Dobrze napisane biografie poświecone muzykom bądź zespołom to coś więcej niż przyjemna lektura. One zachęcają do słuchania, poznawania, odkrywania i muzycznych powrotów. Podczas czytania „Gdy ucichnie muzyka” Micka Walla cierpiałem – bo miałem ochotę słuchać The Doors, ale nie zabrałem na urlop żadnej ich płyty. Ta książka sprawiła też, że sporządziłem sobie listę płytowych zakupów – nie tylko autorstwa głównych bohaterów publikacji, ale też innych twórców, którzy podczas lektury przewijali się – nawet nie na drugim, ale piątym czy szóstym planie


Mick Wall pisze bardzo plastycznie, z wyobraźnią i polotem. Paradoksalnie te cechy początkowo mi w lekturze przeszkadzały, bo miałem wrażenie, że relacjonowane fakty i wypowiedzi zlewają się z wyobrażeniami autora, a opisywane wydarzenia toną w fikcji literackiej, do której Walla ciągnie jak Morrisona do narkotyków i mocnego alkoholu. No i to efekciarstwo trochę mnie śmieszyło bo u Walla, The Doors nie podbiją sceny, nie staną się ważni i popularni. Oni sprawią, że świat zapłonie i będzie płonął żywym ogniem pozostawiając po sobie zgliszcza i popiół.

Z literackim rozmachem

FullSizeRender 8Niejednokrotnie Wall przedstawia wydarzenia jakby był ich naocznym świadkiem, myśli i odczucia bohaterów – jakby siedział w ich głowach lub co najmniej był ich spowiednikiem.  „Gdy Pam opowiedziała o starej indiańskiej legendzie o „ludziach jaszczurach” (…) Jim prawie że spuścił się w spodnie” – czytamy w jednym z fragmentów. Niby jasne jest, że nie należy tego traktować w sposób dosłowny, ale raczej odczytać, że Jim podekscytował się mocno opowieścią Pam, niemniej jednak język Walla sprawia, że trudno się nie dystansować i często odbiera mu nieco wiarygodności. Nie pomaga też fakt, że Wall często rzuca informacje nie powołując się na źródła. Jak choćby – „obecnie grób Morrisona jest drugim co do popularności miejscem odwiedzanym w Paryżu przez turystów (po wieży Eiffla)”. Serio? Osobiście nie chce mi się w to wierzyć i mam wrażenie, że autor w przypływie ułańskiej fantazji akurat sobie tak napisał, bo mu się ładnie kleiło z kontekstem. A może się mylę? Może ktoś tych turystów rzeczywiście policzył i istnieją jakieś niewskazane dane, które to potwierdzają? No i ten język Walla czasami jest dość brutalny, a ta brutalność nie jest niczym uzasadniona. Jakby przez nią chciał być bardziej młodzieżowy i mniej wydumany. U niego nie wieje zimny wiatr, ale „piździ jak chuj”. Z lubością rozpisuje się też o ekscesach seksualnych Morrisona, tak jakby mnie jako czytelnika miało szczególnie ekscytować czy muzyk uprawił z kimś seks oralny czy analny. „„Blue Sunday”, piękna pieśń miłosna adresowana do Pam. Albo do Judy. Albo do Eve. Albo do panny, przy której Jimowi nie chciał stanąć nawet wtedy, kiedy dziewczyna wypieła się przed nim i wsmarowała w odbyt trochę masła” – snuje opowieść Mick Wall, a ja już nie wiem czy to jego domysły czy fantazje. Z drugiej strony pisze o romansie Jima z Nico (tak, tą znaną z Velvet Underground) „Spotkanie z nią było jak połączenie jing z jang, jak spółkowanie słońca z księżycem. Było to zespolenie tak ważne dla rocka, tak fundamentalne jak chwila, w której Adam ujrzał Ewę stojącą nago pod rajską jabłonią”. A ja znów mam wrażenie, że autora poniosło i gdy wieczorem skończył rozdział, to rano już wczorajszej myśli nie rozwinął, a z dalszych perypetii opisywanej pary możemy wywnioskować, że ta pijacko narkomańska fascynacja miała więcej wspólnego ze zwierzęcą chucią niż fundamentami rocka. Ale może się czepiam? – może właśnie dzięki temu literackiemu zacięciu i tabloidowej duszy Walla jego książka tak wciąga i czyta się ją jak dobrą powieść?

Wyróżnić się w biograficznym tłoku

Jim-Morrison-the-doors-29018208-1920-1200Niewiele jest chyba zespołów i twórców, o których napisano tak wiele jak o The Doors. Mick Wall w swojej książce często wspomina o tych publikacjach, cytując je i komplementując. Przy tej okazji zacząłem odnosić dość zabawne wrażenie, że chyba wszyscy, którzy zetknęli się z Morrisonem natychmiast brali się za pisanie książek na jego temat. Jim Morrison przed wejściem do studia odwiedził piekarnię po drugiej stronie ulicy i kupił rogalika z dżemem. – Miał zmierzwione włosy, a gdy przegryzł rogalik, trochę marmolady wyciekło mu na brodę – opowiada kasjerka ze sklepu, która w 1975 roku wydała książkę „Moja praca w piekarni i marmolada na brodzie Jima Morrisona”. Oczywiście – na wzór Micka Walla trochę przesadzam, co pewnie też mi odbiera wiarygodności – ale prawie taki obraz się z tej książki wyłania. Oczywiście świadczy to o wręcz histerycznej popularności jaką cieszył się lider The Doors. Popularności – która dodajmy – pod koniec jego życia nieco przygasła, by po śmierci zapłonąć żywym ogniem – jakby napisał Wall.

„ Gdy ucichnie muzyka” – zaczyna się śmiercią Morrisona, którego znaleziono w wannie w paryskim hotelu. Wall twierdzi, że muzyk wcale nie zmarł w tym pokoju, ale swojego żywota dokonał w pobliskim klubie, z którego go przyniesiono by pozbyć się kłopotu. Wersja o zgonie w hotelowej wannie pokutowała ponoć przez wiele lat, ale według Walla jest nieprawdziwa. Ja powiem szczerze, że przebieg zdarzeń, który on przedstawia przekonuje mnie jeszcze mniej, ale ostatecznie sposób w jaki Morrison pożegnał się ze światem snu z powiek mi nie spędza. Liczy się to co było wcześniej – a to jest w książce Walla najciekawsze. Kreśli on krótką biografię każdego z członków zespołu, barwnie opisuje okoliczności, w jakich się poznali i pierwsze dokonania muzyczne. Fascynująca jest metamorfoza samego Morrisona, który najpierw z brzydkiego kaczątka przemienia się w łabędzia, a później z tego łabędzie w zagubionego, zapijaczonego ćpuna, alkoholika, który traci kontrolę nad sobą i światem, który go otacza.

O muzyce krytycznie i z dystansem

The_Doors_-_The_Soft_ParadeNa szczęście autor nie zapomina o tym, że najważniejsza jest muzyka i sporo miejsca poświęca okolicznościom nagrywania poszczególnych płyt, a także temu jak były przyjmowane przez fanów i krytyków. Wyłania się też ogromna rola producenta – Paula Rotchilda, którego można by nazwać dodatkowym członkiem zespołu. Ba, być może nawet liderem, który nadawał ich muzyce kierunek, a często nawet i kształt – tworząc ją i budując z muzyczno wokalnych klocków Lego. Czy bez niego nie byłoby wielkiego The Doors? A może wręcz przeciwnie – gdyby nie on, to The Doors byliby jeszcze więksi? To już temat do rozważań.

Co ciekawe – Mick Walls nie mitologizuje i twórczości Amerykanów nie przedstawia z pozycji kolan – wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że poza debiutem i ostatnią L.A. Woman dziennikarz tych Doorsów nieszczególnie ceni.

Zgodzę się, że twórczość The Doors nie jest równa i choćby „Soft Parade” to słabszy album, ale nigdy nie powiedziałbym, że „trudno go wysłuchać do końca”. Mam wrażenie, że czasami Mick Walls nie chcąc popadać w idealizowanie Doorsów przesadza w drugą stronę i ocenia ich zbyt surowo, choćby krytykując „zapijaczone”, „przepalone” linie wokalne na ostatniej płycie z Morrisonem. Ja nie dostrzegłem nigdy by na „L.A Woman” Jim rzeczywiście niedomagał – powiedziałbym, że wprost przeciwnie – był chyba jeszcze bardziej mroczny, przekonujący i po prostu dojrzalszy niż na wcześniejszych płytach. To już jednak kwestie dyskusyjne i mocno subiektywne.

Znajdziemy też sporo informacji na temat koncertów – z książki Walla wynika, że nie często były one porywające. Niedyspozycja wokalna zapijaczonego i naćpanego Morrisona niweczyła dobre chęci jego kolegów i jeśli zdarzały się dobre koncerty to były ona raczej przebłyskami niż regułą. Jednak jak już Morrison był w formie, to ponoć nie mieli sobie równych.

W książce jest też sporo ciekawostek, o których nie miałem pojęcia. Nie zdradzając za wiele nadmienię tylko, że słynny utwór „Hello, I Love You” był ponoć „zrzynką” piosenki The Kicks i zgodnie z wyrokiem sądu później właśnie ten zespół otrzymywał tantiemy. Zresztą nic mnie już nie zdziwi – niedawno dowiedziałem się, że gro największych hitów Led Zeppelin to zapożyczenia i plagiaty, za które płacili milionowe odszkodowania.

Wymarzona lektura na plażę

IMG_5787Gdy ucichnie muzyka” jest z pewnością lekturą wartą polecenia – nie tylko najbardziej zagorzałym fanom The Doors. To po prostu dobrze napisana biografia, pewnie trochę podkoloryzowana i uproszczona, ale w znakomity sposób kreuje ducha tamtych burzliwych czasów (bo czy oddaje to z oczywistych względów nie wiem) i tworzy pełną napięcia fabułę. Gdy czytałem jeden z ostatnich rozdziałów, poświęconych ostatniej wyprawie Morrisona do Paryża to prawie czułem zapach tych mrocznych, krętych i wąskich uliczek, gryzący dym niewietrzonych knajp i upajający odór alkoholu. Czułem, że gdzieś blisko czai się śmierć i nie pamiętając dokładnej daty odejścia Morrisona, niemal na każdej stronie widziałem jej smukłą sylwetkę z kosą wspartą na ramieniu. Co jednak najważniejsze, cały czas miałem ochotę słuchać  Doorsów i wiem, że jak tylko wrócę z urlopu to czym prędzej odświeżę sobie ich dyskografię, a na Allegro uzupełnię ją o kilka albumów koncertowych, o te dwie nieszczęsne płyty nagrane bez Morrisona i o słynną „ American Prayer”, która zawsze wydawała mi się obliczonym na zysk, fonograficznym gniotem, a teraz jawi mi się jako ciekawostka warta bliższego poznania. I chyba właśnie po tym poznaje się wartość książek o muzyce – pchają nas ku niej i zaostrzają apetyt na więcej. Czytajcie więc i słuchajcie, bo warto. A ja dziś gdy przeczytałem ostatnie strony tej biografii i zszedłem późnym popołudniem z plaży to wszędzie zacząłem tych Doorsów nie tylko słyszeć, ale i widzieć. A gdy na jednym z barów zobaczyłem charakterystyczne logo zespołu, przemienione w „The Doorsz” to nabrałem przekonania, że żadna z wersji śmieci Jima Morrison nie jest wiarygodna i on wciąż żyje.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany