Spośród europejskich scen blackmetalowych, słowacka należy do tych mniej znanych. Ok, w ostatnich kilku latach wypłynął znakomity MALOKARPATAN, który notabene nagrał w tym roku swój drugi, bardzo udany album, ale trzeba przyznać z ręką na sercu, że Słowacja nie jest państwem, które black metalem stoi.

Czechy mogą się pochwalić absolutnym klasykiem gatunku, czyli wielkim MASTER’S HAMMER (a także może mniej znanym, ale także godnym wzmianki ROOT), ale ze Słowacji żaden podobny rodzynek nie wyrósł. Nie powstała tam także rozpoznawalna poza granicami kraju scena „średniaków” – często solidnych, ale nigdy nie przewracających świata do góry nogami kapel, jak, powiedzmy, na Ukrainie. Wszystko wskazuje na to, że to kraj z typowo hermetyczną, lokalną można rzec, sceną. Fani głębokiego undergroundu pewnie ją kojarzą, ale jak ktoś się nie zagłębia w ligi okręgowe, to raczej nie wie o niej zbyt wiele.

Wygląda jednak na to, że sytuacja ulega powoli zmianie, a od naszych południowych sąsiadów zaczynają napływać kolejne, coraz to ciekawsze albumy. Debiutancka produkcja KROLOK to drugi tegoroczny album, obok dwójki MALOKARPATAN, o którym warto wspomnieć. „Flying Above Ancient Ruins” to nie tylko rzecz wyróżniająca się na tle tegorocznego black metalu, ale też, tak samo jak „Nordkarpatenland”, prawdziwa „płyta z duszą”. Być może nie bez znaczenia jest fakt, że mózgiem KROLOK jest gitarzysta HV, który, tak samo jak reszta zespołu, udziela się także w MALOKARPATAN. Ci sami ludzie maczali też palce w dziwacznym i zupełnie niedocenionym, a niesłusznie, awangardowo-progresywnym projekcie REMMIRATH.

Na debiucie KROLOK nie ma ani awangardy, ani grania progresywnego. Podobnie jak w przypadku MALOKARPATAN, jest wycieczka w głęboką przeszłość. O ile jednak „Nordkarpatenland” odsyła nas prosto w złote czasy heavy metalu, to „Flying Above Ancient Ruins” przywołuje ducha blackmetalowych lat 1987 – 1993 (od „Deathcrush” do śmierci Euronymousa). Czytelnikowi może się tu zapalić w głowie lampka ostrzegawcza podpisana: aha, czyli panowie grają true norwegian black metal, tylko na Słowacji i ćwierć wieku później. No tak, zgadza się, grają. Tyle tylko, że jakby grali go toczka w toczkę na wzór tego, co robiono w tamtych latach, to by było nudno – po co komu kolejne ósmoligowe kopie DARKTHRONE albo przehajpowane wynalazki z Trondheim/Nidaros, które muzycznie nie wnoszą kompletnie niczego interesującego poza jeszcze większą, jakby tego ktokolwiek potrzebował, dawką kultu? Nie, KROLOK, podobnie jak i MALOKARPATAN, mają na siebie konkretny pomysł. I dlatego warto o nich pisać.

Słowacy nawiązują do wzorców klasyki drugiej fali black metalu, ale robią to w mocno nieoczywisty sposób. Po pierwsze, nikogo konkretnie nie kopiują, dzięki czemu brzmią mimo wszystko po swojemu. Homogeniczny miks wpływów i inspiracji skutkuje muzyką nieodkrywczą, a jednak wyrazistą, posiadającą własny charakter, a to się bardzo ceni (w każdym razie ja to lubię). Po drugie, na czoło wysuwają się wpływy niekoniecznie tych najistotniejszych zespołów „z epoki”. Norweskiej szkoły black metalu jest tu mnóstwo, ale raczej tej spod znaku, powiedzmy, IMMORTAL niż tych-bardziej-znanych, co ich wymieniać nie trzeba. Dużo tu też grania z rejonów położonych na południe od Skandynawii – na pewno z Grecji (wczesny ROTTING CHRIST czy NECROMANTIA się kłaniają), ale przede wszystkimi z Polski! Fani polskiego podziemia z początków lat dziewięćdziesiątych i wynalazków pokroju niesławnego FULLMOON powinni czuć się jak u siebie w domu! Słowacy mieszają to wszystko w piękny, homogeniczny serek, okraszając surowe, kwadratowe granie sporą dawką odpowiednio nastrojowych melodii, klawiszowych teł i filmowo-komiksową atmosferą, którą doskonale obrazuje okładka autorstwa Davida Glomby. Wszystko się tu zgrywa w spójną całość.

Jedną z największych zalet płyty jest jednak brzmienie. Brudne, brzydkie i siermiężne; nie demówkowe, ale dokładnie takie, w jakie ta muzyka powinna być zaopatrzona – pokryte pajęczynami i kurzem, dodające atmosfery piwnicy, ale wystarczająco wyraźne, by się wszystko dało usłyszeć (ale nic ponadto!). W dobie black metalu, który albo brzmi komputerowo czysto i wyraźnie, albo jest celowo tak zły, że aż zęby trzeszczą podczas słuchania, Słowakom udało się znaleźć złoty środek. Dokładnie tak samo, jak zespołom z epoki, do której się odwołują – gramy jak gramy, bo takie mamy możliwości, a że przy okazji pasuje to do muzyki, no to super! Nie sądzę wprawdzie, by muzycy KROLOK nie byli w stanie uzyskać lepszego dźwięku, ale wiadomo, że nie o to chodzi. Ci goście czują klimat jak rzadko; wszystko na albumie brzmi naturalnie i niewymuszenie: wpływy, dźwięk, teksty, okładka. To dokładnie ten sam przypadek co „Nordkarpatenland”, ale w innej odsłonie muzycznej, co tylko dowodzi, że mamy do czynienia z bardzo zdolną grupą muzyków.

No dobra, ale czy to jest fajne? Wpływy są ok, brzmienie jest ok, ale co z muzyką? Otóż muzyka jest taka, jak być powinna: zwięzła i wyrazista, nastrojowa i ognista, przebojowa i odpowiednio brzydka. Diabelska. I bardzo przyjemnie się jej słucha! Płyta trwa niecałych 35 minut i jest to idealny czas trwania. Nie jest za długo, nie jest za krótko, a dokładnie tak żeby wydobyć z obranej formuły wszystko, co trzeba, całą esencję. Po odsłuchu zostaje niedosyt, więc warto puścić „Flying Above Ancient Ruins” jeszcze raz. I jeszcze raz. I jeszcze raz. I…

Słowacy po raz drugi przywalili w tym roku w sposób, po którym ciężko się otrząsnąć. Ameryki nie odkrywają i koła na nowo nie wynajdują, ale jednocześnie nie grają na tanich sentymentach. Jest to wprawdzie granie retro, co obecnie, po wypaleniu się trzeciej fali black metalu, jest na fali, ale Słowacy grają to retro w sposób inteligentny i przemyślany, przez co unikają powielania klisz. I nasuwa się wniosek, że nawet jeśli Słowacja nie przyczyniła się szczególnie do rozwoju black metalu, to w zadaniu zabezpieczenia jego klasycznej formy przed śmiercią radzi sobie znakomicie. Może nawet będzie jak w znanym powiedzeniu, że ostatni będą pierwszymi.

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany