Z Piotrem Luczykiem, gitarzystą i założycielem zespołu KAT rozmawia Krzysztof Szewczyk

W 1987 roku KAT był na fali wznoszącej. Mieliście na swoim koncie popularny singiel („Ostatni Tabor”), płytę wydaną na zachodzie („Metal And Hell”) i rewelacyjną płytę „krajową” („666”). Jeżeli chodzi o działalność koncertową (ukoronowaną płytą „38 Minuts of Life”), to mogliście się poszczycić zwłaszcza występem w Jarocinie oraz przed METALLICĄ. Czy docierało wtedy do Was, że jesteście po prostu jednym z najlepszych zespołów metalowych w Polsce?

Nie mieliśmy takiej świadomości choć znaliśmy swoją wartość. Przynajmniej wydawało mi się że coś tam już gramy i wszystko przed nami.

katMoim zdaniem Waszymi konkurentami do metalowego tronu PRL było jedynie TURBO, które wówczas również miało bardzo dobrą passę. Czy między KAT a TURBO wytworzyła się jakaś rywalizacja? Obydwa zespoły były w „stajni” Tomasza Dziubińskiego, i na pewno nie raz spotykaliście się z poznaniakami na trasie.

Oczywiście. Graliśmy wspólne koncerty a nawet trasę. Nasze drogi gdzieś się stykały i z pewnością była swego rodzaju konkurencja. No cóż, bez konkurencji nie ma postępu. Po latach stwierdzam, że nie było o co się bić. To co nam się wydawało i tak nie mało większego znaczenia. Gdyby nawet Turbo nagrało płytę lepszą od Iron Maiden to w Polsce i na świecie przeszło by to bez echa, a KAT i tak prędzej czy później musiał zmienić skład, więc nasza rywalizacja nie miała większego znaczenia.

Było trochę różnic w składzie pomiędzy „666” a „Oddechem Wymarłych Światów”. Wojciech Mrowiec nie zagrał już na rozdzielającym obydwa wspomniane tytuły, koncertowym „38 Minuts of Life”. Co się z nim stało?

Byliśmy przed nagraniami płyty „666” w Krakowie. Mieliśmy codziennie próby I pracowaliśmy nad materiałem. Wszystko fajnie szło a tu nagle Wojtek zniknął. My zdenerwowani robimy próby, aranżujemy utwory, zmieniamy kompozycje a Wojtka nie ma. Muszę powiedzieć, że w tamtych czasach nagranie płyty było bardzo wielkim wyróżnieniem. Więc było nerwowo. W końcu pojechaliśmy do studia bez niego. Aż tu nagle w Krakowie pojawia się Wojtek i jakby nigdy nic, chce nagrywać. Okazało się że był z dziewczyną na wczasach. Nastąpiło spięcie. Po konkretnej rozmowie z Tomkiem Dziubińskim (managerem KATa) ustaliłem że Wojtek nagra tę płytę ale później się żegnamy.

A teraz pora na wyjaśnienia odnośnie osoby charyzmatycznego basisty jakim był Tomasz Jaguś. Podobno to on nagrał partie basu na „Oddech Wymarłych Światów”, chociaż na okładce widnieje nazwisko Krzysztofa „Stagmana” jako basisty. Jak tak było naprawdę?

Krzysiek nie chce o tym opowiadać, więc na razie to przemilczę.

Jak w ogóle doszło do tego, że dołączył do Was Krzysztof Stasiak? Niewiele można znaleźć w internecie informacji na jego temat ani na temat jego muzycznej przeszłości.

Krzysiek był muzykiem którego znałem z innego zespołu. Kiedyś grałem z Krzyśkiem i Mietkiem Szcześniakiem koncert z utworami Pitera Gabriela. Wiedziałem, że jest bardzo dobrym muzykiem, choć preferował bardziej łagodnego rocka i jazz. W momencie kiedy Tomek wyjechał za granicę zaprosiłem Krzyśka Stasiaka do KATa. I tak się to zaczęło. Prawdę mówiąc konsekwencje tamtych decyzji odbijają się na Kacie do dzisiaj. Ale to temat na inny wywiad.

Dlaczego kazaliście swojemu nowemu basiście używać pseudonimu „Stagman”? Obawialiście się, że jego nazwisko może się Waszym fanom kojarzyć z PAPA DANCE albo LADY PANK?

Nie, Krzysiek miał taki pseudonim w poprzednim zespole i chciał to kontynuować.

Przejdźmy do etapu tworzenia materiału na „Oddech Wymarłych Światów”. Biorąc pod uwagę jakość nagranego materiału, zakładam, że do studia wchodziliście dobrze przygotowani, z właściwie gotowym materiałem, który trzeba było tylko nagrać. Tak było?

W Kacie tak jest do dzisiaj. Najnowsza płyta którą w tym momencie miksujemy też tak była nagrana. „Oddech…” komponowałem długo przed nagraniami I wszystko było wiadome wcześniej. Dlatego utwory z Oddechu są już na płycie „38 minutes …”

Kto był „siłą przewodnią” zespołu w komponowaniu muzyki na „Oddech…”? Czy to Piotr Luczyk wszystko skomponował, czy cały proces twórczy miał charakter zespołowy i demokratyczny?

Mówiąc nieskromnie nie było demokracji. Było mniej więcej tak jak na okładce płyty „Mind Cannibals”, tylko oczywiście uwzględniając skład. Na okładkach płyt KATa do „Mind Cannibals” pisaliśmy różne bzdury o autorach. Potem to powoli naprawialiśmy przez co płyty też się zmieniały. Na pierwszych płytach głównie ja komponowałem. Później już nie miałem ochoty robić solo. Chciałem by każdy pracował w zespole. Dlatego też muzyka na płytach się zmieniała. Skutek wspólnego komponowania był taki że KAT na „Szyderczym Zwierciadle” zamarł…

Jest bardzo wyraźna różnica pomiędzy muzyką na „666” a tą, która znalazła się na „Oddech Wymarłych Światów”. Jedynka to taka mieszanka speed i thrash metalu, z przewijającymi się tu i ówdzie bardziej klasycznymi zagrywkami. Dwójka jest zdecydowanie thrash metalowa, muzycznie o wiele bardziej „brutalna”. Co wpłynęło na tę, nie tyle zmianę, co retusz stylistyki zespołu?

To że dojrzewałem I miałem nowe bardziej odważne spojrzenie na kompozycje. W tym czasie byłem już po niezłym wycisku, który dostałem od Metalliki. Zacząłem rozumieć thrash metal na klasycznej podbudowie harmonicznej i to mi idealnie pasowało. Sam miałem te same wzorce co Hetfield I Ulrich. I w takim otoczeniu muzycznym powstała płyta „Oddech …”

Co ważne, ten Wasz thrash metal był dosyć oryginalnie zagrany. Przede wszystkim, całość ma swoisty, mroczny klimat. Dalej, thrash metalowa młócka bardzo płynnie przeplata się z melodyjnością riffów, chętnie wykorzystywaliście akustyczne intra do utworów. Przed nagraniami usiedliście i zastanawialiście się jak zagrać oryginalnie, czy wszystko przyszło naturalnie?

To wszystko już było wcześniej. Wystarczy posłuchać angielskiego hard rocka. Metallica też czerpała z tych samych wzorców. Dlatego podobno „Oddech…” ma klimat Metalikowy. Coś w tym jest.

Choć Polska (Rzeczpospolita Ludowa) była dosyć mocno odizolowana od zgniłego kapitalistycznego zachodu, można było dostać nagrania kapel stamtąd. W czym wówczas zasłuchiwali się muzycy KATa? Co robiło na Was wrażenie? Co Was twórczo inspirowało?

Ja słuchałem od Deep Purple przez Pink Floyd i Black Sabbath po Voivod, Metallicę czy Judas Priest. Reszta zespołu podobnie oprócz Kostrzewskiego. Roman kiedyś nam powiedział że nie lubi metalu. I to prawda. Nie pamiętam żeby kupił sobie jakąś płytę metalowej kapeli. Jak się poznaliśmy w Bytomiu, Kostrzewski wspominał, że lubi Niemena i Budkę Suflera.

A jak sprawy się miały z tekstami, które były zapewne działką Romana Kostrzewskiego. Czy Wy – instrumentaliści – wywieraliście na niego jakieś naciski, dawaliście mu jakieś sugestie? Czy wokalista konsultował z Wami tematykę swoich tekstów?

Jeśli chodzi o ukierunkowanie tematyczne to wyznaczył je Robert Lor. To Robert napisał pierwsze i najważniejsze teksty do singli „Ostatni Tabor” i „Noce Szatana”. Tematykę piekła czy ogólnie satanizm wymyśliłem ja będąc pod wpływem tytułu płyty AC/DC „Highway to hell” i zespołu Venom. Na próbie w Pałacu Młodzieży powiedziałem Romanowi, żeby teksty o Bogu które wcześniej pisał, zamienił na teksty o piekle. Nawet wymyśliłem tytuł płyty “Metal And Hell”. I tak polski satanizm stworzył Robert Lor z Piotrem Luczykiem w salce prób w Katowickim Pałacu Młodzieży.

Przejdźmy do samego procesu nagrywania. Album został nagrany w Izabelin Studio u Andrzeja Puczyńskiego. Mogę tylko domniemywać, że tak naprawdę to Puczyński był producentem nagrań, a nie Tomasz Dziubiński, pomimo, że taka informacja widnieje na okładce?

Oczywiście producentem muzycznym był Andrzej Puczyński, który miksował pod naszą ciągłą presją. Cały czas puszczałem mu Metallikę I chciałem żeby brzmiało tak samo. Oczywiście, że nie mogło, ale wtedy tego nie wiedziałem. Dziubiński jest wpisany jako producent ze względu na to że płacił za sesję. Wtedy inaczej rozumiało się określenie “producent”.

Jak pracowało się z Andrzejem Puczyńskim? Czy przed Wami nagrywał już jakiś metal? W końcu wywodził się ze zgoła odmiennego środowiska muzycznego. Czy obcowanie z takimi „szarpidrutami” jak KAT nie było dla niego problematyczne?

Było bardzo dobrze. Andrzej jest gitarzystą i rozumieliśmy się znakomicie. Do tego Andrzej jest bardzo kulturalnym i inteligentnym człowiekiem. Nie było problemów. Jak ostatnio z nim rozmawiałem mówił mi że zawsze chwali się nagranym „Oddechem …”

Jakie ma Pan wspomnienia ze studia? Jak przebiegał proces nagrywania? Moim zdaniem nawet dzisiaj „Oddech Wymarłych Światów” brzmi bardzo dobrze, ale jestem ciekaw Pańskiej opinii w tym temacie.

Na tamte lata brzmi bardzo dobrze, ale to nie tylko kwestia studia i realizatora czy producenta. Uważam że zasadnicza sprawa to kompozycje. Wtedy jeszcze potrafiłem współpracować z Kostrzewskim. Dlatego linie wokalne są częścią kompozycji. Później już było różnie.

Na Wikipedii można przeczytać, że: „Płyta była nagrywana na ośmiościeżkowym magnetofonie, przez co bębny zastępuje automat perkusyjny by zmieścić w ostatecznym miksie ścieżki wszystkich instrumentów i wokalu”. Czy to prawda?

Wikipedia nie jest dla mnie wiarygodnym źródłem wiedzy. W tym przypadku niewiarygodność Wikipedii się potwierdza. Kiedyś miałem nieprzyjemność poinformować pracowników Wikipedii o błędach i nieścisłościach opisujących zespół KAT. Chciałem przekazać potwierdzone informacje. Dostałem odpowiedź, że ich nie interesuje informacja prawdziwa tylko informacja prasowa bez względu czy to prawda czy nie. Wtedy dałem sobie spokój z tą amatorką.

Przejdźmy do bardziej abstrakcyjnej kwestii – czy w trakcie komponowania i nagrywania materiału, czuliście, że tworzycie coś wyjątkowego? Tak, wiem, że każdy zespół nazywa swoją najnowszą płytę tą najlepszą, ale, czy wtedy w powietrzu czuć było jakąś magię? Jakie nastroje Panowały w zespole?

Cieszyłem się, że nagrywam tę płytę bo od początku mi się podobała. Wsadziłem w nią dużo pracy i serca i nie myślałem o magii. „Oddech…” nagrywaliśmy w Izabelinie w trakcie remontu studia. Marshall stał obok betoniarki. Cegły, worki z cementem. Zaniki prądu. Miałem związane ręcznikiem słuchawki żeby były dociśnięte do uszu. Jedna wielka prowizorka. Widocznie Andrzej Puczyński skasował Dziubińskiego o połowę taniej. Było dziwnie, ale nas to nie przerażało. Płyta okazała się nad wyraz dobra. Niestety nie udało się wykorzystać potencjału tej muzyki. Widocznie tak musiało być. Z tego co wiem „Oddech…” jest najlepiej ocenianą za granicą polską płytą metalową. O ile się nie mylę to w USA czy w Europie fani metalu nie znają powszechnie języka polskiego. Z tego wynika, że coś w tej muzyce musi być.

Zanim przejdziemy dalej, jeszcze kwestia okładki. Moim zdaniem malunek przygotowany przez Jerzego Kurczaka do winylowej edycji był rewelacyjny i dobrze licował z Waszą muzyką. Brutalność (trup przybity do szczątków krzyża) mieszała się tam z tajemnicą (trumny lecące w stronę księżyca). Co Pan sądzi o tej okładce? Konsultowano z Wami tę kwestię, czy braliście to co Wam dali?

Kurczak zrobił rewelacyjną okładkę. Wcześniej mieliśmy inny project z planetami. Kurczak jednak przebił wszystko.

Pierwsze, kasetowe wydanie „Oddechu…”, firmowane przez Polton, miało zupełnie inna okładkę. Szmirowaty „potworek” przestawiał kilka księżyców, błyskawicę i dziwne logo zespołu. Jakieś wyjaśnienia?

To się nazywa oszczędność Dziubińskiego. On na to nie zwracał uwagi. Mówił, okładka to tylko okładka. O takie rzeczy toczyliśmy z nim boje. Warto było.

A tak właściwie jak to było? Dlaczego nagrania najpierw wydano na kasecie, a dopiero rok później ukazały się na winylu? Żeby było śmieszniej, obydwie edycje firmowały różne wytwórnie płytowe. Może Pan trochę rozjaśnić te zawiłości?

Tak wyglądał polski rynek muzyczny i niezrozumiałe dla nas kombinacje. Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Trzeba zapytać Dziubińskiego. Tylko że on już nie żyje. Druga sprawa to to, że polskich firm wydawniczych nie interesował metal.

No więc – płyta została wydana i…jakie na przykład były reakcje ówczesnej prasy muzycznej? Pisali o Kacie w „NON STOP” i „Magazynie Muzycznym”? Docierały do Was opinie z prasy podziemnej, która wówczas już zaczęła funkcjonować w Polsce?

Coś tam docierało, ale dla zespołu było to bez znaczenia. Nie było z tego ani koncertów ani pieniędzy. Po latach okazało się że pieniądze były, tylko gdzieś odfrunęły. My mieliśmy satysfakcję.

A co na temat waszej nowej płyty mówili Wam fani, których spotykaliście na koncertach? Zdarzały się jakieś opinie negatywne?

Raczej rzadko. W końcu na koncerty przychodzą ludzie, którym muzyka zespołu raczej się podoba. Ale z perspektywy czasu mogę powiedzieć że akceptacja fana może się odwrócić bez względu na to co muzyk nagra. Psychologia tłumu też ma swoje prawa. Jak wiadomo fani Kata podzielili się na dwa obozy. Jedni akceptują zmianę wokalisty . Inni uważają że dobrze by było gdybym nigdy w Kacie nie grał. To dowodzi, że trzeba robić swoje i nie patrzeć na jakąkolwiek opinię. Świat naprawdę nie kręci się wokół jakiegokolwiek zespołu czy fana. Są ważniejsze sprawy w życiu.

Nawiązując do poprzedniego pytania – jak wyglądała promocja koncertowa nowego materiału? Zjeździliście Polskę wzdłuż i wszerz, czy też już dało się wtedy odczuć załamanie, które podobno zaczęło ogarniać wszystkie sfery PRL-owskiej codzienności?

Trochę pograliśmy, ale dość sporadycznie.

Wiem, że pod koniec lat 80-tych KAT przestał istnieć, ale szczegóły rozmyły się w mrokach przeszłości. Może Pan coś opowiedzieć na ten temat?

Kilkukrotne uspokojenie działalności zespołu zawsze było związane z konfliktem pomiędzy mną i Kostrzewskim. Była jeszcze jedna przerwa. Kiedy pożegnaliśmy się z Dziubińskim trzeba było zaczynać wszystko od nowa.

Jak dla mnie „Oddech Wymarłych Światów” jest w ścisłej piątce najlepszych albumów w historii polskiego metalu lat 80-tych, może nawet trójce. Wielu słuchaczy zapewne ocenia tę płytę jeszcze lepiej. A jakie jest Pańskie zdanie – po latach – na temat tego materiału?

Jakiś czas temu dostałem zestawienie najlepszych płyt thrash metalu w historii. „Oddech…” jako jedyna polska płyta był gdzieś na 50 miejscu obok Metalliki I Testamentu. To mówi samo za siebie.

Czy gdyby dano Panu możliwość skorzystania z wehikułu czasu, to zmieniłby Pan coś na „Oddech Wymarłych Światów”? Kusiłoby Pana?

Oczywiście. Brzmienie I wokalistę.

Bardzo dziękuję za udzielone odpowiedzi i mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze zechce Pan odpowiedzieć na kolejne pytania dotyczące historii KATa. Pozdrawiam.

Dziękuję również i do zobaczenia.

O Autorze

- uzależniony od muzyki, zapalony czytelnik biografii i starych pism, miłośnik historycznych faktów i ciekawostek, o naturze wiecznego poszukiwacza. Więcej na temat jego fascynacji na stronie MUSIK SITE na Facebook'u: https://www.facebook.com/onlymusiksite/

Podobne Posty

10 komentarzy

  1. Jems

    „Oczywiście. Brzmienie I wokalistę.”
    Bez Romana ta płyta byłaby jeną z wielu. Luczyk wiele zawdzięcza Kostrzewskiemu… nawet sobie nie zdaje sprawy ile!

    Odpowiedz
  2. Rafał

    Ciężko mi się czyta wywody Pana Luczyka. Nie wiem jak bywało w Kacie, wiem że Kat nie nowym wydaniu to kwintesencja kiczu z przyzwoicie zagranymi gitarami. Okładka „8 Filmów” może się urodą równać jedynie z „Kawalerią Szatana” Turbo 🙂 Trza mieć talent 😉

    Odpowiedz
  3. Roman

    Na Mind Cannibals zmienił wokalistę i wyszło słabo, na7 filmów też innego. Kulczyk pomniejsza udział Kostrzewskiego zachowując się jak dziecko w piaskownicy. Mówi ja nagrałem, ja zrobiłem, ja wymyśliłem.

    Odpowiedz
  4. Człowiek

    Kulczyk nie pierdziele jak by nie Roman to ta płyta by była jedną z wielu 🙂 dla nie ma Kata bez Romana taka prawda Mind Cannibals jakoś mnie zachwyca . Roman to jednak Kat taka prawda i bez niego to już nie to samo

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany