Kolumbia – kraj piłki nożnej, karteli narkotykowych, kawy oraz… Internal Suffering. Zespół, który powstał pod koniec lat dziewięćdziesiątych, od samego początku za główny cel postawił sobie bezlitosne mordowanie słuchaczy dźwiękiem. Nie chodzi tu oczywiście o mordowanie brakiem umiejętności 😉 ale o tworzenie i nagrywanie brutalnych i technicznych death metalowych wyziewów


d4e6ca6a7dc9dabea75d1f835c040247_lP

oczątki były trudne bo np. debiutancki album „Supreme Knowledge Domain” razi słabym brzmieniem, przez co zawarte na nim kawałki nie mają odpowiedniej mocy. Uległo to całkowicie zmianie na kolejnych albumach. „Chaotic Matrix”, „Choronzonic Force Domination” to wspaniały przykład kontrolowanego muzycznego chaosu, obłędu i potężnego brzmienia, które przygniata i nie pozwala złapać oddechu. W 2006 roku wychodzi czwarty album „Awakening Of The Rebel”, do którego ja osobiście ciągle nie mogę sie w 100% przekonać – brzmienie jest bardziej sterylne a mniej skomasowane i chyba to mi przeszkadza. Po tym albumie w obozie Kolumbijczyków nastepuje długa kilkuletnia cisza, przerywana od czasu do czasu zdawkowymi informacjami, że trwaja pracę nad piątym albumem. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy te prace się kiedykolwiek zakończ, aż tu nadszedł czerwiec 2016 i… oto jest, nareszcie.

internalsufferingbandPo 10 latach piewcy starodawnych, szalonych bóstw powrócili z nowym materiałem zatytułowanym „Cyclonic Void Of Power”. No to skoro jest to trzeba go posłuchać. Album zaczyna się chłodnym i mrocznym intrem, które zabiera nas na wyprawę w góry szaleństwa – H.P. Lovecraft idealnie wpasowuje sie w brutalne metalowe dźwięki (hehe). Kiedy kończy się intro rozpoczyna się… chaos i zniszczenie. Muzyka na najnowszym albumie jest jak krwiożercza, wygłodzona bestia, która wyrwała się z zamknięcia i jej jedynym celem jest atakować, zabijać, pożerać. Od pierwszych sekund „Unleash The Antarctic Colossus”, aż po ostatni na płycie „Orbitas Ancestrales De Poder” słuchacz jestem przyparty do ściany a następnie miażdżony, tratowany, jak marionetka w rękach bóstw chaosu. Z każdą upływającą chwilą coraz trudniej jest sie podnieść, połamane żebra nie pozwalają na złapanie oddechu, z rozlicznych ran płynie krew, barwiąc wszystko dookoła na czerwono. Wydaje się, że nie ma szans na przeżycie, że to już koniec, ale kiedy album sie kończy zamiast wydać ostatnie tchnienie na zmiażdżonych, zakrwawionych ustach pojawia się uśmiech, a złamany palec wskazujący prawej reki samoczynnie naciska na pilocie przycisk start i… wszystko zaczyna się od początku. Chaos, zniszczenie, ból, ekstaza – poddaje sie potędze i władzy starodawnych bóstw i odpowiadam na ich wezwanie udając się ponownie w góry szaleństwa. Bardzo dobra, potężnie brzmiąca płyta i jak najbardziej udany powrót.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany