Mamy rok 2005, nastała IV Rzeczpospolita, w kraju panuje kaczyzm, urosły mi włosy na klacie, kupiłem 14 stojaków na płyty… reaktywowany Life Of Agony nagrał nową płytę.


“Broken Valley” zaczyna się najbardziej lifeofagonowym kawałkiem – “Love To Let You Down”. Ciężka, melodyjna muzyka, a nad nią unosi się doskonały, czysty głos Caputo, który śpiewa prawie tak, jak przed laty, z właściwym sobie przejmującym smutkiem i niesamowitą wręcz lekkością. Śpiewanie dla Caputo jest tym, czym dla Cher przejście operacji plastycznej, a dla Gołoty ucieczka z ringu. Keith Caputo urodził się wokalistą i kurewsko musi się starać, żeby swój talent rozmienić na drobne. Stara się jednak i przez kolejne jedenaście kawałków robi wszystko, żeby wyzbyć się swojej oryginalności, zgubić niepowtarzalną barwę i sposób intonacji – śpiewa jak ptaszek na uwięzi, czasami rozpościera skrzydła jakby już miał wzlecieć wysoko ponad obłoki, ale za każdym razem podskakuje tylko niezdarnie i zaraz upada na ziemię. Nieraz nawet lekko podfruwuje, jak w “Strung Out” czy przejmującej miniaturze “No One Survives”. Ale gdzie jest ten Keith Caputo, dla którego nie istniało przyciąganie ziemskie? Broken-Valley-cover
Oczywiście samemu wokaliście pewnie nie udałoby się za wiele zdziałać gdyby nie pomoc kolegów, którzy począwszy od drugiego kawałka “Last Cigarette”starają się poruszać w rejonach muzycznych, możliwe jak najbardziej oderwanych od charakterystycznego stylu, który wypracowali sobie przed laty.
Nie zrozumcie mnie źle – “Broken Valley” to bardzo dobra hard rockowa, nowoczesna i przebojowa płyta – miejscami kojarząca się z dokonaniami Velvet Revolver. Słucha się jej dość przyjemnie, a niektóre fragmenty na dłużej zapadają w pamięci. W czym więc problem? Ano w tym, że Life Of Agony nagrało płytę, jakich wiele – z muzyką przeznaczoną dla szerszego grona, mniej wymagających słuchaczy.

Wszystkim starym fanom Life Of Agony dedykuję tytuł jednego z kawałków – “No One Survives”. Pozostałym, spragnionym dobrego, energetycznego, amerykańskiego hard rocka – gorąco polecam !

8/10

PS. Powyższą recenzję napisałem we wrześniu 2005 roku – gdy Caputo był kobietą, a ja wciąż kupowałem jeszcze stojaki na płyty. Za cholerę nie chce mi blogger zmienić daty publikacji więc musi zostać tutaj 🙂

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany