– Niemcy wygrają – zawyrokowałem bez cienia wątpliwości gdy doszło do rzutów karnych w meczu z Włochami. – Włosi – sprzeciwił się mój syn, może trochę dla przekory, a może z czystej sympatii do „niebieskich”. – Założymy się? – zapytał, a ja zakład przyjąłem bez żadnego wahania, będąc pewnym, że kto jak kto, ale Niemcy w egzekucji rzutów karnych nie mają sobie równych


afp_niemcy_futbol_650

Już oczami wyobraźni widziałem jak to będzie. Rozdygotani południowcy podchodzą do pola bramkowego na miękkich nogach. Rwąc włosy z głowy i krzycząc „Mamma Mia!” nie trafiają w piłkę i przewracają się na własnych sznurowadłach. No i Niemcy – twardzi, zimni, wyrachowani, bezwzględnie reagujący na komendę „Strzelać!”. Pewnie w dzieciństwie każdy z nich dostał szczeniaka, którym przez kilka lat musiał się opiekować, a gdy ten już wyrósł na dorodnego psiaka to trzeba było kopnąć go tak mocno by zwierzak wpadł do bramki. Najlepiej w samo okienko. Bo gdzieś w głębi duszy, nawet jeśli nie do końca uświadomione, tli się to wspomnienie wojskowej dyscypliny, ten niemiecki bezduszny „ordnung” eliminujący humanitarne odruchy i zmieniający ludzi w bezduszne maszyny.


Maszyny do gry w piłkę?

4ec59ff8d835296e

 

Jakim stresem i wysiłkiem emocjonalnym jest egzekucja rzutu karnego? Przecież ich pradziadkowie eksterminowali ludzi w komorach gazowych, a ciała ofiar palili w piecach. Oczywiście głośno tego nie mówią, nawet otwarcie o tym nie myślę, ale gdzieś to wszystko we mnie drzemie i krąży w głębi świadomości jak mucha zamknięta w pustym pokoju. I wtedy widzę jak do piłki podchodzi Bastian Schweinsteiger – doświadczony pomocnik, zimny i bezwzględny egzekutor, maszyna do grania w piłkę nożną.

– To już koniec! Niemcy wygrali! – myślę i uśmiecham się bo wiem, że zaraz powiem do syna:

„A nie mówiłem?”

I wtedy kamera pokazuje twarz piłkarza – przerażoną, spanikowaną, ze strachem w oczach większym niż bramka, której będzie bronił Gianluigi Buffon. Schweinsteiger bierze rozbieg, a ja już wiem, że nie strzeli – ten facet jest jak czołg z lufą zawiniętą na supeł. Z niej nie ma prawa wylecieć śmiercionośny pocisk. I tak też się dzieje! Nie ma gola. Syn się cieszy, a ja patrzę na Niemców i nie widzę już oddziału Hitlerjugend, ale drużynę rozemocjonowanych piłkarzy, targanych emocjami tak samo ludzkimi jak te, które towarzyszą drużynie przeciwnej. Przypominam sobie, że Niemcy to przecież nie tylko II wojna światowa, ale też romantyzm. Niemcy to nie tylko nietzscheański kult nadczłowieka, ale i cierpienia młodego Wertera, to nie tylko marsze wojskowe, ale i „Sonata Księżycowa” Ludwiga van Beethovena.


Walka dobra ze złem

maaaaaaraaaaaadoooooonaaaaI gdy wreszcie te karne wygrali to autentycznie się ucieszyłem – mimo że od 26 lat kibicuję Włochom. Bo jakąś ludzką twarz w nich zobaczyłem, jakąś słabość i ułomność, która czasami zjednuje większą sympatię niż doskonałość, precyzja i niezawodność.

Dla mojego syna te wszystkie niemieckie fobie, których echa gdzieś się kołaczą w sercach mojego pokolenia nie będą pewnie już miały znaczenia. Niby ta niechęć do Niemców nie była mi nigdy wpajana, ale jednak strach i to przerażające wspomnienie wojny w czasach mojego dzieciństwa było bardziej świeże i namacalne.

Rodzice tłumaczyli mi, że każdy naród skłonny jest do okrucieństw, a wojna wydobywa z ludzi najgorsze instynkty. Tłumaczyli, że nie można winić ludzi za czyny ich dziadków, tłumaczyli, że każdy kraj ma ciemne karty swojej historii. Ale jednocześnie nad tym wszystkim unosił się ten „szkop faszysta”, jednocześnie gdzieś podskórnie czułem, że ten zachodni sąsiad jest zły, a gdy Argentyna spotkała się z Niemcami w finale mistrzostw świata w 1986 roku to kibicowaliśmy południowcom jak swoim, a mecz ten traktowałem jako pojedynek dobra ze złem. I podobnie było w 1990 roku – po jednej stronie była radość grania z dogasającą gwiazdą Maradony, po drugiej oddział szturmowy zdyscyplinowanych kopaczy pod dowództwem Sturmbannführera Lothara Matthäusa.


Polska – Niemcy 7:0

c0ab93d1-d13c-42de-ad3f-839bbf1ba60c.fileGdy pod koniec lat osiemdziesiątych wyjechałem na kolonie i okazało się, że do tego samego ośrodka przyjechali Niemcy to poczułem się nieswojo. Oczywiście to były takie same dzieciaki jak my, ale musiałem sobie to w myślach co chwilę powtarzać, by pozbyć się podświadomie skrywanej niechęci, a być może nawet strachu.

Nigdy nie zapomnę jak na boisku rozgromiliśmy ich 7:0. Dla nich to pewnie był tylko mecz i czysta zabawa – dla nas prawdziwa walka na śmierć i życie. Nikt z nas strzelając gola nie krzyczał „To za śmierć mojego dziadka!”, „To za zburzoną Warszawę!” i może nawet w duchu nikt do żadnych podtekstów przed samym sobą się nie przyznawał, ale „dowaliliśmy Szkopom”, a to dawało większą radość niż mogłaby dać wygrana z jakąkolwiek inną kolonijną grupą świata.

– Skąd wiedziałeś, że wygrają? – zapytał syn gdy już było po meczu.

– Po prostu miałem przeczucie – odparłem zgodnie z prawdą. – „Piłka to taki sport, w którym 22 mężczyzn biega po boisku, a na końcu wygrywają Niemcy”. Tak trochę żartobliwie powiedział kiedyś angielski piłkarz Gary Lineker i to się często sprawdza.

– Niemcy zawsze wygrywają?

– Na szczęście nie zawsze, w 1945 roku przegrali – odpowiadam żartobliwie nie zdążywszy ugryźć się w język.

– A wtedy były Mistrzostwa Europy, czy Mistrzostwa Świata?

– … raczej mistrzostwa świata…

– Nie lubię Niemców!

– Dlaczego ich nie lubisz?

– Nie wiem, po prostu ich nie lubię…

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany