Wyobraźmy sobie taką sytuację. Robimy w klasie konkurs plastyczny; każdy ma za zadanie wykonać dowolną techniką pracę, bądź zestaw prac, o dowolnej tematyce. Konsekwencją ewentualnej odmowy udziału w konkursie jest oczywiście jedynka wpisana do dziennika, więc wszyscy biorą się mniej lub bardziej ochoczo do roboty.

Po pewnym czasie nauczyciel ogląda prace. Ich poziom jest oczywiście różny, podobnie jak tematyka. Jedni malują pejzaże, inni portrety, jeszcze inni odwołują się do surrealizmu albo abstrakcji; malują farbami olejnymi, akrylowymi, kredkami, pastelami, ołówkami. Niektóre prace są bardzo dobre i zwiastują wrodzony talent. Inne rażą przeciętnością i brakiem warsztatu, słabą kreską, której nie da się zamaskować najciekawszymi pomysłami, których zresztą też nie ma.

Prace najlepsze błyszczą i wiszą na korytarzu w gablocie obok gazetki szkolnej, a pozostałymi nikt się nie interesuje. Czasem jednak ktoś zapragnie zobaczyć wszystkie prace jakie brały udział w konkursie i pośród kiepskich dzieł leżących w pudle na zapleczu sali, które nie dostały się do gablotek na korytarzu można natknąć się na coś interesującego.

13417_photoNa samym dnie pudła leża prace jakiegoś chłopca, dość normalnego i nie rzucającego się w oczy, który z uporem maniaka rysował zimowe pejzaże. Technicznie dość proste, ale całkiem nieźle skomponowane i wymyślone. Nic genialnego, ale też nie jest to typowa mazanina pozbawionych talentów dzieciaków. Problem w tym, że jego prace to fotografie. Chłopak rysuje swoje pejzaże, a następnie robi im zdjęcia i te zdjęcia dopiero drukuje i przedstawia jako produkt końcowy. Zdjęcia są przeraźliwie słabej jakości, jak wykonane sokowirówką. Jakby Nokia 3310 miała aparat fotograficzny, to by robiła lepszej jakości obrazy. Jest to więc tragicznie wręcz kiepskie, chociaż – każda uczciwa osoba to przyzna – jest w tych pracach tak zwane „coś”. Trudno powiedzieć co. Po prostu coś. Mają w sobie sens. Jakby zła jakość im nie szkodziła, chociaż nie wiadomo dlaczego. Po dłuższym namyśle trzeba przyznać, że umieszczenie tych prac w pudle z koślawymi rysunkami Seby i Matiego z drugiej A, którzy nie potrafiliby bez linijki narysować prostej linii, jest chyba niewłaściwe.

Tak mniej więcej może wyglądać pierwszy kontakt z muzyką Paysage d’Hiver. Powierzchowny rzut uchem pozwala wydać prostą konkluzję: oto kolejny, z założenia ekstremalny i w praktyce rzeczywiście ekstremalnie gówniany wyziew, nagrywany w piwnicy tanim magnetofonem stojącym na półce między słoikami z ogórkami kiszonymi, trzęsącymi się od odgłosów gitary zarzynanej przez jakiegoś pryszczatego fana trzecioligowego black metalu z Niemiec. Szkoda czasu.

I to jest błąd.

W pierwszym wrażeniu uderza przede wszystkim jakość dźwięku. To jest naprawdę brutalne lo-fi, które nie bierze jeńców. Każdy audiofil dostanie raka uszu od pierwszych taktów. To nie brzmi nawet jakby ktoś nagrywał muzykę magnetofonem. To brzmi jak nagrywane na magnetofon przez ścianę, jakby ktoś zakradł się do piwnicy gdzie jakaś blackmetalowa kapela ma próbę, postawił magnetofon pod zamkniętymi drzwiami i zaczął nagrywać. Takiej muzyki powinno się słuchać na drogim sprzęcie, wtedy słychać jak bardzo, bardzo, bardzo zły jest ten dźwięk.

29641Jest w tym jednak jakaś metoda, bo Paysage d’Hiver to nie jest kolejne piwniczne bzyczenie, chociaż ewidentnie tak właśnie brzmi i faktycznie ma z nim wiele wspólnego. Jest to, w pełni zamierzenie, muzyka z głębokiego podziemia. Projekt, prowadzony przez szwajcarskiego muzyka Tobiasa Mockla aka Wintherr (albo Wroth – tak podpisuje swój udział w nieco bardziej znanej formacji DARKSPACE), wydaje swoją muzykę głownie na kasetach, a sporadycznie także na winylach i cd; bez względu na nośnik, nakłady są zawsze limitowane i bardzo niskie. Teoretycznie utrudnia to zdobycie fizycznego egzemplarza, ale mam też wrażenie, że nakład 300 sztuk dla demówki Paysage d’Hiver to całkiem wystarczająca ilość – na całym świecie jest pewnie mniej więcej tyle właśnie osób zainteresowanych tym projektem na tyle, by kupować jego wydawnictwa. A projekt jest, powiedzmy to wprost, dość dziwny.

Dziwny? No dziwny. Paysage d’Hiver istnieje od 1997 roku, czyli już prawie dwadzieścia lat. Nie wydał w tym czasie żadnej płyty, a wyłącznie demówki, których długość czasami przekracza godzinę). Są jeszcze dwa splity. Jest to wszystko bardzo słabo dostępne, jeszcze gorzej nagrane, do tego bez koncertów i właściwie bez promocji, nawet w Internecie – bo posiadanie konta na Myspace trudno nazwać profesjonalnym marketingiem.

Wrażenie, że są to elementy celowego działania umacnia się, gdy posłuchamy muzyki. Po przebiciu się przez potwornie zasyfione brzmienie usłyszymy… zaskakująco fajne granie. Może „fajne” to nie jest tu dobre słowo. Wintherr przyznawał, że jego muzyka powstała z fascynacji BURZUM, w szczególności „Hvis Lysett Tar Oss” i „Filosofem”, i to doskonale słychać. Długie, trwające często po dwadzieścia i więcej minut kompozycje, monotonne, hipnotyzujące riffy, skrzeczące, wrzaskliwe wokale, które trudno odróżnić od samplowanych odgłosów wiatru, i rozpędzona perkusja jak pralka, która podczas wirowania tłucze w ścianę łazienki… skądś to już znany. Z tym, że w dekonstrukcji brzmienia Wintherr idzie dużo dalej niż Varg Vikernes; Szwajcar rozkłada dźwięk całkowicie, a brzmienie staje się dodatkowym instrumentem.

Black metal w jego wydaniu staje się właściwie ambientem i wydaje się, że tylko w tej kategorii trzeba go rozpatrywać; riffy rozmazują się w brzmieniowej zawierusze, perkusja sprowadzona właściwie do monotonnego blastu łupie sobie jednostajnie w tle, a najwięcej melodii tworzą tanie klawisze, o ile akurat są używane, bo Wintherr używa ich dość swobodnie. Czasem są, czasem ich nie ma, a czasem gra tylko na nich. I czysto klawiszowe, ambientowe płyty projektu wypadają zdecydowanie najsłabiej, chociaż wciąż zawierają specyfczny dla projektu klimat, podobnie jak wczesne ambienty BURZUM.

Jeśli ktoś słucha piwnicznego black metalu albo się chociaż orientuje z grubsza w tych rejonach, to zapewne pomyśli, że fajnie, ale to nic szczególnego. Podobnych projektów – atmosferycznych, wpadających w ambient black metali, na ogół w mocno mistycznej otoczce – jest sporo, a każdy kolejny jest gorszy od poprzedniego. Przykładowo jest więc australijski STRIBORG i niemiecki TRIST, i amerykański XASTHUR, i cała masa innych czwartoligowych badziewi, którym patronują trzej norwescy klasycy – BURZUM, DARKTHRONE z okresu „Transilvanian Hunger” i król leśnego prymitywizmu, czyli ILDJARN. Paysage d’Hiver jednak się na tym tle wyróżnia.

Pisanie o dekonstrukcji brzmienia byłoby w większości wypadków pewnie dorabianiem ideologii do zwyczajnie słabej i nieciekawej muzyki, gdyby nie to, że wykorzystanie dźwięku w taki sposób, jaki robi Wintherr jest najzupełniej świadome i sensowne, oraz stanowi część większej całości. Muzyka projektu jest tak wymyślona, że dzięki piwnicznemu brzmieniu może się swobodnie rozmazać i nabrać cech ambientalnych; agresja, brutalność i szybkość black metalu ustępują na rzecz atmosfery, której wszystko jest tu podporządkowane. Monotonne riffy, kwadratowa perkusja i przeraźliwe skrzeki; wszystko to z lepszym brzmieniem byłoby zapewne strasznie nudne, bo czysty dźwięk wyciągnąłby z nich ich monotonność i rozwleczenie. Z demówkowym dźwiękiem rodem z zajechanego magnetofonu nabiera to wszystko nagle sensu. To nie jest taki o black metal, który został kiepsko nagrany. To jest muzyka wymyślona od podstaw tak, by, paradoksalnie, dobrze brzmiała tylko przy brzmieniu przeraźliwie złym.

Sensu jest tu zresztą znacznie więcej. Pisane po niemiecku teksty krążą wokół przyrody, zimy i, przede wszystkim, szeroko pojętej introspekcji. Zima, pora roku gdy wszystko śpi i śni, przedstawiana jest jako ten moment, gdy rzeczywistość objawia się najbardziej bezpośrednio i odsłania swoją najbardziej pierwotną formę. W zimie i w nocy zewnętrzne bodźce wygaszają się; monotonny, pozbawiony punktów zaczepienia krajobraz górskiego lasu zasypanego śniegiem pozwala się wyciszyć i wniknąć głębiej we własny umysł i to, co się w nim kryje. To z kolei pozwoli doświadczyć świata innego niż ten znany na co dzień – pozwoli doświadczyć w sposób mistyczny innej, ukrytej i prawdziwej rzeczywistości, możliwej do poznania drogą śnienia, medytacji, projekcji astralnej. Doświadczyć siebie.

Mistyczne podejście do przyrody odzwierciedla obecna w tekstach i grafikach projektu symbolika związana z górami, ciemnością i zimą – przysypane śniegiem drzewa pod czarnym, nocnym niebem z okładki „Schattengang”. Przede wszystkim zaś odzwierciedla ją muzyka – zimna, odległa, hipnotyczna i monotonna, która dzięki brzmieniu zdaje się dobiegać z innego wymiaru.

Nagle wszystkie elementy układanki wskakują na swoje miejsce i to co było podziemnym bzyczeniem leśnych skrzatów nagle zamienia się w świadomy artystyczny twór, którego wszystkie części składają się w nadrzędny, organizujący je koncept, realizowany konsekwentnie przez dwadzieścia lat istnienia projektu. To oczywiście nie powoduje, że muzyka Paysage d’Hiver staje się nagle nie wiadomo jak atrakcyjna. To wciąż lo-fi black metal, który odrzuca swoją surowością i nie ma szans przebić się do szerszej publiki. Taki los tego typu tworów. W swojej niszy jest zbyt dziwny i inny. Zamierzony prymitywizm, posunięty momentami do absurdu, może odrzucić nawet fanów najgorszego piwnicznego badziewia, bop tej muzyki trzeba słuchać raczej jak ambientu. Kto spodziewa się metalu, a czytając recenzje na Metal Archives widac, że tak często jest, można się poważnie rozczarować. Z drugiej strony, mimo prymitywizmu, jest to wciąż projekt w którym widać artystyczną dojrzałość twórcy. Wintherr, chociaż nie jest żadnym muzycznym geniuszem, doskonale wie co chce osiągnąć i dlaczego; wystarczy przeczytać kilka wywiadów i staje się jasne, że to nie jest leśny skrzat który śpi w gawrze i żywi się szyszkami, tylko normalny facet, który wie o co mu chodzi, ma artystyczną wizję i ją sobie realizuje dla garstki fanów, którzy chcą go słuchać.

Poza niszą metalową muzyka Paysage d’Hiver nie ma potencjału, by zainteresować kogokolwiek, bo jest zbyt mocno osadzona w podziemnym black metalu, a tego, jak wiadomo, żaden „poważny meloman” nie szanuje. Zostaje więc marginalna publika, która z różnych powodów czuje muzykę robioną przez Wintherra, bo ta w jakiś sposób koresponduje z ich wrażliwością. O ile można mówić o wrażliwości u metalowców.

Przesiąknięty mistyką koncept Paysage d’Hiver niejako z założenia odmawia znaczenia rozumowi; atmosfery zimowego lasu się nie rozumie, ją się czuje albo się jej nie czuje. Tak samo jest z muzyką: Paysage d’Hiver odczuwa się raczej sercem niż mózgiem. Chwyta albo nie chwyta. Można tłumaczyć o co chodzi, opowiadać o koncepcie i tak dalej, ale tu naprawdę chodzi o odczuwanie, o czym zresztą Wintherr w wywiadach wspomina. Tak więc kto lubi, ten lubi, a kto nie lubi, ten raczej nie polubi. Większość nie polubi i trudno. Z drugiej strony, kto nie ma jak się dowiedzieć, ten się nie dowie, więc warto wspominać, że takie coś jak Paysage d’Hiver istnieje. Bo może akurat ktoś, kto polubić może, się dowie. I zacznie szukać, a potem zacznie słuchać. A otoczenie będzie się pukać w czoło i pytać, po co słucha nagrań pracującego odkurzacza, skoro łatwiej uruchomić prawdziwy. Potem może nawet zacznie szukać oryginalnych wydań z wytwórni Kunsthall (którą prowadzi między innymi właśnie WIntherr) i wtedy dopiero zacznie się wgłębianie w projekt, którego niejako z założenia nie da się słuchać do kotleta, między robieniem surówki a słuchaniem kolejnej przełomowej płyty BEHEMOTH. Wszystko jest tu tak obmyślone, że każdy, kto na poważnie się ta muzyką zainteresuje, może w nią wsiąknąć na amen.

Artystyczna kreacja Paysage d’Hiver wykracza poza muzykę i obejmuje całość – od tekstów i okładek po całkowicie podziemną, niszową dystrybucję i wydania na kasetach. Cel tych zabiegów jest jeden – wykreować szczególną atmosferę, odzwierciedlającą obsesje twórcy. Ale do tego trzeba czegoś więcej niż muzyki – na atmosferę składa się też kult lo-fi i, zapewne, głęboka fascynacja podziemiem, chociaż w jednym z nowszych wywiadów Mockl mówi, że gdy wydał pierwszą demówkę Paysage d’Hiver to był z niej cholernie dumny i liczył, że spotka się uznaniem, odzewem i tak dalej, a tu cisza. „Steineche” przeszło zupełnie bez echa, a jego autor chyba pogodził się z faktem, że ze swoimi obsesjami nie jest w stanie przebić się do świadomości masowego zjadacza black metalu, o ile można to tak nazwać – nie mówiąc o jakichkolwiek szerszych kręgach. Na szczęście, zamiast się poddawać albo dostosować swoje dzieło do gustów słuchaczy, zaczął konsekwentnie brnąć dalej w zaparte i nagrywać kolejne demówki z hipnotycznym black metalem, rozwijając i uzupełniając stojący za nimi artystyczny koncept.

I chwała mu za to.

POSTSCRIPTUM:

W całym tekście nie napisałem prawie nic na temat konkretnych płyt. Dyskografia zawiera dziesięć demówek i dwa splity. Wintherr twierdzi, że najwięcej pracy zajęło mu nagranie „Das Tor” (fakt, przerwa między tą, a poprzednią wynosi sześc lat) i że to jego najlepsza produkcja. To dobry wybór, bo jest tam wszystko to, co w tym projekie najlepsze. Można też wrzucić „Paysage d’Hiver”, które miało być z założenia esencją muzycznego świata projektu i to też jest dobry pomysł.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany