Informację o przyjeździe do Polski VENOM INC. przyjąłem z umiarkowanym entuzjazmem. Stwierdziłem, że jak będą w Warszawie to chętnie ich zobaczę, ale w dalsze trasy nie będę się wypuszczał. Gdy jednak dowiedziałem się, że wraz nimi zagra MORTURY DRAPE to wiedziałem, że nawet piechotą do Bydgoszczy pójdę by taki skład zobaczyć…


W Łódzkim Domu Kultury bywałem wielokrotnie, ale dopiero w ostatnią sobotę po raz pierwszy na koncercie. Droga z Warszawy bajkowa – nie tylko za sprawą autostrady, ale i wjazdu do samego miasta, który udrożniono na tyle, że po raz pierwszy udało mi się nie doświadczyć wątpliwej przyjemności stania w korku. Mimo, że byłem sporo wcześniej przed koncertem, to na miejscu spotkałem pokaźną grupkę fanów, których przybywało z każdą minutą. Po raz pierwszy od wielu lat poczułem się młodo, bo na VENOM ściągnęli głównie weterani. Wypełzli spod starych kamieni, ze zmurszałych pni drzew, z okolicznych bagnisk i trzęsawisk i tłumnie zjawili się tego dnia pod sceną.


TRIAGONAL

Jako pierwszy wyszedł miejscowy TRIAGONAL z charyzmatycznym Remigiuszem Mielczarkiem. Mocno jeszcze przerzedzona publika przyjęła ich dość ciepło, ale mnie osobiście ich muzyka nie przekonała, a sceniczna prezentacja wydała mi się nieco przerysowana. Z drugiej strony uważam, że nie grają aż tak źle by choć w połowie zasłużyć sobie na krytykę, z którą zetknąłem się w ciągu ostatnich tygodni w internecie. Grają dość prostą, selektywną muzyką, pełną groove, miejscami z rockowym feelingiem kojarzącym się ze środkowym okresem GOREFEST. O ile jednak muzyka Holendrów mnie zachwyca, tak w TRIAGONAL  nie potrafię znaleźć dla siebie nic ciekawego. Jestem w stanie jednak zrozumiem, że komuś może się to podobać. Po kilku utworach czmychnąłem zobaczyć co zespoły z sobą przywiozły na stoisko. Okazało się, że wszystkie płytki poza nieznanym mi DESECRATOR już mam. To się wkrótce miało zmienić bo kolejnym zespołem, który tego dnia zaprezentował się na scenicznych deskach byli właśnie Australijczycy.


DESECRATOR

img_6739Zagadałem się trochę z dawno niewidzianym znajomym i cześć koncertu przegapiłem. To co jednak zobaczyłem i usłyszałem w pełni mnie przekonało. Jadowity speed thrash metal w wykonaniu DESECRATOR był tak energetyczny i porywający, że prawie ogień leciał na publikę z głośników. Po ich występie od razu pognałem do stoiska i zakupiłem oba CD, które ze sobą przywieźli i trochę żałowałem, że nie zobaczyłem tego koncertu w całości. Tylko „trochę” bo i rozmowa, którą odbyłem była bardzo interesująca.


NERVOCHAOS

img_6754

Kolejny zespół tego wieczoru to brazylijski NERVOCHAOS. Brazylijski nie do końca – bo na gitarze gra przesympatyczna Japonka, której image mocno zapada w pamięć. Miałem przyjemność widzieć ten zespół po raz drugi – w ubiegłym roku grali w Katowicach przez PENTAGRAM CHILE. Bardzo różne były to koncerty – za pierwszym razem wydali mi się mocno undergroundowi i złowrodzy – teraz więcej w tym graniu było klasycznego death metalowego feelingu. Wrażenie bardzo pozytywne mimo problemów technicznych Cherry, która miotała się po scenie próbując przez pół jednego utworu przywrócić do życia swą gitarę.


MORTUARY DRAPE

img_6786

Problemy techniczne nie ominęły także innych kapel – podczas występu MORTUARY DRAPE też coś szwankowało, a i na VITAL REMAINS nie obyło się bez zgrzytów. Jeśli powiedziałem, że sceniczny zachowanie lidera TRIAGONAL wydało mi się nieco przerysowane to co wypadałoby powiedzieć o MORTUARY DRAPE? Włosi w tych swoich kapturach wyglądali jak złośliwe skrzaty z czechosłowackiej bajki rysunkowej, wokalista „ przemawiał” z okrytej suknem mównicy, a basista, dzierżąc swój instrument poruszał się jak Wodnik Szuwarek, który właśnie wyszedł z zielonego oczka i próbuje otrząsnąć się z wody. Ale za to jak pięknie ta gitara basowa rzęziła….

img_6794Ale cóż z tego, skoro ten zespół to dla mnie kult totalny i zamiast uśmiechu politowania na mojej twarzy mógł zagościć tylko ekstatyczny grymas skrajnego uwielbienia. Uwielbiam DEATH SS, czy BULLDOZER – ten niepowtarzalny koloryt włoskiej sceny, tę ekspresję, która nie tyle balansuje na granicy kiczu, co przekracza ją tak stanowczo, że to co pod adresem innych stałoby się powodem do formułowania zarzutu, tu staje się niewątpliwym atutem. No i sama muzyka – ten niepowtarzalny okultystyczny black metal wywodzący się z horror rockowej tradycji, ten cudowny magiczny klimat nieraz budzący przerażenie, a czasami mający w sobie coś teatralnego. Uwielbiam ten zespół na tyle, że nie potrafię zdobyć się nawet na odrobinę dystansu by rzetelnie ocenić czy rzeczywiście zagrali dobrze. Ja stojąc pod sceną byłem urzeczony i przyznaję, że dla nich głównie pojechałem do Łodzi.


VITAL REMAINS

img_6801

VITAL REMAINS na żywo widziałem już kilka razy i choć zawsze wypadali lepiej niż dobrze, tak muszę przyznać, że tym łódzkim występem zrobili na mnie wręcz piorunujące wrażenie. Mimo problemów technicznych, mimo niedostatków brzmieniowych, które sprawiały, że miejscami gitary zlewały się w dźwiękowy chaos i dominował werbel…

img_6798Dzika energia, brutalność i nieokiełznana moc ich muzyki przetoczyła się po publice jak żołnierze Armii Czerwonej po Berlinie w 1945 roku. Brian Werner po raz kolejny udowodnił, że wprasował się w skład zespołu nie tylko jako wokalista, ale i znakomity frontman, który potrafi doprowadzić publikę do wrzenia i eskalować emocje w tak umiejętny sposób, że czasami wydawało się, że z młyna pod sceną będzie trzeba wyciągać nie tylko rannych, ale i zabitych. Wydawało mi się, że punktem kulminacyjnym tego koncertu będzie „Forever Underground”, który poprzedzony zapowiedzią, że nieważne jest czy heavy, thrash, speed, black czy death metal bo scena jest jedna… udowodnił, że to jednak death metal tego wieczoru był kwintesencją tego undergroundu. Ale tych punktów kulminacyjnych było tego wieczoru więcej, a publika wiła się w ekstazie i ścierała pod sceną dokładnie tak jak chciał Werner – niczym w scenie batalistycznej z filmu Braveheart.

img_6807A na koniec była płonąca księga i „O Fortuna”, fragment otwierający „Carmina Burana”, który zwiastował tytułowy utwór z „Dechristianize”. I chociaż na dwa głosy, i chociaż z płucami na mikrofonie poziomu diabelstwa oryginału nie udało się jednak osiągnąć. Bo jeśli Bóg jest tylko jeden to i Szatan jeden – a jego tego dnia w Łodzi nie było. Niemniej jednak występ VITAL REMAINS więcej niż dobry. Z niecierpliwością czekam na nową płytę Amerykanów, bo jakby nie liczyć od ich ostatniego krążka minęło już… dziewięć lat.


VENOM INC.

Gdybym grał w VENOM INC. to po tak intensywnym supporcie niechybnie ubrudziłbym spodnie i do końca wieczoru pozostał w toalecie. A jeśli bym się przemógł i wyszedł na scenę to pewnie na miękkich nogach, a później rozpłakałbym się do mikrofonu.

img_6821Oni jednak są VENOM (nawet jeśli prawie) – wyszli bez kompleksów i zagrali takiego rock and rolla, że już przy „Rip Ridet” miałem ochotę tańczyć twista i jeździć na kolanach po parkiecie. I to było cholernie sprytne, bo przecież równać się brutalnością i intensywnością z VITAL REMAINS to trochę tak jak kopać się z koniem. Ja wiem, że VENOM to black metal i w ogóle… ale dla mnie ten zespół to był zawsze NWOBHM wymieszany z rock and rollem, którego najpierw „wymyślił” Elvis Presley, a później Lemmy Kilmister dorzucił do tego speeda i podlał butelką Jacka Daniel’sa. Jeśli jednak w rock and rollu mieszka diabeł to nie jesteśmy już tak daleko od black metalu. Tego wieczoru jednak ten diabeł miał bardziej rock & rollowe oblicze i częściej miałem ochotę poprosić do tańca stojącą obok koleżankę, niż toczyć z ust żółtą pianę i w konwulsyjnym tańcu, przypominającym ataki opętanej 12-letniej Regan,znanej z filmu „Egzorcysta” hasać pod sceną.

I ten rock and rollowy duch nie opuszczał VENOM INC. nawet przez moment – no może prócz „buforujących” przestojów w „Warhead”, które zamiast budować napięcie spowodowały jego lekki spadek. Jednak kończące występ „Witching Hour”, „Black Metal” i „Countess Bathory” sprawiły, że chyba wszyscy wychodzili z klubu z bananem na twarzy.

 

 

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany