Tegoroczny wrocławski Into the Abyss Festival od początku jawił mi się jako jedno największych polskich wydarzeń koncertowych ostatnich lat. Nie dość, że była okazja zobaczyć pionierów muzyki death metalowej POSSESSED, po raz pierwszy w naszym kraju legendarne SADISTIC INTENT, to jeszcze na dokładkę dostaliśmy unikatowy koncert ABSU, rewelacyjne MALOKARPATN, miażdżące GRAVE MIASMA i wiele, wiele innych. Czy mogło mnie tam zabraknąć? Nie ma takiej opcji! Nawet gdybym umarł to pewnie w ten weekend byłbym we Wrocławiu choć duchem, a kto wie czy nie wstałbym z grodu i nie pojawił w klubie z wijącym robactwem w oczodołach i nieświeżym oddechem.


P

odróż z Warszawy do Wrocławia przebiegła niezwykle szybko i gładko, a to za sprawą samolotu, na który bilet niespodziewanie okazał się tańszy niż tradycyjna wyprawa Polskim Busem. 40 złotych w obie strony to kwota, którą jeszcze ze trzy tygodnie temu gotów byłbym zapłacić za przelot z łóżka do toalety. Jak to jednak w życiu bywa – jak coś idzie zbyt łatwo to jest duża szansa, że wydarzy się coś nieprzyjemnego. I wydarzyło się. Okazało się, że we Wrocławiu nie funkcjonuje coś takiego jak taxówki w godzinach szczytu. Po pierwszych kilku dystrybutorek usłyszałem, że czas oczekiwania około godziny, od kilkunastu innych, że po prostu nie ma możliwości zamówienia taksówki, do kilku w ogóle się nie dodzwoniłem bo automat informował, że np. „jestem na linii oczekujących piętnasty”. W efekcie podróż z lotniska do klubu zajęła mi jakieś trzy razy dłużej niż z Warszawy na wrocławskie lotnisko.

– W godzinach szczytu się nie pracuje – wyjaśniał nam wieczorem jeden z taksówkarzy. – Miasto jest zakorkowane i po prostu się nie opłaca jeździć. Mało kto się na to decyduje.

Dzień pierwszy należał do Absu i Possessed

img_7604Piątkowa część festiwalu odbyła się w klubie Alibi. To znany i dość przyjemny przybytek, w którym miałem przyjemność być już nie na jednym koncercie. Publika dopisała, miejsca w szatni nie zabrakło i znalazł się stolik, przy którym mogłem zasiąść jako początkujący inwalida.

Jako pierwszy wyszedł na scenę COLD RAVEN. Włoscy black metalowcy ciała nie dali, ale wielkiego wrażenia nie zrobili. Ot, większa radość była z tego, że festiwal się zaczął niż z ich grania, które na żywo nawet na milimetr nie wychyliło się ponad przeciętność.

Więcej obiecywałem sobie po FROM HELL. Ich debiutancki album „Ascent from Hell” sprzed dwóch lat w chwili premiery zrobił na mnie dobre wrażenie i choć do niego nie wracałem to jednak liczyłem, że na żywo ten zespół może zaprezentować się jako jeden z najjaśniejszych punktów tego festiwalu. Niestety aż tak dobrze nie było, prawdę mówiąc to było tylko przyzwoicie.

img_7605Pierwszy koncert, który zostanie w pamięci na dłużej zafundowało nam dopiero ABSU. Zagrali niezwykle żywiołowo i z taką szybkością, że wydawało mi się jakbym słuchał ich muzyki na przyśpieszonych obrotach. Proscriptor McGovern po kilku utworach powierzył zestaw perkusyjny swojemu zmiennikowi i z mikrofonem ruszył na scenę urozmaicając występ ekspresyjną gestykulacją.

POSSESSED widziałem po raz drugi i muszę przyznać, że tym razem zrobili na mnie lepsze wrażenie niż kilka lat temu w warszawskiej Progresji. Ich koncert wydał mi się bardziej żywiołowy i po prostu lepiej brzmiący. Choć klub Alibi to trochę dziwne miejsce, w którym jakość dźwięku potrafi różnić się dość drastycznie, w zależności od miejsca, do którego dochodzi. Pewnie to zasługa filarków i nieregularnych kształtów sali.

img_7614Czasami gdy myślę o współczesnym POSSESSED to czuję się jak frajer bo przez ten zespół przewinęło się już chyba ze trzydzieści osób i dziś to bardziej cover band Jeffa niż kontynuacja legendy, wskrzeszonej w połowie lat 80-tych. Gdy jednak wyszli na scenę i zaczęli grać to wszelkie spekulacja okazały się nic nie warte. Ich repertuar jest ponadczasowy, a sceniczna energia autentyczna i niepohamowana. Choć ABSU było świetne to prawdopodobnie POSSESSED najbardziej zapisze się w mojej pamięci.

Na zakończenie na scenę wyszedł austriacki BELPHEGOR. Kochałem ten zespół jeszcze w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Wówczas wydawali mi się ekstremalni i autentyczni w tym co robią, a ten cały idealogiczno-wizerunkowy fanatyzm przekładał się na muzykę, która na pierwszych trzech płytach prezentowała się imponująco. Niestety od czasów „Lucifer Incestus” coś się z nimi stało – nie tylko wizerunkowo, ale przede wszystkim muzycznie. Z płyty na płytę ich muzyka zaczęła mi się wydawać coraz mniej ciekawa i coraz bardziej plastikowa.

Na żywo jednak dali radę. Na pewno nie był to koncert wieczoru, ale zaskoczyli mnie dość pozytywnie i o dziwo obejrzałem ich koncert ze sporą przyjemnością.

Minusem pierwszego dnia festiwalu był fakt, że oglądałem go ze sporego dystansu. Kontuzja mojego kręgosłupa z trudem umożliwiła mi przyjazd do Wrocławia, musiałem jednak indywidualizować się z rozentuzjazmowanego tłumu i o zbliżeniu się do sceny nie mogłoby być mowy. Mam wrażenie, że to mi trochę zaburzyło pełen odbiór koncertów i były momenty, w których czułem się jakbym lizał lody przez szyby by nie użyć bardziej dosadnego porównania…

Dzień drugi: gdy legenda staje się legendą

Pralnia to świetny klub! To na początek. Idealny na tego typu festiwal – przestronny i klimatyczny, choć ten klimat surowy i zimny. W kiblu nawet dosłownie zimny. Drugiego dnia pojawiały się też stoiska z płytami i koszulkami. Spotkałem m.in. Karola z Selfmadegod, Eryka z Old Temple, Grega z Godz ov War. W ogóle miałem wrażenie, że jakby ktoś tego dnia podłożył pod klub bombę to nie dość, że zginęliby prawie wszyscy najwięksi fani muzyki metalowej w tym kraju, to na dodatek na mój pogrzeb by niewiele osób przyszło bo bliżsi i dalsi znajomi smażyliby się już ze mną w piekle, w sąsiednich kociołkach ze smołą. Na szczęście jednak wszyscy przeżyli, choć na scenie bomb tego wieczoru wybuchło kilka.

img_7649Zaczęło się od zespołu BRÜDNY SKÜRWIEL! Mówi się, że rola supportu jest niewdzięczna. Nie tym razem. Pod sceną zgromadziła się naprawdę pokaźna publika, która powitała załogę z Gliwic bardzo entuzjastycznie. Zespół odwdzięczył się niezwykle energetycznym i porywającym koncertem – już po pierwszych kilku utworach zęby zbierałem z podłogi i zrozumiałem, że Pralnia proponuje dużo lepsze warunki akustyczne niż Alibi. Prostokątna sala (długa i dość wąska) zasysała dźwięki ze sceny, a surowe betonowe ściany odbijały decybele i zalewała nią publikę jak ciasto naleśnikowe rozgrzaną patelnię. Wszyscy aż skwierczeli z radości! A ten prostacki, energetyczny i przebojowy black speed thrash Skurwieli zabrzmiał na otwarcie wprost przepysznie. O ile pierwszego dnia byłem pogodzony ze swoim losem kontuzjowanego inwalidy, tak właśnie wtedy podczas koncertu inaugurującego drugi dzień festiwalu poczułem żal, że stoję jak cipa pod sceną, zamiast pląsać wesoło wśród publiki. A Brudny Skurwiel prał bez litości – utwór po utworze, z kopem, energią, polotem i radością. Tak. W tych gościach jest tyle autoironii, dystansu i radości, że trzeba być nie tyle brudnym, co zblazowanym skurwysynem żeby ich nie pokochać. No i nie zgadzam się, że zespół skończył się po odejściu wokalisty – teraz mikrofonem zajął się gitarzysta Łąka i zdecydowanie daje radę.

Jako drugi na scenę wyszedł MORTHUS. Zupełnie nie czuję tej kapeli – zarówno z płyty jak i na żywo wydają mi się sztuczni, spięci i bez polotu. Owszem, technicznie i aranżacyjnie coraz lepsi, ale ich muzyka całkowicie pozbawiona jest adrenaliny. Niby wszystko się zgadza, niby poruszają się w stylistyce, która powinna chwytać mnie za serce, ale niestety – słucham ich muzyki i nie odczuwam kompletnie nic. Ich sceniczna prezencja również wydaje mi się nienaturalna i wystudiowana. Niewykluczone jednak, że ten zespół wcale nie jest pozbawiony potencjału. W pierwszej połowie lat 90. poznałem inną kapelę, o której mógłbym napisać dokładnie to samo co dziś piszę o MORTHUS. Nazywają się BEHEMOTH i są jednym z największych metalowych zespołów na świecie.

img_7656

Następny zespół na scenicznych deskach to DEHUMAN. Słuchałem trochę jak świnia grzmotu, bo nie znam ich studyjnych dokonań. Nie powalili mnie, ale zrobili dość dobre wrażenie – zabrzmieli, ciężko i selektywnie, zagrali agresywnie i zarazem technicznie. Jak mi się w przyszłości napatoczy jakaś ich płyta to chętnie sobie ją obadam.

img_7662

No i MALOKARPATAN! Ich koncertu byłem bardzo ciekaw ponieważ ujęli mnie swoim ubiegłorocznym debiutem. Na żywo zabrzmieli doskonale, a ich prezentacja sceniczna była wręcz ujmująca. Image Słowaków to trochę taki „anyimage”. Oni wychodzą na scenę i grają – mam wrażenie, że równie dobrze czuliby się w koszuli z żabotami co w klapkach kubota. Są zupełnie bezpretensjonalni, mają wyjebane na groźne miny czy sztuczną krew na rękach. Oni po prostu grają, a ich muzyka broni się znakomicie! Wielka klasa!

Czas mijał, spotkałem 324241 znajomych, kolejnych 9423434 poznałem, a do brzuszka wlałem tyle piwa, że mój „pas cnoty zaczął niebezpiecznie trzeszczeć”. Dodać należy, że piwo z kija w Pralni było chyba bezalkoholowe, albo kontuzja mojego kręgosłupa odcięła na stałe dopływ alkoholu do mózgu. Tak. W Pralni przydałby się większy wybór dobrego butelkowanego, kraftowego piwka.

img_7668

Ale wróćmy do muzyki. Kolejnym – a dla mnie jednym z głównych dań drugiego dnia festiwalu był GRAVE MIAZGA! Tfu! MIASMA. Widziałem już ich kiedyś w Poznaniu i wówczas zrobili na mnie spore wrażenie. Tym razem było chyba jeszcze lepiej. Na scenie przygasły światła, zapłonęły kadzidła, a z głośników zaczął się sypać tak piękny gruz, że zatrzęsły mi się łydki. Tu ukłony dla organizatora, który wpuścił kontuzjowaną Marię za barierki i pozwolił dołączyć do tak legendarnych tuzów metalowego dziennikarstwa jak Leszek Wojnicz-Sianożęcki (Oldschool Metal Maniac) czy Rafał Monastyski (Metal Hammer). Mogłem więc być przy samej scenie nie ryzykując kolejnego złamania.

Ale wróćmy do GRAVE MIASMA – brzmienie gitar ciężkie, potężne, selektywne – wokal taki jakby gość miał gardło obłożone gruboziarnistym papierem ściernym, o który każde wykrzyczane słowo pociera tak mocno, że aż czuć zapach płonącej siarki. Wytworzyli atmosferę tak mroczną i upiorną, że czułem się jakbym wszedł do jakiegoś zapomnianego zimnego grobowca – monumentalnego sarkofagu cuchnącego wonią rozkładającego się ciała i zapachem stopionej świecy. Jeśli mam jakiś muzyczny punkt „G” to GRAVE MIASMA nie tylko go znaleźli, ale mi go wydłubali i rozdeptali po podłodze.

img_7669

Nic dziwnego, że byłem pełen obaw co co występu SADISTIC INTENT. Niby to właśnie po nich oczekiwałem najwięcej, ale po GRAVE MIASMA miałem obawy czy Amerykanie sprostają swojej legendzie. Wszelkie złudzenia wyparowały jednak już w połowie pierwszego utworu. Atmosfera, którą stworzyli SADISTIC INTENT była niesamowita i kompletnie inna, niż wykreowana przez ich poprzedników. Oni zabrzmieli nieludzko precyzyjnie i porywająco, ale zarazem diabelsko i bluźnierczo. Wskrzesili zapomnianego już, pierwotnego ducha death metalu z czasów, w których zalążki swego stylu wykuwał MORBID ANGEL. Dla mnie bezapelacyjnie najlepszy koncert festiwalu! SADISTIC INTENT nie tylko sprostali swej legendzie – oni tworzą ją na nowo. Jeśli wydaje Wam się, że znacie ten zespół, a nigdy nie widzieliście ich na żywo to powiadam Wam – niczego nie znacie i o niczym nie wiecie.

Zostały jeszcze dwie kapele, ale dla mnie tego dnia były już stracone. Występ KRINGA po SADISTIC INTENT był dla mnie równie atrakcyjny co striptiz pani z pobliskiego sklepu mięsnego po weekendzie spędzonym z miss world, a na SHODAN po prostu już nie doczekałem. Kontuzjowany kręgosłup i zmęczenie po dwóch dniach koncertowych szaleństw wzięły górę i po KRINGA czmychnąłem do hostelu. Szkoda trochę tego SHODAN bo po niezłej płycie, którą nagrali chętnie bym sobie ich na żywo obadał.

Mam nadzieję, że Into the Abyss Festival w kolejnych latach będzie się rozwijał i jeszcze nie raz zaskoczy nas równie dobrymi zespołami i świetną organizacją. Do zobaczenia za rok?

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany