Niby człowiek śledzi scenę z wielką uwagą, ale wciąż wpada w ręce coś co umknęło i przeszło gdzieś bokiem. Pal licho jeśli nie odnotowało się w pamięci autorów jednej czy dwóch płyt, ale bywa, że nieznana horda ma na koncie już kilkanaście albumów. Z fińską Kalmankantaja, zaznajomiłem się za sprawą ich ostatniej płyty „Tyhjyys” wydanej przez naszą rodzimą Wolfspell Records. Zespół istnieje od pięciu lat i zdążył już nagrać dziewięć studyjnych albumów


Z

nak czasów. Kiedyś byłoby nie pomyślenia by w jednym roku hord wypluł cztery regularne krążki (Kalmankantaja uczyniła tak przed dwoma laty). Dziś w dobie cyfryzacji i powszechnego dostępu do technologii nową płytę można właściwie nagrywać co tydzień. Byle tylko pomysłów nie zabrakło…

IMG_5196A jak to jest z tymi pomysłami na „Tyhjyys”? Całkiem nieźle – bo Finowie nie mają ambicji by upchnąć 666 riffów i 777 solówek w jednym utworze. Grają niezwykle klimatyczny, melodyjny i melancholijny black metal, który jest jak lot balonem nad lasem. Powoli, spokojnie, metr po metrze, drzewo po drzewie – by był czas nie tylko na policzenie liści, ale nawet dziurek w pniu porobionych przez korniki.

Na takie klimaty trzeba zdecydowanie sprzyjającego czasu, miejsca i nastroju. Nie jest to muzyka, którą można wrzucić sobie do samochodu i słuchać jej brnąć w korku, w drodze do pracy. To raczej ścieżka dźwiękowa do długich spacerów w samotności, dalekich pieszych wędrówek przez leśne ostępy, muzyka sprzyjająca cichej kontemplacji w pustym pokoju. Ale uwaga! Trzeba być wypoczętym, wyspanym i naładowanym energią. W przeciwnym razie powieki opadną zanim wybrzmi połowa tego krążka, a sen zmorzy z obezwładniającą bezwzględnością.

Ta atmosferyczna płyta jest tak usypiająco jednostajna, że nawet gdy przyśpiesza to usta rozwierają się w przeciągłym ziewaniu, a powieki zdają się ważyć po kilkadziesiąt kilogramów. Gdyby leśniczy puścił ten krążek niedźwiedziom to jestem pewien, że nie wybudziłby się z zimowego snu i ssąc łapę przespały by także lato.

Czy zatem „Tyhjyys” to płyta na tyle nudna, że należy sobie ją odpuścić? Zdecydowanie nie. Ta muzyka naprawdę fajnie płynie i dobrze brzmi. Gdybym ją usłyszał dwadzieścia lat temu to jestem pewien, że byłbym zachwycony. Dziś „„Tyhjyys” stałaby na mojej półce na winylu, a ja tu bym rozprawiał o mrocznym pięknie i demonicznej ulotności tych dźwięków.

Jak jednak wspomniałem na wstępie, do takiej muzyki trzeba odpowiedniego nastroju, czasu i miejsca. Aktualnie nie znajduje w sobie emocji, które mogłyby mnie skłonić do dłuższego słuchania tego krążka. Niewykluczone jednak, że za jakiś czas do niego wrócę, przytulę się do podusi i ruszę w lot balonem nad tym mrocznym lasem.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany