Z Evilem rozmawia Michał Kraszewski

Ostatnia dekada ubiegłego wieku. Niezbyt ładne polskie miasto, które kiedyś słynęło z produkcji pistoletów Vis i Nagant. Młody człowiek czytający „Władcę Pierścieni” (wtedy jeszcze nie było ekranizacji Petera Jacksona) postanawia, że tak będzie się nazywała kapela, w której będzie realizował swoje aspiracje muzyczne. Czy to mogło tak właśnie wyglądać? Nie byłeś założycielem Sauron, ale czy tak może wyglądać „mit założycielski”?

Scenariusz, który opisałeś brzmi niczym żywcem wzięty z odcinka ‘Zaczarowanego Ołówka’ ;). W dużym uproszczeniu tak to mogło pewnie wyglądać. Historia powstania Sauron nie odbiega pewnie od tysiąca podobnych przypadków. Gdzieś na pograniczu szkół podstawowej i średniej, kiedy to młody umysł zaczyna nabierać więcej samoświadomości, zaczyna się poszukiwanie własnej tożsamości, która pomoże obrać drogę i narzędzia podboju świata. I wybór ten moim zdaniem zależy głównie od podwórka i starszych kolegów (no chyba, że jest się T.G. Warriorem). Tak to było w moim przypadku – kiedy to jako 13-to latek zacząłem się uparcie pętać za grupą o trzy lata starszych ‘metali’, którzy spotykali się u jednego z nich, mieszkającego kilka bloków obok. Tak to też było w przypadku P.W., który mieszkał w okolicy (nie)sławetnej piwnicy, w której zbierali się lokalni ‘sataniści’ w celu eksperymentowania z różnego rodzaju używkami (mam tu na myśli głównie alkohol), a nawet odprawiania mrocznych ‘rytuałów’ – co przyciągnęło nawet chwilową uwagę lokalnych mediów (chyba głównie za sprawą wymazanych na ścianach szóstek, pentagramów i odwróconych krzyży). Obaj mieliśmy na tyle dużo determinacji, żeby nie dać się zniechęcić początkowym kopniakom odrzucenia i z czasem zyskać akceptację. Chociaż ksywkę musiałem sobie wymyślić sam, bo kiedy poprosiłem o to tychże starszych kolegów – zostałem ochrzczony mianem ‘Kajtka’, co nie do końca mi odpowiadało ;). Wśród metalowców chyba częściej niż w innych subkulturach słuchaniu muzyki bardzo często towarzyszy chęć robienia hałasu na własną rękę. Pierwszym zespołem P.W. był Maleus Maleficarum, ale są to czasy tak zamierzchłe, iż jakiekolwiek szczegóły z tego okresu obróciły się dawno w pył zapomnienia 😉 Co istotne – po rozpadzie tegoż bandu powstał nasz, radomski Sauron. Czemu akurat ten ‘bohater’ chyba nie muszę tłumaczyć – ciężko o większe ucieleśnienie zła w literaturze młodzieżowej 😉

Nie byliście nigdy kapelą specjalnie aktywną. Nie huczały o Was podziemne media, a teraz pojawiacie się na łamach „Metal Hammer”. Co się takiego wydarzyło przy okazji wydania „Wara!”?

Można w pewnym stopniu uznać, że byliśmy dość aktywni w połowie lat 90-tych, ale tylko lokalnie. Na dalsze wyjazdy brakowało nam kasy. Podobnie było z utrzymywaniem korespondencji. Dziś może to zabrzmieć śmiesznie, ale wtedy kupienie głupiego znaczka było dość istotną pozycją w budżecie. Brakowało nam też pewnie kogoś w rodzaju mentora – osoby, która wprowadziłaby nas w ‘podziemie’ i pokazała na czym to polega. Tak to z resztą wyglądało dla znamienitej większości zespołów działających wówczas na radomskiej scenie (a było ich niemało). Kisiliśmy się w naszym małym światku, który był na tyle pełen wrażeń, że nie potrzebowaliśmy ich szukać na zewnątrz. Dziś świat się zdecydowanie skurczył. Nie ruszając się z domu możesz śledzić/ być częścią/ kontrolować praktycznie którąkolwiek scenę na świecie. Z perspektywy zespołów to na pewno duże ułatwienie – praktycznie cały ekosystem dostępny jest w zasięgu klika. Problemem jest dziś jak przekrzyczeć tłum, bo metalowcom nadal nie wystarcza samo słuchanie – przez co działających w ten czy inny sposób kapel jest mnóstwo. Nastąpił również niesamowity postęp technologiczny. Więcej rzeczy jest osiągalnych dla muzyków, producentów, wydawców, publicystów, itd. 20 lat temu, mając demo nagrane na próbie nie było nawet szans na to, żeby zaistnieć w piśmie, które jest profesjonalnie złożone, zredagowane, wydrukowane i to nawet w kolorze! Dziś MH ma dość szeroką konkurencję, którą stanowią również bardziej poczytne blogi i serwisy czysto elektroniczne. Z drugiej strony materiały nagrywane przez zespoły spoza ścisłej, pierwszej ligi jakością i kunsztem niczym nie odbiegają i ta – kiedyś tak bardzo wyraźna granica – ulega coraz większemu rozmyciu. Ostatnią istotną różnicą jest to, że jesteśmy starsi i do pewnych tematów podchodzimy trochę poważniej i bardziej świadomie. Przy tworzeniu “Wary!” (ależ to się odmienia… 😉 ) starałem się być na każdym kroku tak profesjonalny, jak to tylko było w moim zasięgu (i na co pozwalał zdrowy rozsądek, choć tu czuję że niejednokrotnie nagiąłem tę granicę 😉 ).

Czemu tylko minialbum? Znaleźliście wiarygodnego wydawcę więc powstaje pytanie, czy nie warto byłoby nagrać dłuższy materiał i bardziej zasadniczo zaznaczyć swoją obecność? Sygnalizujecie, że jesteście, działacie i… badacie grunt? Może trzeba było udowodnić coś sobie i innym?

Wydawcę znaleźliśmy mając już gotowy pakiet „pod klucz” – łącznie z layoutami wszystkich nośników do druku, także wystarczyło jedynie przekazać materiały do tłoczni i drukarni 😉
W momencie rozpoczęcia prac nad “Warą” miałem dużo więcej nowego materiału, ale bałem się ’poświęcić’ go nie wiedząc co nam się uda w obecnej konfiguracji wyprodukować. Czułem się bezpieczniej ryzykując dwa nowe utwory w tym rozpoznaniu walką, gdzie praktycznie od podstaw musieliśmy sobie wydeptać nowe ścieżki współpracy. Z perspektywy czasu uważam, że to był dobry wybór, bo materiał nie ma czasu znudzić słuchacza 😉 A z tym udowadnianiem to raczej tak nie działa, bo nawet najwięksi nigdy nie mogą być do końca pewni w jaki sposób ich nowe produkcje zostaną przyjęte. Oczywiście wierzyłem w siłę tych kawałków, ale takie nastawienie towarzyszyło mi zawsze przy okazji prac nad kolejnymi materiałami 😉

Wokale na „Wara!” są czytelne, zrozumiałe, ale nieekspresyjne… „Powrót a Czarcie Bagna” to niemalże „folk leżący obok black metalu”. Z drugiej strony nie idziecie na taką prostotę przekazu, na jaką postawił Fenriz, który – o ile wiem, jest dla Ciebie postacią wyjątkową…

Nie przychodzi mi łatwo wcielanie w praktyce tych idei, które uważam za właściwe. Szanuje ewangelizację Fenriza (chociaż prostota jego przekazu może być dość złudna ;)). Przede wszystkim jednak coraz mocniej rośnie moja fascynacja surowym brzmieniem. Uważam, że muzyka powinna być jak dieta – im mniej przetworzona, tym lepiej. Uwielbiam brzmienie ostatnich materiałów Darkthrone. Uwielbiam brzmienie Kvelertak. Na naszym poletku Furia dostarcza mi wielu chwil uniesień. Do tego na moich playlistach dochodzi cała masa świetnych nagrań z lat 60-tych i 70-tych i praktycznie wszystko to, co nagrywane jest na tzw ‘setkę’. Ostatnio kilka razy trafiłem w jednej z mutacji Mtv koncert Alicii Keys z katedry w Manchesterze. Uważam, że jest fenomenalny – brzmienie i lekkość z jaką odegrane są te kawałki to mistrzostwo świata. Ładuje się regularnie tego rodzaju inspiracjami, żeby potem nieubłaganie zderzyć się z rzeczywistością, w której nie dość, że nie dane jest mi obecnie ani tworzyć, ani nagrywać razem z pozostałymi członkami zespołu, to dodatkowo efekt końcowy zależy od sprzętu i umiejętności producenta. Ale w żadnym wypadku nie narzekam. Staram się wyciągać jak najwięcej z dostępnych środków i cały czas próbuję tak zorganizować sobie środowisko pracy, żeby móc jak najbardziej zbliżyć się do sytuacji idealnej 😉

O ile Wasz własny materiał na „Wara!” jest dość wolny, o tyle cover Bathory „Enter the Eternal Fire” zagraliście szybciej niż miało to miejsce w oryginale… Wokale nie były też tak histeryczne jak u Qurthona.

Różnica w tempie ‘Enter the Eternal Fire’ nie jest aż tak znaczna. Takie wrażenie można mieć dzięki trochę agresywniejszym garom Rzeczego. Ale główną przyczyną jest to o czym po części powiedziałem odpowiadając na pytanie powyżej 😉 Oryginał jest zagrany cholernie nierówno. Próbowałem wykorzystać oryginalne ścieżki jako punkt odniesienia dla naszego coveru, ale nagrywając instrumenty sekwencyjnie – po prostu się nie da 😉 Jest to właśnie efekt nagrywania ‘na setkę’, bez żadnych klików, itp. Dzięki temu nagranie ma doskonałą dynamikę i jest po prostu żywe. Nagrywając ‘pod linijkę’ wykonuje się pierwszy krok ku syntetyzacji, co w połączeniu z triggerami i odpowiednią produkcją może przynieść rezultat w postaci plastiku rodem z Fear Factory. Nie mówię, że to źle – po prostu do mnie przemawiają bardziej surowe/ akustyczne produkcje. Wokale P.W. w coverze są dość spójne z pozostałymi numerami. Taką ma widać obecnie manierę… 😉

Okładka „Wara!” to bardzo czytelna parafraza plakatów, które 31.08.1939 wzywały do walki z napaścią niemiecką. Przed czym ostrzegacie w ostatniej chwili? Nie doszły do Was sygnały środowisk obrażonych wykorzystaniem tego typu historycznej estetyki?

W przypadku tej akurat okładki odzew był głównie pozytywny – pojawiło się nawet kilka zapytań o wykorzystanie tej grafiki przy promocji wydarzeń niezwiązanych bezpośrednio z Sauron. Sama grafika uważam doskonale oddaje charakter płyty. Teksty P.W. niezależnie od czasu, w którym powstawały mają zazwyczaj dość zaczepny, awanturniczy wydźwięk. Ta okładka świetnie to ilustruje. Jeżeli chodzi o sam przekaz i tytułu i grafiki, to dla mnie jest to staropolski środkowy palec wyciągnięty w kierunku tych wszystkich obaw i przeciwności, z którymi borykałem się (i nadal borykam) zajmując się zespołem.

Jak funkcjonujecie „przez Bałtyk”? Co by się wydarzyło, gdyby okazało się, że trzeba zagrać koncert? Abstrahując od możliwości – jak on miałby wyglądać w wykonaniu trzech „już-nie-podlotków”? I tak elementarnie – jak jest z próbami?

Myśl o zagraniu koncertu(ów) coraz częściej powraca – głównie za sprawą dość ciekawych propozycji, które co jakiś czas otrzymujemy. Technicznie nasz repertuar stanowią stosunkowo proste kompozycje, także pierwsze próby powrotu scenicznego miałyby szansę wypaść dość druzgocąco. Tak, to właśnie chciałem napisać 🙂 Koncert Sauron w wykonaniu trzech stetryczałych PIERDZIELI byłby zapewne materiałem do wielu opowieści. Rzeczy jako jedyny aktywnie działał jako perkusista, także on wypadłby zdecydowanie najprofesjonalniej. P.W. by się zapewne schlał do granic utraty świadomości, a mnie zjadłyby nerwy i trema. Ale i tak bym zaryzykował! Funkcjonowanie przez Bałtyk jest zdecydowanie wyzwaniem. Obecnie nasza współpraca wygląda w ten sposób, że ja zaczynam od przygotowania szkieletu utworu – łącznie ze zrębami perkusji, Rzeczy to sobie ogrywa i rejestruje właściwe ścieżki perkusji w Radomiu. Piłeczka wraca do mnie, dokładam właściwe ścieżki gitar i wtedy P.W. dorzuca wokale. W międzyczasie ja kombinuje z wszelkiej maści przeszkadzajkami, klawiszami w tle, solówkami, itp. Przed koncertem musielibyśmy pewnie zrobić z jedną, czy dwie próby, resztę powierzając lasce Bogów 🙂 Kto wie – jak to mówią: chcieć, to móc!

Partie perkusyjne na „Wara!” zagrał znany mi (i mojej wątrobie) Rzeczy. Skoro dał sobie radę, to domyślam się, że poradził sobie z konsekwencjami wypadku motocyklowego?

Szczerze mówiąc dość mało wiem o losach Rzeczego w okolicach tego nieszczęsnego wypadku, bo miał on miejsce w czasie, kiedy mnie już dawno w Radomiu nie było. Nasze drogi rozeszły się w momencie, kiedy odszedł z Sauron (poświęcając się w 100% Ahret Dev) i właściwie w ubiegłym roku, przy okazji koncertu Samael w Progresji spotkałem się z nim po raz pierwszy od jakichś 18 lat… Ale sądząc po jego aktywności scenicznej w ostatnich latach, jak również po fakcie iż dwa lata temu został ponownie tatą – można faktycznie wywnioskować, że z konsekwencjami tego wypadku poradził sobie bardzo dobrze 🙂

A nie kusi go do trochę innych rytmów, które dominowały w Ahret Dev?

Zdecydowanie tak 🙂 Na początku pracy nad nowym materiałem podchodził dość sceptycznie do pomysłu ponownego udziału w Sauron. Surowe wersje kawałków, które zaprezentowałem chłopakom nie zdradzały najwyraźniej potencjału, a sam Rzeczy jest zwolennikiem bardziej energetycznego grania. Do tego w trakcie realizacji z coraz większym niepokojem przyjmowali moją tendencję do surowego brzmienia – bez triggerów na garach, z rockendrolowym crunchem na gitarach, itp. Dopiero po tym, jak Haldor tchnął duszę w te ścieżki udało mi się ich obu ostatecznie przekonać, że w przypadku takiego grania to jedyna, słuszna droga. Wszyscy na równi pokochaliśmy ten materiał i wiem, że obecnie reszta zespołu nie ustępuje mi entuzjazmem do dalszego grania.

Spróbujmy tak subiektywnie – czym dla Ciebie jest „Wara!”?

Każdy materiał, w który byłem zaangażowany to dla mnie przede wszystkim ogromna satysfakcja. Jako pasjonat muzyki charakteryzuje się dość wybiórczym gustem, który zmusza mnie do ciągłego poszukiwania nagrań niosących ten rodzaj przekazu emocjonalnego, który uderza właśnie w moje struny. Subiektywnie (bo inaczej się nie da) – każdy materiał Sauron jest takim nagraniem. Każdy z utworów to moje dziecko, które kocham bezgraniczną, ojcowską miłością czyniącą mnie ślepym na wszelkie możliwe niedociągnięcia. Chociaż oczywiście jestem tych niedociągnięć świadom i umiem ocenić potencjalną reakcję świata na moje dokonania. “Wara!” to moje własne “Reign in Blood”. Udało mi się w trakcie tworzenia tego materiału podjąć w większości słuszne decyzje i nieskromnie uważam, że mamy się czym pochwalić, przez co poczucie satysfakcji jest u mnie pełniejsze 🙂

Jesteś dość aktywny na FB. Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o licznych „felietonach dnia codziennego” i „autokreacjach”. Polubiłeś media społecznościowe, prawda?

Nie stanowi to już dla mnie od dłuższego czasu tajemnicy, że stałem się facebookowym junkie. Wyjmuję telefon z kieszeni co 20 minut sprawdzając statusy, lajki i mesedże.. Próbuję z tym walczyć, ale na razie nieskutecznie – zawsze mam milion wymówek… Ale dojrzewam coraz poważniej do podjęcia bardziej drastycznych kroków. Może nie od razu kompletnego odcięcia się od internetów, ale wiem że muszę przynajmniej przemyśleć strategię korzystania z mediów społecznościowych 🙂
Z natury jestem jednym z wielu osobników, którym dość ciężko przychodzi nawiązywanie żywych relacji i drugim człowiekiem, ale z drugiej strony strasznie tychże relacji potrzebują. Sukces facebooka opiera się na takich właśnie charakterach – jakże to wygodnie być częścią niezliczonej ilości wirtualnych społeczności, nie ruszając się dalej niż na 5 metrów od lodówki… Jest to oczywiście bardzo złudne i może doprowadzić do fatalnych skutków, ale ma też bardzo dużo zalet. W ten właśnie sposób ‘nauczyłem’ się całkiem pokaźnej odrobiny obecnej sceny, tak dotarłem do grafików, producentów, wydawców, itp. Także w kontekście prowadzenia zespołu, czy wytwórni jest to zdecydowanie narzędzie pracy. A felietony i autokreacje to u mnie czerpanie frajdy z dystansu do siebie samego. W pewien sposób mnie to wyzwala i pomaga zaakceptować to kim jestem. Ot – taka fejsbukowa terapia… 🙂

Mam też wrażenie, że kokietujesz pewnego wydawcę z niewielkiej miejscowości na Podlasiu…

Mam do Krzyśka duży szacunek za jego zaangażowanie w budowanie sceny na określonym poziomie. Podoba mi się, że do każdego swojego wydawnictwa podchodzi bardzo starannie i każde stara się w jakiś sposób wyróżnić. Płyty ARA przyjemnie trzyma się w ręku. Zupełnie nie śledzę jego dyskusji politycznych (w które daje się wciągnąć, lub sam prowokuje dość często), bo to jest akurat dziedzina coraz bardziej mi obca. Lubię natomiast jego luźny stosunek do własnej osoby i w dużej części to on właśnie był inspiracją do moich, okazyjnych ‘kreacji’ 🙂

Było o „Władcy Pierścieni”, ale mam wrażenie, że Ty lepiej odnajdujesz się w kosmologii „Gwiezdnych Wojen”. Mam rację?

Jednak nie. Z tym, że bardziej od zawiłej fabuły Władcy Pierścieni wolę prostolinijność i siermiężność Howardowskiego Conana. Przy tego typu przygodach nadal dostaję największych rumieńców. Zaczęło się gdzieś pewnie w okolicach Kajka i Kokosza, by wciągnąć mnie po uszy w momencie, kiedy zobaczyłem okładkę ”Zdradzonej Czarodziejki”. To, że przekonałem żonę, żeby rzucić całkiem porządne fuchy w Polsce, sprzedać mieszkanie, samochód, łódkę na Mazurach i wyruszyć na emigrację właśnie do Norwegii też nie było przypadkowe. Mimo, iż moja noga stanęła na tej ziemi po raz pierwszy w 2009 roku, od zawsze czułem że dopóki mnie tu nie ma – równowaga wszechświata jest mocno zachwiana… 😉 Słowem – zdecydowanie bliżej mi do ‘Heroic Fantasy’ i to spod znaku ‘pulp fiction’ niż do Gwiezdnych Wojen, które oczywiście również mają swój ciepły i wygodny zakątek w moim sercu.

Nie tak dawno zdziwiłem się na wieść, iż jesteś informatykiem. Może myślę stereotypowo, ale zdecydowanie bardziej postrzegam Cię jako humanistę (chodzi o sposób postrzegania świata, a nie wykształcenie)…

Im więcej się o sobie uczę, tym bardziej się przekonuję że jestem pełen takich dualizmów. Mam jednak wrażenie, że przez długi czas starałem się blokować właśnie część humanistyczną i za wszelką cenę starałem się funkcjonować jako umysł ścisły. Ostatnimi czasy staram się jednak zrehabilitować i szczerzej ufać swoim naturalnym odruchom i instynktowi, co nie jest takie proste. Na pewno pomaga mi w tym mieszkanie w Norwegii, bo chociaż tu również pokutuje Janteloven, to jednak jako jednostka ma się więcej swobody w samorealizacji zgodnie z własnym pomysłem na siebie. Zmieniłem się też szalenie od momentu, w którym w moim życiu pojawiły się moje córki. To też w dużym stopniu mnie wyzwoliło, bo będąc w takim stopniu odpowiedzialnym za kogoś innego nie ma miejsca na sztuczne ograniczenia.

Zdarzało nam się wymieniać poglądy o Grzędowiczu, Pilipiuku, Ziemiańskim…Co powiesz na to (Ziemiański – 5. tom „Pomnika Cesarzowej Achai”)?

Moim zdaniem ten fragment jest bardzo łagodny. Powiedziałbym nawet, że wręcz naiwny 😉 Ostatnimi laty moja wiara w ludzkość mocno podupadła. Przełomowe było obejrzenie dokumentów ‘Zeitgeist: the Movie’ i ‘Five Steps to Tyranny’. Oba filmy uświadomiły mi jak krucha i właściwie umowna jest ludzka moralność. Gwoździem do trumny była informacja o tym, że łączny majątek biedniejszej połowy ludzkości zamieszkującej planetę Ziemia (czyli 3,6 mld najbiedniejszych ludzi) jest taki sam jak 62 najbogatszych ludzi (zamieszkujących tę samą planetę). Sześćdziesiąt dwie osoby! Jeszcze 5 lat temu było to blisko 400 osób. Dziś są to dwie klasy przeciętnej, radomskiej podstawówki wczesnych lat 90-tych. W takim gronie nic nie stoi na przeszkodzie, aby wszyscy doskonale się znali. Nie jestem sobie nawet w stanie wyobrazić w jaki sposób zarządzają swoimi majątkami i jak skonstruowane są ich biznesy, ale w takiej skali na pewną są w stanie bez większego wysiłku żonglować państwami. Tak wielkich dysproporcji nie było nawet za czasów Faraonów. Mamy tendencję do wspominania z uśmieszkiem politowania faktu spalenia Rzymu przez Nerona. Wydaje nam się nieprawdopodobne, żeby podobny ‘idiota’ był dziś w posiadaniu takiej władzy. Uważam, że jako ludzkość nie zrobiliśmy nawet pół kroku naprzód od tamtego czasu. Wystarczy spojrzeć jakie potęgi wyrosły i wyrastają obecnie w Polsce. Co dzieje się w reszcie świata. Jak media wysysają z nas resztki zdrowego rozsądku zamieniając nas w zombiaków. Tu nie jestem ekspertem, ale pojawia się coraz więcej głosów mówiących o tym, że obecne gospodarki światowe – zarówno te kapitalistyczne jak i socjalistyczne, znajdują się na skraju załamania. Coraz mocniej obawiam się, że prowokowany jest nieuchronny konflikt na ogromną skalę, którego celem będzie zresetowanie sytuacji geopolitycznej, która obecnie goni w piętkę. Jako ojca dwójki małych dzieci ogromnie mnie to przeraża.

Od kilku lat mieszkasz w Norwegii, do której trafiłeś nieprzypadkowo. Zostaniesz tam czy na emeryturze staniesz się… a choćby demonicznym inwestorem jakiejś radomskiej firmy (np. z „branży skórzanej”)?

Jeżeli asymilacja przebiegnie prawidłowo, na emeryturze będę wygrzewał kości w słońcu Hiszpanii 🙂 Dobrze mi się tu żyje i nie myślę na razie o ruszaniu się gdziekolwiek. Tu urodziły się moje dzieci, tu związany jestem kredytem hipotecznym na kolejnych 15 lat. Oczywiście – są również mniej kolorowe strony życia na emigracji – rozłąka z rodziną, znajomymi, konieczność nauki języka, lokalnych zwyczajów, itp. Wiem też, że do końca pozostanę ‘przyjezdnym’. Ale w moim przypadku liczba plusów zdecydowanie przyćmiewa liczbę minusów. Świat się kurczy – do Polski nie jest tak daleko, a z tanimi liniami lotniczymi kupienie biletu w cenie kilkunastu złotych to nic wyjątkowego. Do tego – wspomniane media społecznościowe w jakimś stopniu rekompensują rozłąkę. Pomaga też zapewne fakt, że Polacy stanowią tu największą mniejszość narodową, także mamy z kim porozmawiać na żywo w ojczystym języku 🙂 .

Pod pozorem koncertu Mayhem przyjechałeś na święta do Polski… Chodziło o pierogi? A jak smakują Ci specjały kuchni norweskiej?

To była dla mnie już druga taka podróż i mam nadzieję, że stanie się to tradycją 🙂 W ubiegłym roku wyrwałem się do Warszawy na weekend przy okazji koncertu Samael (odgrywającego całe ‘Ceremony…’), w tym roku było to Mayhem odgrywające całe ‘De Mysteriis ’ – gorąco liczę na Emperora z całym ‘Anthems…’ w Progresji pod koniec roku 2017 🙂 To dla mnie bardzo intensywne, ale i bardzo owocne wyjazdy. Jak wspomniałem – odwiedzałem Polskę tylko na weekend. W planach mam zazwyczaj odwiedzenie studia tatuażu w sobotni poranek (w tym roku musiałem niestety odwołać sesję), następnie koniecznie musi mieć miejsce sesja zdjęciowa (bo to praktycznie jedyna okazja, żeby w jednym miejscu zastać cały Sauron), potem szybciutko na koncert. Tam mam do obgadania całą rzeszę ludzi, przyjaciół, znajomych starych i nowych, działaczy/ ludzi podziemia, itd. Jest chwila na odsłuchanie gwiazdy wieczoru (wreszcie mogę napić się piwa) i tak mija dzień pierwszy. W niedzielę – obowiązkowa wizyta w EMPiKU, w celu odświeżenia biblioteki (dla mnie i żony) i filmoteki (dla dzieciaków) pozycjami w języku polskim, a wieczorem wizyta u Jerrego w Rzeźni. Po audycji ląduję w hotelu około godziny 3 nad ranem, co daje mi jakieś 4 – 5 godzin snu przed samolotem powrotnym. Tak to mniej więcej wyglądało ostatnie dwa razy i mam wielką nadzieję nie raz jeszcze powtórzyć ten scenariusz.

Jak media ludzie w Norwegii oceniają to, co się dzieje w sprawie Andersa Brejvika? W Polsce media mówią o tym, jako o kuriozum.

Oczywiście jest to bardzo złożony temat i moja interpretacja ma duże szanse mijać się dość mocno z rzeczywistością… Przede wszystkim Norwegowie chcą uchodzić za bardzo otwartych i liberalnych ludzi, ponad wszystko ceniących sobie wolność jednostki i równouprawnienie posunięte wręcz do granic absurdu. Breivik (wraz z tym co się wokół niego dzieje) reprezentuje dla mnie odbicie współczesnej Norwegii w bardzo krzywym zwierciadle. Zbrodnia, której się dopuścił, jej przebieg, kompletny brak jakiejkolwiek skruchy i jego dalsze zachowanie – dla mnie jest to kilkukrotna dyskwalifikacja. Tu natomiast próbuje się zadusić wściekłość i rozpacz manifestacjami pełnymi kwiatów róż i pieśni o przebaczeniu. Co więcej – Breivikowi w najmniejszym stopniu nie odmawia się przysługujących mu praw, co też skrupulatnie wykorzystuje nakręcając widowisko. Mam wrażenie, że Norwegowie czują się zażenowani rozmawiając o tym. Sama zbrodnia i towarzysząca jej tragedia tysięcy osób w kraju zdaje się być jednak spychana na korzyść dyskusji o tym, że przecież on też jest człowiekiem, obywatelem, został sprawiedliwie osądzony i nie robi obecnie nic nielegalnego. Oczywiście, że jest to kuriozum, ale tu dochodzi kwestia towarzyszącej jej niewygodnej żenady. No cóż – na całej sytuacji zyskał (stracił?) Vikernes oddając tytuł Wroga Publicznego Nr 1.
Jeszcze mała ciekawostka – w momencie zamachu pracowałem w biurowcu na przeciwko kwartału budynków rządowych, które Breivik poczęstował bombą własnej roboty. Tego dnia (to był z tego co pamiętam piątek) mieliśmy akurat gości z Polski i z tego powodu urwałem się z pracy około godziny 14-tej. Jakąś godzinę później, podczas poobiedniej kawki w położonym 2,5 kilometra dalej domu usłyszeliśmy i poczuliśmy tąpnięcie, które – poza głównymi zniszczeniami – pozbawiło szyb budynki w promieniu kilometra od epicentrum wybuchu. Włączając to biurowiec, w którym pracowałem… Tak to więc los zaoszczędził mi emocji związanych z byciem 150 metrów od miejsca zamachu bombowego.

Mimo wysokich opłat za przesyłki norweskiej poczty, mam wrażenie, że dbasz o starych znajomych…

Pieniądze to rzecz nabyta – przychodzą i odchodzą. Dobre znajomości są bezcenne. Ich wartość wzrasta proporcjonalnie do dystansu, jaki je dzieli. Na ile mogę staram się funkcjonować tak, jakby jednak tego dystansu nie było. Podzielenie się rzeczami, które mi sprawiają radość i z których jestem dumny – z osobami, które lubię i szanuję daje mi satysfakcję i korzyści zdecydowanie niewymierne w pieniądzu.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany