Gdybym miał wskazać na najlepszą płytę KRISIUN to postawiłbym na „AssassiNation”. Gdybym miał jednak wytypować swoją ulubioną, nie wahałbym się nawet sekundy – „Ageless Venomous”. Płyta huragan, płyta tornado! Dźwiękowa apokalipsa. Perfekcyjna, poukładana, uporządkowana i dopięta na ostatni guzik. Jednocześnie dzika nieokiełznana, szalona


IMG_5960Z Krisiun po raz pierwszy zetknąłem się kilkanaście lat temu na koncercie – grali chyba z Lux Occulta i Hate. Na żywo ich muzyka zupełnie mnie przytłoczyła – utwory wydały mi się zbyt skomasowane, na jedno kopyto – jeden podobny do drugiego. Na szczęście nie zraziłem się na wieki i kilka miesięcy później nabyłem za jakieś grosze pirackie wydanie „Ageless Venomous”. Zanim jednak ją włączyłem trochę swej decyzji pożałowałem, bo przeczytałem gdzieś, że to album nieudany, z fatalnym brzmieniem perkusji. To brzmienie rzeczywiście jest inne – i z realizatorskiego punktu widzenia możliwe, że nieudane. Na szczęście nie jestem producentem muzycznym, lecz słuchaczem – a jako słuchacz jestem tą perkusją zachwycony. Płyta wybitnie perkusyjna – choć gitarowe riffy są doskonale, wokale więcej niż dobre, to jednak właśnie perkusja gra tu pierwsze…hm… skrzypce.

krisiun3Pamietam jak ludzie narzekali – że to brzmienie garów jest skopane, brzmią zbyt sucho, zbyt głośno, zbyt przytłaczająco. Tak, to prawda – z punktu widzenia realizacji dźwięku być może coś skopano, ale czasami właśnie dzięki takim pomyłkom rodzi się coś nowego, coś unikalnego. I taka właśnie jest ta płyta – wystarczy posłuchać jej 5 sekund i nie ma żadnej wątpliwości – nic nie brzmi podobnie, nikt nigdy nie nagrał czegoś porównywalnego.

Słuchając „Ageless Venomous” czuję się jakbym słuchał jakiejś piekielnej perkusyjnej symfonii, zagranej przez pięćdziesięciu perkusistów jednocześnie. Ten album ma taki pęd i taką siłę, że można przy nim stracić skalp od headbandingu. Riffy nawiązują do najwspanialszych wzorców Slayer, solówki ocierają się o geniusz Morbid Angel, a perkusja…kocham! Marszowa, bezlitosna, bezwzględna. To zdecydowanie jeden z moich ulubionych perkusyjnych albumów – stawiam gdzieś pomiędzy „Grand Declaration Of War”, a debiutem Defecation.

Niektórzy twierdzą, że to nudne i monotonne napierdalanie. Uwierzcie mi – albo za mało słuchali, albo nie znają się na muzyce metalowej (a prawdopodobnie jedno i drugie:). Ja się znam i słuchałem setki razy. Genialny album! Cudowny.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany