ich używać i mieć pewność, że to co wczoraj nazywaliśmy nożem, dzisiaj dalej się tak nazywa. W ten sposób LP, a więc Long Play, powinno oznaczać album muzyczny wypełniający cała zawartość winyla dwunastocalowego, a EP – Extended Play – dwie strony winyla siedmiocalowego. Truizm. Wiadoma sprawa. LP to LP a EP to EP. Album i minialbum. Jest zrozumiałe, że albumy pełnometrażowe, LP, są długie i stanowią ważne punkty na ścieżce rozwoju danego zespołu, podczas gdy epki zawierają materiał krótszy, mniej ważny, bądź odstający od tego co zespól gra na ogół. To idealny format do zaprezentowania jakichś odrzutów, czy materiałów nie pasujących do wydawnictw pełnych. Album jest więc poważniejszy i bardziej przemyślany, a minialbum już niekoniecznie.Wydawałoby się, że tak jest i tak ma być.Potem wszystko się strasznie pomieszało. Wprowadzenie płyt cd, pozwalających na nagranie aż siedemdziesięciu minut muzyki, zmieniło zarówno pojęcie longplaya, epki jak i podwójnego albumu. Nazwa „EP” – oznaczająca krótki album muzyczny, minialbum na określonym rodzaju płyty – przestaje być nazwą fizycznego obiektu, a staje się określeniem wydawnictwa, które jest krótsze niż pełny album. Czyli trwa… ile? Piętnaście minut? Dwadzieścia minut? Mniej więcej. Nikt tego nie definiuje. EP to to, co zespół nazwie EP.Na tę jesień zaplanowane są dwa wydawnictwa śląskiej FURII. Jedna epka, jeden longplay. Epka ujrzała już światło dzienne i zawiera, bagatela, trzydzieści pięć minut muzyki.Trzydzieści pięć, dużo.Mający swoją premierę z początkiem listopada pełny album DEATHSPELL OMEGA zaplanowano na raptem dwadzieścia dziewięć minut. Epka dłuższa od albumu? Ładnie. „Księżyc milczy luty”, planowany na listopad piąty album FURII, ma trwać czterdzieści trzy minuty, czyli raptem osiem więcej niż „Guido”. Znakomite „Fourth Reich” niemieckiego KATHARSIS to przecież epka; epka czterdziestopięciominutowa. A żeby wszystko się zgadzało, przypomnijmy że wydawnictwa ze sceny hardcore i grindcore często nie dobijają do minut dwudziestu; dyskografie takich dajmy na to NAILS albo GRIDLINK zawierają pełnowymiarowe pozycje trwające po minut dziesięć i nie są to bynajmniej jakieś wyjątki na scenie.Wszystko całkiem się pomieszało i stanęło na głowie. Nazwy się wytarły i straciły znaczenie. I nie tylko nazwy, o czym za chwilę.

furia-guido-e1475600946976

„Guido” jest teoretycznie kolejnym minialbumem FURII, która przyzwyczaiła już swoich słuchaczy, że na pełnych albumach proponuje trochę dziwaczny, ale jednak black metal, a na epkach pozwala sobie na mniejsze lub większe eksperymenty i odloty w kosmos. Taki był schemat, tak określiły go nazwy.Tym razem wygląda jednak na to, że nadszedł dla FURII czas zmian. EP, LP, album, minialbum, black metal, nie-black-metal… wszystko to tylko nazwy, nazwy, nazwy. Nazwy jak żółte karteczki ze słowami „Lodówka” i „Lampka” przyklejone odpowiednio na lodówce i lampce. Klej wysechł, karteczki odpadły. Ktoś – kto? – przychodzi i przykleja „Lodówkę” do lampki. Czym teraz jest lampka? Czym była wcześniej? Czym jest bez nazwy? Czym się staną rzeczy, gdy rozpadną się symbole?

Na „Guido” FURIA proponuje słuchaczowi wędrówkę przez osobny dźwiękowy kosmos, który jest szerszy i bardziej złożony, niż w przypadku wielu konwencjonalnych albumów. Mimo bycia epką, mimo bycia teoretycznie odpryskiem, wydawnictwem pobocznym w dyskografii, jest dziełem skończonym, które można, jak sądzę, z powodzeniem traktować jako pełnowymiarową całość. Całość zadziwiająco dobrą. „Guido” składa się z dwóch dopełniających się i pozornie kontrastowych części, których kompozycja przywodzi na myśl wędrówkę przez świat złożony z dwóch oddzielonych od siebie krain.

Zaczynamy ją na powierzchni, w krainie fabryk i szarych bloków, na czarnej ziemi śląskiej; a może nawet nieco dalej, bardziej na południu, gdzie czuć już gorący oddech halnego. Dwa utwory, pozbawione tytułów, zawierają jeszcze dość konwencjonalny black metal, do jakiego przyzwyczaiła słuchaczy centralna formacja kolektywu Let The World Burn. Oba numery, z uwagi na względnie lekkie i przejrzyste brzmienie, oraz specyficznie poskładane riffy, największe skojarzenia budzą z epką „Halny”. O ile jednak tam lekkość i zwiewność brzmienia nadawały całości charakteru niemal postrockowego, to na pierwszej części „Guido” jest zdecydowanie ciężej. Wciąż jest to jednak black metal i wciąż jest to muzyka wpasowująca się w bardzo określoną konwencję. Uzupełniają je teksty zapożyczone z twórczości Lucjana Rydla, co jest kolejną wycieczką ślązaków w świat poezji. Black metal jest black metalem, jest black metalem. Jest to muzyka zgodna z nazwami.

Po dwóch utworach z powierzchni nadchodzi czas na „320 w 2”, które zabiera słuchacza w dół szybu kopalni, zawierając po prostu odgłosy pracy windy, którą zespół zjeżdża pod ziemię. Zjazd w dół, pod ziemię, jest centralnym momentem tej muzycznej podróży, a winda staje się dzięki temu miejscem przejścia od tego co znane, do tego co nieznane. Łączy podziemie i nadziemie, więc jest osią świata „Guido” i zwornikiem spajającym dwie nieprzystające do siebie części w spójną całość. I jak przystało na wszelkie osie, bieguny i zworniki, mimo swej kluczowej roli dla całości, jest dość nieciekawe. Ot, przerywnik. Winda jedzie, muzycy gadają. Znane zostaje za nami, a przed nami powstaje nieznane. Podziemie to kraina osobna, a więc rządzi się osobnymi prawami, odmiennymi od tych znanych na powierzchni. Tutaj, w ciemności śląskiej ziemi, wszystko staje na głowie. Muzyka komponowana staje się improwizowana, muzyka dopracowana w studiu staje się muzyką w pełni nagraną na żywo, wokalista własny staje się wokalistą tylko zaprzyjaźnionym, numery utworów stają się pełnymi tytułami, teksty zapożyczone stają się tekstami własnymi i improwizowanymi jak sama muzyka, spójność zamienia się w rozstrzelenie, a black metal staje się muzyką umykającą definicji. Nie jest już black metalem, ani w ogóle niczym konkretnym.

kopalnia_lubelszczyznie_6066976

W drugiej części „Guido” nic nie jest takie jak było. Trzy utwory, których tytuły zaczerpnięto z obrazów Teofila Ociepki, zostały nagrane na żywo w kopalni Guido w Zabrzu z gościnnym udziałem wokalisty Cienia z FDS, trzysta dwadzieścia metrów po ziemią, a sama muzyka została zaimprowizowana. Prawa panujące na powierzchni, które określają kształt pierwszej części „Guido”, zostały zawieszone, a muzyka w niewielkim tylko stopniu przypomina tamte dwa kawałki. Wszystko staje na głowie.Metalowcom być może najbardziej przypadnie do gustu masywny jak płyta tektoniczna „Lew Albinos” z potężnymi, maszynowymi riffami a’la GODFLESH, ale dużo ciekawsze wydają się hipnotyzujące „Hahary”, narastające powoli od wyciszonego plumkania na początku po monumentalny, apokaliptyczny finał. Równie dobra jest też „Łączka” – wpadająca w ucho podziemna ballada brzmiąca jak umorusana węglem wariacja na temat twórczości ŚWIETLIKÓW.

b07925ea55c56357a0bd9eb0547d02e0Trzy numery, każdy inny, każdy równie dobry. Razem trwają nieco ponad dwadzieścia minut i mogłyby być samodzielną epką, czemu nie? Ale nie są – w połączeniu z pierwszymi dwoma utworami (skądinąd również dobrymi) przestają być epką. Stają się pełnowymiarową całością, spójną i przemyślaną, trwającą dość, by wypełnić sobą tradycyjny longplay. Ale nie stają się przez to pełnym albumem, bo… muzycy postanowili tej produkcji tak nie nazwać. Są zapisem muzycznego przejścia od świata nazw, do świata tego, co prawdziwe. Od konwencji do artystycznej wolności, nieskrępowanej niczym prócz własnego zamysłu. Black metal to tylko nazwa (do której niektórzy są tak przywiązani, że przestają widzieć cokolwiek poza nią). Prawdziwa jest tylko muzyka, która nie ma granic wyznaczonych nazwami. Paradoksalnie, utwory „z powierzchni” nie posiadają prawdziwych tytułów, a jedynie numerki – 1,2. Część podziemna tytuły ma – i to jedyne, co jest w niej konwencjonalne. „Guido” jest więc niczym. Ani to epka, ani longplay. Jest chaosem i jest kosmosem. Można je z powodzeniem odczytywać jako przemyślaną, pełnowymiarową całość. „Guido” jest też zbiorem pięciu bardzo dobrych numerów, które powinny przypaść do gustu wszystkim fanom zespołu i każdemu, komu nie przeszkadza ich nieortodoksyjna forma. I nic nie wskazuje, by któreś z tych odczytań było mniej lub bardziej zgodne z intencją muzyków. To przede wszystkim – i to najważniejsze – po prostu dobra muzyka. I, żeby nie wpadać dalej w zbyt górnolotne tony, jest to w mojej opinii jedno z najciekawszych wydawnictw FURII, a już na pewno bez cienia wątpliwości najciekawsze jej wydawnictwo, któremu przyczepiono łatkę epki. Chociaż nijak ona do niego nie pasuje. EP to tylko symbol, a wszystko wskazuje na to, że w twórczości FURII symbole się rozpadły. A już niedługo po „Guido” nadchodzi pełny album. Kto wie, co przyniesie?

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany