„Sundown (The Flock That Welcomes)” to dobra płyta, ale  świadczy o tym, że ambicje na śmiałe stylistyczne wolty zespół już chyba porzucił. Może to i dobrze, bo po co na siłę zaskakiwać średnio udanymi innowacjami, skoro można grać to, co wychodzi najlepiej. A taki black metal Glorior Belli wychodzi – nie po mistrzowsku, ale całkiem przyzwoicie i w sumie dość oryginalnie


tumblr_lfcbymLDPH1qby0yoo1_1280P

oczynania Francuzów z GLORIOR BELLI śledzę od samego początku. Pierwsze dwa albumy utrzymane były w nurcie religijnego black metalu, bijącego pokłony Watain. W chwili premiery przyjąłem je dość ciepło, ale jak czas pokazał nie należą do płyt, do których chciałoby mi się wracać. Jednak ramy stylistyczne szybko zaczęły Francuzów uwierać i już trzecia płyta „Meet Us at the Southern Sign” okazała się, może nie rewolucyjna ale na pewno nieszablonowa, proponując mariaż black metalu ze stoner. Brzmi niezbyt zachęcająco, ale w rzeczywistości ta mikstura została przygotowana zgrabnie i z wyczuciem. GLORIOR BELLI dokonali niemożliwego udanie łącząc black metalowy mrok ze stonerowym, czy miejscami wręcz bluesowym wyluzowaniem. Kolejna płyta „The Great Southern Darkness” była rozwinięciem tego stylu, ale nie przypadła mi do gustu aż tak jak poprzedniczka. Niemniej jednak Glorior Belli mieli kontrakt z Metal Blade i wydawało się, że komercyjnie będzie już tylko lepiej.

Coś jednak poszło nie tak – następną płytę „Gators Rumble, Chaos Unfurls” nagrali dla naszej rodzimej Agonia Records. Nie chciałbym być złośliwy, ale mam wrażenie, że do tej wytwórni w ostatnich latach trafiają zespoły, które najlepsze lata mają już za sobą, że choćby wymienię Acherontas, Ragnarok czy Enthroned. Podobnie było chyba także z Glorior Belli. Nie wykluczam jednak, że ich muzyka po prostu mnie przerosła i dlatego nie znalazłem serca do kolejnej płyty.  Nie spodobało mi na niej zachwianie proporcji pomiędzy black metalowym kręgosłupem, a stonerową tkanką mięśniową. Miałem wrażenie, że ten stoner zaczął dominować i w brzmieć dość pokracznie. Glorioir Belli  stonerowe mięśnie zmienili w trzęsące się sadło, pod wpływem którego black metalowy kręgosłup zaczął ulegać skoliozie.

Na tegorocznej płycie „Sundown (The Flock That Welcomes)” Francuzi powracają do black metalowych korzeni, ale oczywiście nie do końca, bo wciąż ich wyróżniają southernowe rockowe wpływy, psychodeliczne wtręty i przebojowe, groove riffów. Mam jednak wrażenia, że na tej płycie te wpływy są bardziej jak przyprawy, a nie główny wsad do garnka. W warstwie instrumentalnej gitary i wokal (to też rodzaj instrGlorior_Belli-Meet_Us_at_the_Southern_Sign_525x519ument) mają zdecydowanie black metalowy rodowód, sekcja rytmiczna, a szczególnie partie tłustego basu niejednokrotnie wymyka się z ram gatunkowych. Abstrahując jednak od stylistyki – Sundown, słucha się całkiem przyjemnie, a jej zróżnicowanie i echa stonerowych inspiracji sprawiają, że album jawi się jako urozmaicony, niebanalny i przyjazny dla ucha. Zaczyna się black metalową nawałnicą – głuchy pogłos surowej perkusji, gitarowa ściana, black metalowy wokal i melodyjne black metalowe riffowanie zapowiadają, że będziemy mieli do czynienia z czystym black metalowym krążkiem. „Lies – Strangled Skies” – to szybki, intensywny, melodyjny black metal, który niczym nie zaskakuje, ale doskonale wprowadza nas w smolistą atmosferę albumu, kończąc się naprawdę fajnym, wciągającym riffem.

„World So Spurious” brnie w ten klimat jeszcze głębiej. Zaczyna się gwałtownie niczym jakiś klasyk z lat dziewięćdziesiątych, a później wprowadza w gęstą gitarową melodykę skomponowaną wedle klasycznych, norweskich wzorców. Słucha się bardzo przyjemnie, choć bez przesadnej ekscytacji. W połowie trzeciej minuty następuje zwolnienie, podczas którego gitary swoim feelingiem zaczynają delikatnie kruszyć fundamenty black metalowego stereotypu. Także wokalizy w końcowych frazach przemieniają się w krzyk i robi się oryginalniej i ciekawiej. Jakby Glorior Belli zaczęli sobie przypominać, że w ich kontrakcie płytowym nigdzie nie ma puntu mówiącego o tym, że „must be pure black metal”.

glorior-belliWraz z trzecim utworem jeszcze śmielej z tej stylistyki zaczynają wychodzić – grając z luzem, rockowym polotem, bardziej groove i przebojowo. Niby nic specjalnego, nic rewolucyjnego, ale tłuste pochody basu, nieśpieszne tempo i partie wokalne pełne emocjonalnego zaangażowania sprawiają, że moja sympatia do tego krążka rośnie.

Jeszcze ciekawiej jest w czwartym, najdłuższym na płycie utworze, który rozpoczyna się smutną gitarą, a później pięknie płynie łącząc delikatność i subtelność melodii, z surową pracą sekcji rytmicznej. Po półtorej minucie utwór nabiera black metalowej intensywności, a w połowie drugiej minuty zaskakuje naprawdę świetnym, porywającym riffem, który ginie w zimnej black metalowej melodii. Ten ponad ośmiominutowy z kolos z lekko chóralno-orkiestrowym zakończeniem mija nadzwyczaj szybko, pozostawiając po sobie dobre wrażenie i wprowadzając nas w zwarty, szybki,  przebojowy i chyba najlepszy na płycie utwór tytułowy. Zresztą, mam wrażenie, że zespół nabiera tempa i druga połowa albumu sprawia lepsze wrażenie niż pierwsze cztery utwory.

_5027747d68cdf„Satanists Out..” wyróżnia się francuskojęzyczną deklamacją, po której śmiało podkręca tempo, aż ku lekko tonującym partiom wokalnym, które właściwie nie tylko tu, ale i na całej płycie, mimo anglojęzycznych tekstów nie pozwalają zapomnieć o pochodzeniu zespołu. Zamykające płytę „Upheaval…” oraz „We whoses..” nie tracą intensywności i melodyjności, ale też niczym specjalnie nie zaskakują. Ot przyjemnie się słucha, ale bez specjalnych doznań.

I taka jest nowa płyta Glorior Belli – przyjemna, z ładnie wyeksponowanymi melodiami, stylistycznie dość bezpieczna, choć nie pozbawiona elementów, które do black metalowej piwnicy wpuszczają trochę sothern rockowego piasku. Choćby w samym środku ostatniego utworu, gdy gitary wypływają z black metalowej smoły i przez chwilę zaczynają spontaniczne i lekko dryfować w palącym słońcu pustyni.

„Sundown (The Flock That Welcomes)” to dobra płyta, ale  świadczy o tym, że ambicje na śmiałe stylistyczne wolty zespół już chyba porzucił. Może to i dobrze, bo po co na siłę zaskakiwać średnio udanymi innowacjami, skoro można grać to co wychodzi najlepiej. A taki black metal Glorior Belli wychodzi – nie po mistrzowsku, ale całkiem przyzwoicie i w sumie dość oryginalnie.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany