Wtedy black metal był czymś niebezpiecznym i złym – to nie był kolejny odłam muzyki metalowej. Ta muzyka żyła swoim własnym życiem, pełna pogardy i wyniosłości, arogancka, brutalna, łamiąca konwenanse i plująca na wszystkie świętości

0001864186_10


Była jesień 1994 roku – zamierzchłe już czasy, gdy okolice w których mieszkam nie były szczelnie zabudowane blokami i można było iść do szkoły przez pola. Nieraz wychodziłem rankiem, godzinę wcześniej i brnąłem miedzami, patrząc jak iglica Pałacu Kultury wyłania się z mgły i strzępi linię horyzontu. I jedna z takich pieszych wędrówek zawsze będzie mi się kojarzyć z tą płytą – pamiętam ten zimny mglisty poranek, zaoraną ziemię przyklejającą się do moich butów i ten upojny zapach dymu, który unosił się nad polami. Nie widziałem nigdzie ognia, nie wiedziałem płonących ognisk, ale ten dym był tak mocno wyczuwalny, że chyba jeszcze z tydzień czułem go we włosach, a i dziś go czuję gdy rozpoczyna się ta płyta.

Bez mrugnięcia okiem, bez dystansu

Intro rozpoczynające „The Celtic Winter” jest czymś absolutnie genialnym i porażającym – tworzy atmosferę tak brutalną, mroczną i przerażającą, że od dwudziestu lat za każdym razem gdy włączam ten krążek wciąż ściska mnie w gardle. Słychać ten wiejący wiatr, tętent końskich kopyt, szczęk oręża, dzikie jęki konających i trzask płomieni trawiących ich dobytek. Jednocześnie jest w tym coś tajemniczego, pięknego i wzniosłego – jakby ta śmierć, która właśnie zbiera swoje żniwo emanowała jakimś natchnionym, poetyckim blaskiem.

A gdy kończy się owe intro zderzamy się z czymś zupełnie nieprawdopodobnym – czystym złem, zwierzęcą pasją i prostotą, black metalem jakiego nie gra się już od lat – black metalem, który miał sporo wspólnego z punkową rebelią, muzyką, która zanim została pożarta, strawiona i wydalona przez popkulturę, zanim stała się karykaturą samej siebie – miała zmieniać świat, a jeśli tego się nie da, miała go podpalić i zmienić w garść popiołu.

Tu nie było mrugnięcia okiem, dystansu i tolerancji. Albo byłeś z nami, albo przeciwko nam. Zabijaj z nami albo giń z naszej ręki! – chyba coś takiego po angielsku miałem wypisane na kostce, w której nosiłem podręczniki w ogólniaku

Prawdziwy black metal

0001864181_10

Wtedy black metal był czymś niebezpiecznym i złym – to nie był kolejny odłam muzyki metalowej. Ta muzyka żyła swoim własnym życiem, pełna pogardy i wyniosłości, arogancka, brutalna, łamiąca konwenanse i plująca na wszystkie świętości. Podobała mi się ta pewność siebie, ta niepoprawność polityczna, to wyniosłe poczucie przynależności do czegoś elitarnego, niedostępnego dla zwykłego Janusza i Grażyny – którzy mówili, że Metallica to nawet całkiem fajna jest, a szczególnie te spokojniejsze kawałki. „The Celtic Winter” to właśnie świadectwo tamtych czasów, cząstka tej duchowej rebelii, ostatni zryw muzyki metalowej dążącej do prawdziwej ekstremy. To była muzyka, której zwykli ludzie się bali, muzyka, której fani byli wyznawcami.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany