a3380839000_5

Tym razem Szwecja z domieszką polskiej krwi. LUCIFERION to zespół polskiego gitarzysty – Wojtka Lisickiego. Jeśli ktoś nie natknął się na regularne krążki tej grupy, to na pewno zna ich covery z popularnych w latach dziewięćdziesiątych trybutów dla Metallica i Slayer.


W roku 1994 wyszedł debiutancki album LUCIFERION – „Demonication (The Manifest)” – płyta, która zarówno stylistycznie, jak i brzmieniowo ma chyba więcej wspólnego z amerykańską szkołą grania niż ze szwedzką – zarówno tą mroczną i chropowatą, jak i tą melodyjną i poukładaną. 
Przede wszystkim jednak „ Demonication” to album z silnie określoną własną tożsamością – bluźnierczy i wulgarny w swojej wymowie, a jednocześnie zaaranżowany i wykonany z brawurową wirtuozerią, w której słychać ogromny kunszt kompozytorski. Partie perkusji wybuchają gwałtownie i imponują ekspresyjnym ostrzałem, riffy zagrane z rozmachem, werwą i niesamowitą energią. Nie brakuje melodyjnych partii solowych, które jednak nie popadają w słodycz i banalność heavy metalowych patatajów. Świetne są też partie wokalne – od brutalnych, rasowych growli, przez bardziej black metalowe wrzaski, na demonicznych deklamacjach kończąc. Kawał świetnego death metalu – nie tylko dla najbardziej zagorzałych fanów szwedzkiej szkoły.

Po roku 1994 LUCIFERION zamilkł na prawie całą dekadę, pojawiając się jedynie na wspomnianych trybutach thrashowych herosów oraz nagrywając materiały demo. W 2003 roku LUCIFERION wydał wreszcie drugą płytę „The Apostate”. Zniknął pentagram wpisany w logo, zmiany dokonały się także w samej muzyce. Znikła klasyczna death metalowa stylistyka – pojawiało się brzmienie suche, drapieżne, ale niezwykle przestrzenne, co podkreślały kosmiczne klawisze, przenoszące w nowy wymiar, we wciągającą otchłań kosmosu, gdzieś na pograniczu galaktyki PESTILENCE z czasów gdy jej najmłodszą gwiazdą była „Spheres”, tam skąd widać gwiazdozbiór NOCTURNUS, a gwiazdy układają się w kształt klucza. Pamiętajmy jednak, że w kosmosie odległości są znaczne, czas nie istnieje, a kierunki świata są czysto umowne.

Niestety to co najlepsze na „The Apostate” szybko się kończy – utwory, które zdradzały ówczesną (moim zdaniem znakomitą) kondycję kompozytorską (i ogromną fascynację Morbid Angel) Lisickiego są tylko cztery i trwają łącznie niewiele ponad pół godziny. Album uzupełniony jest coverem CELTIC FROST, oraz materiałami demo z 1994 roku. Przez to płyta trochę traci na spójności i co tu ukrywać – również na jakości. Mimo tego, jest to na tyle interesujący materiał, że z pewnością warto po niego sięgnąć.

Wojciech Lisicki na początku pierwszej dekady XXI wieku zaangażował się w swój stary-nowy projekt LOST HORIZON. To już jednak temat na zupełnie inną opowieść, bo wykonywana przez nich muzyka nie miała już nic wspólnego z death metalem, ani z żadną z jego nawet na najbardziej progresywnych hybryd.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany