kinggizzard_bandZdarzyło Wam się dostać zadyszki podczas słuchania muzyki? Mnie się zdarzyło, na przykład na początku znajomości z tym krążkiem. Ostrzegam, to wyjątkowo intensywna rzecz. Siedmiu freaków z kraju kangurów gra retro-psychodelę nawiązującą do lat 70-tych. Robią to jednak w tak energiczny i nie cierpiący zwłoki sposób, że przez cały czas czułem się poganiany – do czego konkretnie, tego nie wiem. Może do szybszego słuchania, żeby nadążyć za muzykami, którzy sami wydawali się śpieszyć, by wejść na czas ze swoją partią. Pewnie śpieszyli się też, żeby skończyć ten materiał i nagrać kolejny, bo od 2012 roku wydali już osiem płyt. Zatem cykl wydawniczy mają również podobny do kapel z lat 60/70.

Najmłodsze dziecko tej ekipy nazwano – nie bez powodu – „Nonagon Infinity”. Utworów jest dziewięć i każdy z nich płynnie przechodzi w następny, zaś ostatni kończy się motywem rytmicznym otwierającym album. Nie patrząc na playlistę można więc dojść do wniosku, że mamy do czynienia z jednym, bardzo rozbudowanym kawałkiem – progresywna suitą – która teoretycznie mogłaby lecieć w nieskończoność, gdyby jej na to pozwolić, zapętlając płytę (przypominam: ósmą (8) w karierze – symbolika zobowiązuje).

Również charakter muzyki narzuca takie rozwiązanie, bo gdy już ustawimy opcję repeat, ciężko znaleźć odpowiedni moment, w którym wypadałoby nacisnąć stop. Dominują tempa szybkie, ewentualnie średnie, natomiast zwolnienia, w ciągu tych 41 minut, można policzyć na palcach jednej ręki. W dodatku przeklęci Australijczycy naszpikowali swoją dźwiękową pułapkę masą chwytliwych patentów i wpadających w ucho melodii – z psychologicznego punktu widzenia, istnieje więc presja, powstrzymująca słuchacza przed wyłączeniem muzy. Zespół zostawił bardzo niewiele furtek wyjścia z tego dziewięciokąta foremnego, który kręci się, jak jakieś cholerne perpetuum mobile.

Konceptualne podejście do materii muzycznej nie jest im obce. W zeszłym roku wydali płytę zatytułowaną „Quarters!”, na którą składały się – jakżeby inaczej – cztery kawałki, trwające 10:10 każdy. W tym samym, 2015 roku, uraczyli słuchaczy albumem z zupełnie innej beczki, a mianowicie „Paper Mâché Dream Balloon”, wypełnionym króciutkimi folkowo-popowymi balladami. Te cudownie naiwne miniaturki, były tak pomysłowe i do tego stopnia wwiercały się w mózg, że spokojnie zdeklasowały w moim prywatnym rankingu wiele innych, nagranych na serio i z ambicjami, krążków w tamtym czasie (również tych ekstremalnych). Widząc wzbierające siły twórcze zespołu, domyślałem się, że wkrótce nadejdzie kolejne uderzenie w odmiennej stylistyce niż poprzednio. Tym razem grajkowie z antypodów odkręcili wzmacniacze i przywalili rozpędzoną garażowo-kosmiczną psychodelą, w której nie brak hardrockowo-metalowych galopad o motörheadowym posmaku. Tym samym powrócili na tory wyznaczone przez wydaną w 2014 r. „I’m In Your Mind Fuzz” – płytę pokrewną, utrzymaną w wartkich tempach, częściowo również z przenikającymi się utworami – tylko, że tym razem jest jeszcze lepiej. „Nonagon …” jest bardziej spójna, dopracowana pod względem pomysłów, pełniejsza, by nie powiedzieć „domknięta”.

kinggizzard_peoplevulturesNajfajniejsze jest to, że przy tym krążku nie można się nudzić. Mimo zamierzonej jednolitości materiału, każdy z kawałków ma swój charakterystyczny motyw przewodni. Zresztą, z uwagi na luźną strukturę całości, motywy te się przeplatają, wędrują między utworami, zanikają w jednym miejscu, by pojawić się znienacka w innym, kiedy jest na to odpowiedni moment. Muzycy żonglują sobie swobodnie fragmentami swojego dzieła i widać, że robią to na totalnym luzie, bez zbędnego napinania artystowskich muskułów. Ewidentnie chłopaki mają z grania frajdę, co przekłada się na lekkość i komunikatywność tej gigantycznej kompozycji.

Podoba mi się, to żywiołowe i zarazem eklektyczne podejście do psychodelii. W motoryce z radością wychwytuję echa Hawkwind, co zawsze pozytywnie rzutuje na ocenę końcową, zaś w efektach dźwiękowych, mających roztaczać wizję przestrzeni kosmicznej jest coś z „Galaktycznego Supermarketu” The Cosmic Jokers. Trafiają się też soulowe i psych-popowe patenty, których pochodzenie ciężko jednoznacznie wskazać. Cieszy ponadto vintage’owa fantastyka w pisanych z przymrużeniem oka tekstach, kojarząca się z Hammer Films, albo magazynami typu Eerie lub Creepy.

Już przy pierwszym odsłuchu staje się jasne, że nie mamy do czynienia z miernotami, które ukradły kilka riffów z repertuaru Grateful Dead i jeszcze kilka od Black Sabbath, żeby podpiąć się pod trend na granie sprzed 40 lat. Ci goście z łatwością poruszają się po różnych rejonach muzyki psychodelicznej z tamtej epoki i jeszcze potrafią sprawić, że w ich dźwiękach pobrzmiewa coś nowoczesnego i – przede wszystkim – WŁASNEGO. Zupełnie jakby byli znawcami tematu, którzy na półkach mają nie tylko klasykę hippisowskiej muzy, ale i wygrzebane z najgłębszego podziemia rarytasy (być może tak właśnie jest). Polecam ten album każdemu, kto wciąż uważa, że przeznaczeniem retro-rocka jest zjadanie własnego ogona oraz wszystkim, którzy z bliżej nieokreślonych powodów chcą się poczuć, jak chomiki umieszczone w kołowrotku.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany