Powoli kończę książkę o black metalu autorstwa Dayala Pattersona i mam wrażenie, jakby ta cała magia związana z „czarną sztukę” ostatecznie przeminęła, a żarłoczna paszcza mainstreamu pochłonęła ją co do nuty, przetrawiała i wydaliła, roztaczając brzydki zapach. A może nie? Może ten black metal wciąż istnieje? Tylko, że znów jest tam gdzie dla niego najwłaściwsze miejsce. W głębokim podziemiu


a0735371458_10W

eźmy choćby taki HERMODR – jednoosobowy projekt, za który odpowiada niejaki Rafn. Mówi Wam to coś? Mi nie mówiło nic – dopóki Wolfspell Records nie wydał na CD dwóch EP. Jak się okazuje dyskografia HERMODR wcale nie jest taka mała, a płodność wręcz zdumiewająca. W tym roku, który przecież się jeszcze nie skończył, pod tym szyldem wyszło cztery wydawnictwa EP, jeden pełen album, split i wydawnictwo kompilacyjne. Oczywiście to może zrazić bo szybko wyobraziłem sobie jak ten brodaty gość w kapturze siedzi w swoim pokoju i nagrywa na komputerze kawałek po kawałku, w czasie gdy buforuje mu się pornos, a w tekturowym pudełku stygnie pizza.

Bo przecież najczęściej ilość jest odwrotnie proporcjonalna do jakości.

a2160958007_10Dwie z tegorocznych EP – „Carved in Ice” oraz „A Place of Eternal Twilight ” zostały wydane na jednym CD przez Wolfspell Records. Włączyłem na chwilę z czystej ciekawości i muszę przyznać, że klimat HERMODR wchłonął mnie zupełnie i chyba już z piąty raz ta płyta kręci się w moim odtwarzaczu, a ja wcale nie mam ochoty się jej z niego pozbywać.

Szczególnie podoba mi się pierwsza EP, którą stanowi długi, ponad 19-minutowy utwór. Łączy on w idealnych proporcjach agresję, surowy chłód i burzumowską melancholię. Ma w sobie coś dzikiego i nieokiełznanego, tyle że te emocje ni płyną z tej muzyki wprost, ale niebezpiecznie pulsują pod melodyjną i uporządkowaną powłoką. Piękna jest ta syntezatorowa plama, który pojawia się dokładnie w 1:47. Nic oryginalnego, nic odkrywczego, ale jednak uderza dokładnie w punkt. Podwyższa tętno i wynosi to melodyjne, nieco melancholijne granie w otwartą i pustą przestrzeń niosącą echo oddechu i nieme towarzystwo własnego cienia.

Pozostałe cztery utwory wydają mi się jeszcze bardziej klimatyczne i nieco bardziej wyciszone. Ten klimat nie polega jednak na brzdąkaniu akustykami i serwowaniu melodii na ludową nutę – HERMODR jest niezwykle przestrzenny, podniosły, pełen zadumy i smutku. Czasami z niektórych aranżacji bije pewna nieporadność, ale paradoksalnie ona dodaje tej muzyce wiarygodności. W muzyce HERMODR nie brakuje patosu, miejscami wręcz uroczystej wzniosłości przypominającej narrację jakiejś epickiej historii.

HERMODR nie jest zepsuty, perwersyjny, nieokiełznany i dziki. Nie pluje ogniem, nie pali kościołów, nie rozkopuje cmentarzy i nie bezcześci zwłok. Mimo wszystko bardzo mi się ta muzyka podoba. Czyżbym zaczął się starzeć?

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany