Szedłem na ten koncert z myślą, że potem pewnie napiszę recenzję. Potem wyszedłem z koncertu z myślą, że na pewno tego nie zrobię, bo nie wiem co napisać i o czym. Wreszcie doszedłem do wniosku, że jednak napiszę, bo w polskim Internecie relacji z koncertów LUSTMORD jest tyle co kot napłakał, a i w Internecie w ogóle raczej trudno je znaleźć.


lustmord-080816-616x440Z

acząć należy od tego, że wieść o koncercie Lustmord w moim mieście była cokolwiek szokiem. Lustmord w Lublinie? What the fuck? Potem okazało się, że koncert ma mieć miejsce w otwartym niedawno Centrum Spotkania Kultur i sprawa z jednej strony się wyjaśniła, a z drugiej nabrała dodatkowego smaczku. Dla tych, co nie wiedzą: Centrum Spotkania Kultur to gigantyczna instytucja kulturalna mieszcząca się w dokończonym po czterdziestu latach zastoju gmachu teatru. Wśród wielu atrakcji jakie można tam znaleźć jest też ogromna sala operowa na tysiąc osób, którą przygotowywali ci sami czescy specjaliści, którzy odpowiadają za Teatr Bolszoj w Moskwie. To już jest gruby kaliber, obiekt z nagłośnieniem najwyższej klasy w Europie. Centrum otwarto w tym roku i cały czas się rozkręca, domyślam się więc, że zaproszenie Lustmord, poza samym koncertem, miało na celu zainteresowanie krajowej publiki istnieniem takiego obiektu. Impreza to w końcu nie byle jaka – kultowy muzyk ambientowy, nagrywający z TOOL czy MELVINS, autor lub współautor muzyki i efektów dźwiękowych do dziesiątków filmów i gier, przyjeżdża do Lublina na jedyny koncert w Europie! Smaczek dodatkowy zaś jest taki, że Lustmord nigdy w sali operowej nie występował.

Ok, więc Lustmord w Lublinie to poważne zaskoczenie; duże, ale nie jedyne. Muzykę Briana Williamsa, który się ukrywa pod tym szyldem, znam od dawna i ją bardzo lubię. Na łamach Music Amok recenzowałem nawet ostatni album, bardzo dobry „Dark Matter”, ale idea koncertów tego projektu trochę mi się wymykała. Nawet nie chodzi o to, że to Lustmord miałby grac koncert, a o to, że cały ambient to muzyka, która niejako z definicji się do tego nie nadaje. To jest ambient, na rany boskie – muzyka tła. Lustmord gra dark ambient, ok, ale mimo że mroczny, to to dalej jest ambient, a więc tło.

lustmord-900x507Celnie podsumował to sam Brian Williams w jednym z wywiadów: studio stało się tak bardzo integralną częścią procesu twórczego, że wyjście do słuchacza bez niego jest czymś niemożliwym. I dlatego przez pierwszych dwadzieścia pięć lat swojej kariery Lustmord nie zagrał żadnego koncertu. Dopiero szóstego czerwca dwutysięcznego szóstego roku zagrał koncert na uroczystości z okazji czterdziestolecia Kościoła Szatana (nagranie ukazało się później w formie albumu zatytułowanego „Rising”). Cytując samego muzyka, była to propozycja zbyt zabawna, żeby z niej nie skorzystać i trudno się z nim nie zgodzić. Czarna msza organizowana przez laveyańskich satanistów, do której ścieżkę dźwiękową zapewnia Lustmord, nie może nie być zabawna. W ciągu tych wszystkich lat technologia pozwoliła zamknąć całe studio nagraniowe w postaci laptopa z odpowiednim oprogramowaniem, więc Williams wreszcie uzyskał możliwość wyjścia ze swoim studiem do ludzi. Wydawało się, że to jednorazowy wyskok, ale nie, pięć lat później zagrał drugi koncert, na krakowskim festiwalu Unsound i spodobało mu się chyba na tyle, że od tamtej pory koncertuje dość regularnie, chociaż niezbyt często. Koncert w Lublinie to już jego trzeci występ w Polsce – po Unsound grał jeszcze na wrocławskim Industrial Festival w 2014.

Ambient ma dwa mankamenty, które bardzo utrudniają wykonywanie go na żywo. Studio nagraniowe jest instrumentem umożliwiającym granie tej muzyki, więc jeśli nawet zamkniemy studio w laptopie, to na scenie będziemy mieli po prostu jednego człowieka z komputerem. To zaś jest, powiedzmy, mało porywające. Sama muzyka tez zwykle bywa mało porywające, bo to przecież ambient, czyli muzyka tła. Ma lecieć z boku i generować nastrój a jednocześnie nie przykuwać za bardzo uwagi. Taka jej rola. Dlatego Williams, decydując się na wyjście z Lustmordem do ludzi, postanowił występy urozmaicić i dorzucić do nich wizualizacje.

Muzyka Lustmord jest sama w sobie bardzo wizualna. Uważne słuchanie płyt generuje nie tylko mocne nastroje, ale też bardzo konkretne obrazy. „The Place Where The Black Stars Hang” i „Dark Mater” przenoszą słuchacza w kosmos, „Heresy” prosto do piekielnych podziemi (albo do trzewi wulkanu), „The Monstrous Soul” schodzi na poziom komórkowy i nawet subatomowy, z „Juggernaut” i „[O T H E R]” zwiedzamy ruiny wymarłej cywilizacji gdzieś w kosmosie, a „Zoetrope” wyrzuca słuchacza prosto do zwichrowanego umysłu Franza Kafki. Co kto lubi. W związku z tym, wizualizacje mające uzupełniać muzykę to strzał w dziesiątkę.

Na salę wszedłem trochę niepewnie, bo i pierwszy raz tam byłem (i to wcale nie wina piwa jakie wypiłem z bardzo dobrymi kolegami przed koncertem!). Mimo posiadania miejsca w jednym z dalszych rzędów, wszystko było dobrze widać, więc rozsiadłem się spokojnie z myślą, że komfortowo popatrzę sobie na łysego pana z laptopem i jakieś obrazki w tle. Potem światła zgasły i zrobiło się ciemno. I się zaczęło. Było prawie dokładnie tak, jak miało być. Był więc łysy facet przy laptopie (ekran był jedynym źródłem światła na sali, jeśli nie liczyć wizualizacji i fosforyzujących tabliczek kierujących do wyjść ewakuacyjnych), wizualizacje, no i muzyka. Najlepiej będzie chyba opisać te trzy elementy po kolei.

Po pierwsze, łysy facet przy laptopie, czyli Brian Williams, czyli sam Lustmord. Lustmord stał i coś w tym laptopie robił. Co robił, to Bóg raczy wiedzieć. Na facebookowej stronie Lustmorda zamieszczono fotografię z soundchecku, zrobioną z punktu widzenia artysty i możemy tam zobaczyć, że na laptopie uruchomiony jest program Ableton z jakąś ścieżką dźwiękową. Prawdę mówiąc, widzę tylko jeden powód dla którego koncert ambientowy ma sens i nie jest nim wirtuozeria wykonawcy, który może przecież wrzucić sobie wszystko do programu, wcisnąć w trakcie „play” i tyle, niech sobie leci. Podejrzewam zresztą, że tak właśnie było, a rola muzyka sprowadzała się to korygowania brzmienia w trakcie koncertu. Od tego jest jednak teoretycznie nagłośnieniowiec, który odpowiada za poprawianie dźwięku i także był na sali obecny, i także kręcił gałkami konsolety. W związku z tym pytanie „co muzyk ambientowy robi przy laptopie podczas koncertu?” pewnie pozostanie dla mnie zagadką. Faktem jest, że Williams stał przy laptopie i dość uważnie coś z nim robił, nie wchodząc oczywiście w żadną interakcję z publiką. Tylko pod koniec zaświecił widownie latarką po oczach, pomachał ręką i sobie poszedł.

Po drugie, wizualizacje. Wizualizacje okazały się strzałem w dziesiątkę. Ogromny ekran za Lustmordem wyświetlał obrazy w zaskakująco dobrej jakości i ciekaw jestem, jaka za tym stała technologia, bo raczej nie zwykły rzutnik. Wizualizacje korespondowały przedstawiały rozmaite, pozbawione ludzkiego pierwiastka procesy naturalne, takie jak przekształcanie się chmur, wijące się smugi dymu albo buchające płomienie. Sekwencje przekształcały się powoli, ale z wystarczająco dużą dynamiką, żeby widz mógł je studiować bez znudzenia, co pozwalało cały czas zachować uwagę na tym, co się dzieje, oraz na samej muzyce. Chociaż spotkałem się po koncercie z opinią, że były trochę kiczowate, to mi się podobały. Ok, może były zbyt przedstawiające, zbyt dosłowne, ale oglądało się je przyjemnie, pasowały do dźwięków i układały się w jakąś luźną narrację. Dwa momenty robiły szczególne wrażenie – finalna sekwencja rozpraszania się chmur i odsłaniania się gwiazd w kosmicznej mgławicy, oraz poruszające się spazmatycznie wnętrze czarnego, organicznego tunelu, budzącego skojarzenie z… wnętrzem jelit. Kolonoskopia podniesiona do rangi metafizycznej? Cóż, można i tak.

A co z muzyką? Trzeci element koncertu, paradoksalnie, nie grał do końca. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, co jest grane na koncertach Lustmord, to trzeba powiedzieć, że na początku były to po prostu dźwięki, typowo lustmordowe drony, buczenia, rzężenia i monumentalne tąpnięcia, od których trząsł się cały budynek. Zmieniały się dużo szybciej niż na płytach – chociaż była to oczywiście wciąż dynamika na poziomie rozpędzonego żółwia. Po pewnym czasie zacząłem wyłapywać znajome motywy – o, ten to chyba z „Heresy”, a ten mógłby się znaleźć na „The Monstrous Soul”… Moje podejrzenia rozwiały się, gdy w sali operowej Centrum Spotkania Kultur rozbrzmiały charakterystycznie pulsujące dźwięki „Aldebaraan of the Hyades”. Ten numer zawsze kojarzy mi się z przemierzającym kosmos ogromnym statkiem międzygwiezdnym, którego silniki naprzemiennie wypluwają strugi zjonizowanej plazmy – lewa, prawa, lewa, prawa… i tak w nieskończoność. Tak, to jest to – cały set to po prostu kilkanaście kawałków zmiksowanych w jedną spójną pigułę. Dobry pomysł i chyba jedyny sensowny. W połączeniu z wizualizacjami robił się zmysłowy koktajl pozwalający widzowi odlecieć naprawdę daleko. Cały koncert trwał niecałą godzinę – czyli w zupełności tyle, ile powinien. Krócej, to by było za mało, dłużej – wszyscy by zasnęli.

Niestety, nie było idealnie.

Napisałem, że jest jedna rzecz, dla której koncert ambientowy ma sens – jest nią dźwięk. Prawda jest taka, że czego byśmy nie zrobili, to nie uzyskamy w domu nagłośnienia porównywalnego z dobrze nagłośnioną salą koncertową o doskonałej akustyce. Ok, można zainwestować tysiące złotych w dobry sprzęt i mieć perfekcyjny dźwięk, albo wydać nieco mniej i mieć to samo na słuchawkach, ale to wciąż nie będzie to. Centrum Spotkania Kultur dysponuje możliwie najlepszym nagłośnieniem w Europie, więc muzyka Lustmord powinna słuchaczy totalnie zniszczyć. Zresztą trafiłem gdzieś na wypowiedź samego Williamsa twierdzącego, że posiada w domu sprzęt grający za kilka tysięcy dolarów i jego muzyka najlepiej brzmi właśnie na takim sprzęcie, a jak słuchacz takiego nie posiada, no to to nie jest jego, Lustmorda, problem. Tymczasem… coś nie zagrało.

Nie jestem specjalistą od nagłośnienia i nie chcę za bardzo spekulować, ale problem z dźwiękiem był chyba taki, że od tak brutalnie basowej muzyki jaką gra Lustmord cały obiekt po prostu się trząsł. Może i ma znakomity sprzęt i akustykę, ale nie do takiej muzyki. Dźwięk odbijał się od ścian, elementy konstrukcyjne sali rezonowały w najlepsze i zamiast klarownego i czystego jak stół …BBBBWWWWOOOOAAAAHHHH… jakie powinno się było usłyszeć, …BBBWWWOOOAAAHHH… było warczące i rozedrgane. A takie nie powinno być. Nieważne, że nagłośnienie było ogólnie w porządku – mimo wysokiego poziomu hałasu, dałem radę bez trudu usłyszeć, jak jacyś debile dwa rzędy dalej rozmawiają ze sobą, śmieją się i myślą, że nikt ich nie słyszy (a było potwornie głośno – jak wyszedłem z sali, to głowę miałem jak okręconą poduszką, nie byłem w stanie z nikim porozmawiać przez dobrych kilka chwil póki mi słuch nie wrócił). Problem był taki, że muzyka drgała, wibrowała, trzęsła się i w ogóle nie brzmiało to tak, jak powinno brzmieć i zamiast pozwolić się skupić na muzyce, raczej rozpraszało. Prawdę mówiąc, gdy wrzucam Lustmord na swoje słuchawki, to dźwięk jest czystszy i przejrzystszy niż był w Centrum Spotkania Kultur.

Tak więc nie mogę powiedzieć, że koncert był całkiem bez zarzutu, bo nie był. Łysy facet z laptopem był ok, wizualizacje były bardzo dobre, muzyka była dobra, set świetnie zrobiony, korespondencja dźwięku z muzyką absolutnie fantastyczna i hipnotyzująca, ale sam dźwięk jednak rozczarowywał i zamiast ułatwiać odbiór, to go tylko utrudniał. Dlatego całości koncertu nie mogę ocenić inaczej niż jako tylko dobry. Trudno jednak takie wydarzenie, jak koncert Lustmord oceniać, bo są tak bardzo oderwane od „normalnej” twórczości artysty, że są czymś zupełnie osobnym. Osobno zaś, mimo dźwięku, się to jak najbardziej broniło. Ja jestem zadowolony, że brałem w tym udział.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany