Początek lat 90-tych. Przeglądam u kolegi kasety i natrafiam na „Painkiller” wydany przez TAKT.
– Fajne? – pytam, obracając w łapskach kasetę i oglądając okładkę.
– Słabe. Taki heavy, dostałem od kogoś w prezencie – odpowiada kumpel. – Gość wyje jakby mu jajka w imadle ściskali.


25-lat-temu-ukazal-sie-album-Painkiller-Judas-PriestJuż mam odłożyć, ale coś mnie tknęło.

– Pożycz? Chętnie posłucham.

– A bierz i nie oddawaj jeśli ci się spodoba.

Gdy wróciłem do domu okazało się, że mam gorączkę, bo był to czas gdy jeszcze kilka razy w roku zdarzały mi się przeziębienia i z lubością poddawałem się chorobie, mając w perspektywie kilka dni czytania komiksów i słuchania muzyki, zamiast siedzenia na nudnych lekcjach w szkole.

Późnym wieczorem, łyknąwszy polopirynę popitą mlekiem z miodem, ze zbolałą miną ległem w łóżku. Ale gdy tylko matka zgasiła światło i wyszła, po omacku sięgnąłem po kasetę i odpaliłem ją wciskając do uszu chińskie słuchawki zakupione na targu od Ruskich. Jak ta muza ruszyła to myślałem, że pierza wyskoczą mi z poduszki i zaczną uprawiać headbanding. Pot kapał mi po twarzy, a z zamkniętymi oczami wyobrażałem sobie, że sunę po niebie na tym motocyklu z okładki i pożeram gwiazdy, które wysypują się z chmur rozcinanych przez moje przednie koło.

Słuchałem tak długo aż zasnąłem, a gdy rano się obudziłem to przez chwilę czułem strach. Bałem się, że ta płyta mi się przyśniła. Zerwałem się z łóżka i z ulgą ujrzałem kasetę leżącą koło magnetofonu. Gdy chwilę później myłem zęby, okazało się mam między nimi pogryzione, ale wciąż połyskujące kawałki gwiazd.

Nie licząc płyt King Diamond i Mercyful Fate, które są zupełnie inną bajką, „Painkiller” do dziś pozostał dla mnie najlepszą heavymetalową płytą wszech czasów.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

2 komentarze

  1. Bruno

    Zgadzając się, że Painkiller to jeden z najlepszych albumów „hejwi” ever (i nie wdając się w dyskusje, obok jakich innych krążków ;), tym bardziej jestem oburzony, że poświęciłeś mu tak krótką notkę! Choć historyjka jest przednia, to ten album (wtedy już łabędzi śpiew tego gatunku), zasługuje na jego bliższe przedstawienie!
    Na marginesie: sam też mam z nim związane wspomnienia, jak przemierzając ursynowskie osiedla ze słuchawkami walkmana na uszach, w których leciał „Leather rebel”, czułem się niemal panem świata. Wspomnienie tego uczucia, to jak smak proustowskiej magdalenki 😉
    Bardzo fajny blog – ożywia obrazy i dźwięki młodości! Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    • Maria Konopnicka

      To tylko taka luźna historyjka, a nie recenzja płyty. Na pewno jeszcze do niej powrócę w przyszłości i napiszę więcej o samej muzyce. 🙂

      Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany