Minęły trzy lata, odkąd ukazała się jedna z dziwniejszych płyt, jakie wydała polska scena black metalowa – o ile można ją nazwać black metalem, tak bardzo jest inna i do niczego niepodobna. „Pogrzeb w karczmie” sanockiego Licha, bo o nim mowa, przyjęto z mieszanymi uczuciami, lokującymi się w pełnym spektrum emocji: od gorącego entuzjazmu, do niesmaku kwitowanego zdumionym „co to jest, u licha?”.

Mimo ostrej polaryzacji opinii album pozostał na uboczu; posiada pewne grono fanów, grono wrogów pewnie też, ale na szerszą skalę jest niezbyt znany, więc jeśli się go nie zna, to warto w tytułowej karczmie pogrzebać i samemu sobie zdanie na ten temat wyrobić. To ciągle – i niezasłużenie – nisza w niszy i całkowity margines, o tyle szczególny, że nikt go poza Lichem nie zamieszkuje. Może tylko projekt Sarsa z Furii – Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi – prezentuje pokrewną wizję artystyczną, ale oba projekty idą swoją drogą i nie są to drogi ze sobą zbieżne, a jedynie nieco do siebie zbliżone. Pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że mózg Licha – Szturpak – posiada swój udział w W~T~Z, więc wszystko zostaje w rodzinie.

Debiut Licha ukazał się na rynku i zebrał różne recenzje, był też jeden wywiad, a potem zapadła cisza jak makiem zasiał. I nie działo się nic przez jeden rok i przez drugi rok, aż nagle gruchnęła z nieba wiadomość – która się szczególnie szerokim echem nie rozniosła – że z okazji koncertu Furii w słowackiej Bańskiej Bystrzycy zagra gościnnie także Licho. Jeden koncert, jedyny, no i, z racji swej jedyności, także kultowy!

Słowo się rzekło i koncert doszedł do skutku. Kto jednak oczekiwał odegrania „Pogrzebu” w całości, ten się srodze zawiódł, gdyż zespół – uformowany na potrzeby tego właśnie wydarzenia, gdyż wcześniej była to formacja właściwie jednoosobowa – zaprezentował materiał premierowy, całkiem do studyjnego niepodobny.

Licho się zbudziło. Wystąpiło na żywo, pokazało rogi, a potem wróciło do swojej nory, schowanej w gęstwinie sanockich lasów. Coś jednak musiało zaiskrzyć, coś się zaczęło wraz ze słowackim koncertem dziać, gdyż niecałe pół roku później ukazała się nagle zapowiedź nowej płyty i premierowy numer, „Sianie”.

Drugi album Licha, „Podnoszenie czarów” ukazała się przedwczoraj nakładem Malignant Voices.

Na nowej płycie Licho nie tylko wraca, ale też rodzi się na nowo. To to samo Licho i całkiem inne Licho, a „Podnoszenie czarów” dosadnie to potwierdza i licho wie, co o tym sądzić. Wydaje się jednak, że jest całkiem dobrze, a płyty zdecydowanie warto posłuchać, chociaż jest całkiem inna niż debiut. Muzyka stworzona na potrzeby koncertu została dopracowana, wyszlifowana, nagrana i wydana. I bardzo dobrze.

Licho wtedy i Licho dzisiaj to właściwie dwa różne Licha. Pierwsze Licho to projekt jednoosobowy (wprawdzie tekstów nie pisał Szturpak, ale cała muzyka i wizja artystyczna są jego autorstwa). Drugie Licho to regularny, pięcioosobowy zespół. Pierwsze Licho to twór samowystarczalny, cokolwiek amatorski (mimo porządnej realizacji), drugie zaś to już poważny studyjny projekt, rzec się chce: profesjonalny, a nie piwniczny. Pierwsze Licho to wreszcie twór bardzo trudny do sklasyfikowania, bo ani to metal, ani nie metal; właściwie nie wiadomo co to jest. Można bezpiecznie powiedzieć, że to muzyka z mchu i paproci. Drugie Licho to zaś bez wątpienia metal. Dziwny, inny, nietypowy, ale metal.

Na pierwszy rzut ucha jedno Licho z drugim ma niewiele wspólnego, ale uważna lektura „Podnoszenia czarów” wskazuje, że jednak jest jakiś wspólny mianownik. Jest Licho i Licho, i jakaś lisia „lichość”, która jedno z drugim chytrze łączy. Dwa wcielenia tego samego ducha.

„Pogrzeb w karczmie” wymyka się klasyfikacji przede wszystkim formalnie. Instrumentarium jest typowo metalowe (właściwie rockowe, gwoli ścisłości), a melodie budzą skojarzenie z norweskimi klasykami; zgniłe, melancholijne partie gitary odsyłają słuchacza prosto w stronę Burzum, podobnie jak transowe riffowanie i wysokie, skrzeczące wokale o osobliwej barwie, które chyba należy nazwać growlem, chociaż, niech mnie Pan Twardowski w ciemię bije, takiego growlu to ja nigdzie indziej nie słyszałem. Nic dziwnego, że wiele osób odbiło się od „Pogrzebu” właśnie przez ten wokal, należący do kategorii „love or hate”. Reszta jest już jednak mało metalowa.

Powolne tempa, leciutkie brzmienie, dużo przestrzeni, duża przystępność mimo braku przebojowości, a do tego poetyckie, posępne i wizyjne teksty, krążące wokół pijanej, polskiej ludowości rodem z podkarpackiej stodoły. Na deser dostajemy jeszcze napędzany klawiszami, instrumentalny zamykacz, który odlatuje, zamierzenie lub nie, prosto w rejony Berlin School i takich klasyków jak Klaus Schulze. Efektem jest niepodobna do niczego, prawdziwa „muzyka z bocznic”. Wydano ją nakładem Malignant Voices, więc automatycznie została przypisana do black metalu, ale w innych okolicznościach mógłby to równie dobrze wydać kultowy OBUH, ten sam, który wydawał Za Siódmą Górą, Księżyc, czy The Magic Carpathians Project. W każdym wypadku potencjalne grono odbiorców gotowych przyjąć tak osobliwy twór, jest stosunkowo niewielkie. Dla jednych wczesne Licho jest zbyt metalowe, dla innych zbyt lekkie, zbyt przystępne, zbyt ekstremalne, ale przede wszystkim zbyt dziwne. Szturpak mówił w wywiadzie, że nakład płyty jest tak niski, gdyż nie sądzi, by było więcej osób zainteresowanych muzyką Licha. Można to łatwo zrozumieć po pierwszych taktach otwierającego płytę „Kamrat!”.

Mimo to, miło by było, gdyby Lichem zainteresowało się szersze grono słuchaczy. Jeśli nie skłonił ich do tego „Pogrzeb”, to „Podnoszenie czarów” ma znacznie większe szanse.

„Podnoszenie czarów” to muzyka z zupełnie innej bajki. Przede wszystkim, jest metalowo. Ewidentnie, bezdyskusyjnie metalowo; brzmienie jest mocne, ciężkie, ale też dość czytelne, co wychodzi na korzyść, biorąc pod uwagę gęstość muzyki i mnogość detali. Czy jest jednak blackmetalowo? Może tak, a może nie; nie podejmuję się w ogóle tykania tego tematu. Nie wiadomo nawet jak go ruszyć, bo czy ktoś potrafi bezdyskusyjnie rozstrzygnąć czym w ogóle jest black metal?

Jeżeli black metal jest tym, na co wskażemy palcem i powiemy „oto jest black metal”, to ja mówię: nowe Licho to nie jest black metal. Nie przypomina tego, co jest na ogół nazywane black metalem. W ogóle nie bardzo cokolwiek przypomina, chociaż brzmi jak metal, więc to pewnie metal. Black metal jednak nie, to coś innego, a więc znów muzyka z bocznic, ale z innych bocznic niż wcześniej.

Od razu rzuca się w uszy, że dużo się w tym nowym Lichu dzieje. Muzyka jest złożona, ale zespół nie epatuje techniką, co należy chwalić i popierać całym sercem, co zresztą czynię. Jest bardzo, bardzo gęsto, progresywnie, ale też hipnotycznie. Żaden instrument nie dominuje nad innymi, ba, nawet nie da się łatwo wskazać wyrazistych motywów, chociaż wypada wspomnieć o brawurowych partiach basu, za który odpowiada Patyr z mało znanego (a szkoda!) projektu Strzępy. Jest homogenicznie i dość jednostajnie, tempa są cały czas średnio-szybkie, ale nie ma mowy o nudzie, bo co i rusz coś ciekawego się w tej muzyce dzieje, tylko trzeba się skupić by to wyłapać. Jest też bardzo rytmicznie i jakby nieco, przez tę rytmiczność, znajomo. Po dłuższej chwili zapala mi się w głowie lampka, że ja to przecież skądś znam! Ta wibracja, ten rytm, no tak, przecież nieco podobnie gra norweski Virus!

Będę szedł w zaparte, że jeśli „Podnoszenie czarów” jest do czegoś choćby trochę podobne, to właśnie do Virus. To dość luźne skojarzenie, bo oba zespoły generują całkiem inne nastroje, ale samo podejście do gry wydaje się zbliżone. Mechaniczna rytmika, brak wyraźnej melodyjności, amorficzne struktury utworów – wszystko się zgadza! Ekipa Carla-Michaela Eide gra jednak zimno, precyzyjnie i maszynowo, jak zegar albo silnik parowy, tymczasem „Podnoszenie czarów” jest bardziej organiczne. Nie jest tu tak bardzo zimno, raczej mokro i wilgotno jak w leśnej ściółce; i jak w leśnej ściółce dzieje się tu bardzo wiele, a z kolei porządku w tym, pozornie, niewiele. Pozornie, bo pod zieloną powierzchnią mchów i porostów kryją się złożone, wielokomórkowe organizmy rządzone prawami biologii, równie precyzyjnymi jak te kierujące zegarami i maszynami parowymi. Virus jest więc stricte mechaniczny, a Licho jest organiczne i biomechaniczne. Jeśli dołożymy do tego wszystkie mocno impresyjne teksty, to nastrój całości okaże się mocno psychodeliczny. No i oczywiście w Virus muzykę prowadzą wokale, natomiast Licho prowadzi się samo: wszystkie instrumenty grają równo i nikt nie dominuje nad nikim.

A czy nowe Licho jest podobne do starego Licho? Obie płyty bardzo się od siebie różnią, a jednak posiadają wspólny mianownik. Tak, to to wciąż to samo ,stare, dobre Licho! Co i rusz można usłyszeć znajome, porośnięte mchem, gitarowe melodie, tylko schowane pod ciężkim brzmieniem. Teksty też są znajome, chociaż mniej konkretne. Mniej w nich opowieści, a więcej archetypów i luźnych skojarzeń, które wciąż tkwią głęboko w szeroko pojmowanym folklorze, ale też mocno poza niego wychodzą, bo pierwotne symbole słońca i księżyca, nadające kierunek całemu albumowi, są uniwersalne. Znajomy jest też sposób zabawy słowem, bo i autor jest ten sam, co wcześniej.

To to samo Licho, ten sam duch, tylko w innym, lepiej znanym, metalowym ciele.

Wracając do muzyki, to w Polsce chyba nikt tak nie gra i jest to wielki atut płyty. Licho też tak nie grało. Skoro zaś zmieniła się muzyka, to nie powinno dziwić, że zmienił się też wokal. Wcześniej był jeden, a teraz są dwa! Na „Podnoszeniu czarów” dominuje Dominik, autor tekstów do obu płyt, teraz obsadzony w roli głównego wokalisty. To dobry ruch, bo groteskowe wokalizy Szturpaka nie wydają się pasować do charakteru „Podnoszenia czarów”, zaś konwencjonalne krzyki wychodzą muzyce zdecydowanie na plus. Szturpaka można usłyszeć w tle; z rzadka tylko włącza się do duetu z Dominikiem. Mogłoby się to zdarzać częściej, bo duety wokalne, takie jak w „Drang!”, to jedne z najmocniejszych punktów albumu.

„Drang!” to jeden z wyróżniających się numerów na „Podnoszeniu czarów”, także tekstowo. Drugim jest przebojowe „Z wycia” (przebojowe jak na standardy tej muzyki, bo do radia nikt by tego nie wziął) – mój prywatny faworyt, który wydaje mi się znacznie ciekawszą propozycją na przedpremierowy singiel niż „Sianie”. Reszta utworów po prostu jest – dobra, niedobra, jak kto woli, ale żaden kawałek nie odstaje wyraźnie od reszty. Jest dość równo i bez nagłych wyskoków – to też dobrze. Tylko ukryta na końcu niespodzianka jest całkiem inna i do niczego niepodobna.

Spięty klamrami intra i outra („Zachodzi” i „Wschodzi”) album jest, dzięki jednostajności, bardzo monolityczny. Jest też paradoksalnie niespójny, bo „Podnoszeniu czarów” brakuje dynamiki na poziomie kompozycji całego albumu. Intro, jeden numer, drugi, trzeci, czwarty, piąty, outro. Finisz. Każdy utwór to skończona całość, ale ich suma to wciąż tylko pięć jednorodnych stylistycznie kawałków i nic nadto. „Pogrzeb w karczmie” miał wewnętrzną logikę, wewnętrzną narrację, dzięki której utwory układały się w większą całość, tu jest zaś „tylko” zbiór „piosenek” i nic więcej.

„Podnoszenie czarów” coś w ten sposób zyskuje i coś traci. Traci spójność formy i treści, jaką miał „Pogrzeb”, dzieło kompletne, i traci na sile wyrazu. Zyskuje za to na przyswajalności. Zyskuje też dzięki metalowemu brzmieniu i jestem przekonany, że osoby, którym „Pogrzeb” do gustu nie przypadł, mogą przyjąć „Podnoszenie czarów” ciepło. I odwrotnie – fanom „Pogrzebu” „Podnoszenie” wyda się krokiem wstecz. Zamiast radykalnej wizji artystycznej, która nie liczy się z nikim i z niczym, dostaną muzykę bardziej wyśrodkowaną, bliższą temu, co w niszy (black)metalowej popularne, chociaż nie do końca, bo Licho nie gra koniunkturalnie. Wciąż jest wyraziste i intrygujące, ale już nie tak bardzo inne. Teraz jest zbyt wyśrodkowane, więc znowu coś traci. Są na polskiej scenie zespoły grające wściekły, agresywny black metal – przy Cultes des Ghoules czy Death Like Mass nowe Licho jest jakieś ciche, stonowane i pozbawione pazura. Z kolei przy takich odpałach jak Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi, czy nawet przy ostatnim albumie Furii, gra zbyt „zwyczajnie”, przynajmniej na pierwszy rzut ucha, bo po uważnym odsłuchu staje się jasne, że jest to rzecz nagrana z jajem i pomysłem, która niczego nie udaje i nie naśladuje.

Liczę skrycie na koncerty, ponieważ premierowy materiał, dzięki wspomnianym cechom, wydaje się mieć duży potencjał do grania na żywo. Mocne, transowe uderzenie; to może zadziałać bardzo na korzyść zespołu. I tu Licho może zyskać bardzo dużo.

Licho jest teraz za bardzo w środku i nie dość na skraju. Może dzięki temu zyskać grono nowych fanów i może „Pogrzebem” zainteresuje się więcej osób. „Pogrzeb w karczmie” był jednak bezkompromisowym lotem w rejony, wobec których nie da się być obojętnym, a „Podnoszenie czarów” jest krokiem w obszary zbyt bezpieczne. To już nie to Licho, co szyszkami w orły rzuca; to Licho, które w dole zasypanym czarami podnosi sztangi i robi martwy ciąg, nie bojąc się Boga w słabe bić. Wychodzi mu to bicie nieźle, ale nie zwraca już na siebie aż tak bardzo uwagi, bo dziś inni biją lepiej i w orły też celniej szyszkami rzucają. Nie można jednak nie docenić, że jedno i drugie Licho robi wciąż po swojemu i warto posłuchać, jak to robi. Może też dzięki temu trafi do szerszego grona odbiorców. Dobrze by się stało, bo to dobry album, oryginalny i z potencjałem. Nie aż tak dobry jak „Pogrzeb w karczmie”, ale wciąż wybijający się ponad mrowie dzieł pozbawionych tożsamości i duszy wyrobników. Duszy tu nie brakuje i choćby dlatego warto poświęcić „Podnoszeniu czarów” czas.

„Podnoszenie czarów” to taka płyta stojąca w rozkroku, między (black)metalem a lotem w nieznane części kosmosu. Nie jest wewnętrznie niespójna, ale przeważenie w którymś kierunku wyszło by jej pewnie na dobre. Warto jej jednak posłuchać, bo jest po prostu oryginalna, pomysłowa i pełna ukrytych smaczków (bas! bas!), tylko nie dość radykalna w swoich zapędach. „Pogrzeb” był wyrazisty aż nadto, „Podnoszenie czarów” jest za bardzo wycofane. Życzę sobie jednak, żeby to był dopiero początek, a kolejne produkcje okazały się jeszcze lepsze.

Niech tylko Licho wyjdzie ze środka, niech chaos w nie wejdzie i będzie można wtedy powiedzieć: znów jest coś magicznego.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany