Zamknij oczy. Popatrz przed siebie i wokół siebie.

Wszędzie ciemność.

Właściwie nawet nie ciemność, tylko przestrzeń. Nieskończona przestrzeń. Rozciąga się w każdą stronę, w lewo, prawo, w górę, w dół, z przodu, z tyłu, na zewnątrz i wewnątrz. Drga. Rozciąga się i kurczy. Przesuwa i przegwieżdża. Jej istnienie sygnalizuje tylko dźwięk. Potężny, ogłuszający, monolityczny dźwięk pozbawiony melodii i rytmu.


G

dy wytężyć oczy/uszy, w ciemności pojawiają się kształty. Niewyraźne, nieforemne, nieuchwytne, o zróznicowanej fakturze. Czasami są gładkie i obłe, innym razem szorstkie i kanciaste. Miękkie, delikatne, albo, twarde i zimne. Najczęściej są tak rozległe, że ich ruchy z trudem można zarejestrować. Są jak gigantyczne chmury rozrzedzonego gazu, wypełniającego wszechświat nim zapłonęły pierwsze gwiazdy. W obłokach coś czasem zawiruje, ale rzadko i zawsze przypadkiem.

Ktoś mógłby powiedzieć: super, ale to już było (i nie wróci więcej). I będzie miał trochę racji. Płyty Lustmord, mimo pewnego zróżnicowania, wpisują się zwykle w mniej więcej tę samą, dobrze znaną fanom konwencję i nawet gdy Brian Williams eksperymentuje (np z gitarami elektrycznymi na „[ O T H E R ]” czy „Juggernaut”, albo z ludzkim głosem jak na „The Word As Power”) to to wciąż jest ten sam, stary, dobry Lustmord. W dodatku Williams w swojej muzycznej wędrówce do jądra ciemności przynajmniej dwukrotnie penetrował już otchłanie kosmosu – na znakomitym „The Place Where The Black Stars Hang” i „Trans Plutonians Transmissions” (wydanym pod szyldem ARECIBO, z uwagi na nieco inne podejście do materii muzycznej). Teraz znów leci w kosmos, na nowej, chociaż podobno przygotowywanej od ponad dwudziestu lat płycie, ale nie powtarza się i nie odgrzewa kotleta. Wciąż poszukuje. To dobrze.

lustmord-080816-616x440Porównanie do tej drugiej płyty jest o tyle znaczące, że album ARECIBO wykorzystywał do pewnego stopnia nagrannia kosmicznych dźwięków z archiwów NASA. Do pewnego stopnia. „Dark Matter” składa się z nich już w całości, chociaż bez tej wiedzy raczej trudno by się było tego domyślić. Przetworzone na fale dźwiękowe odgłosy kosmosu są na tyle „kosmiczne” i obce, że pochodzić mogą absolutnie skądkolwiek. Jest to jednak pierwsza od dwudziestu sześciu lat, od czasów „Heresy”, płyta Williamsa, która ponownie wpisuje się jakoś w nurt field recording. Pierwsze produkcje Lustmord zawierały muzykę skomponowaną w całości z odgłosów otoczenia i dzięki temu między innymi zyskały sławę. Teraz znów wraca do metody klejenia nagranych dźwięków. Czy to dobrze? Może dobrze, a może niedobrze.

„The Place Where The Black Stars Hang” zabierała słuchacza w bardzo filmową podróz w głębiny wszechświata, a zróznicowanie materiału pozwalało wizualizować sobie poszczególne utwory na rózne sposoby – na przykład jako pracę silników kosmicznej arki (Aldebaran Of The Hyades), orbitowanie wokół czarnej dziury (Dark Companion) albo powolne dryfowanie w zimnym świetle setek tysięcy gwiazd składających się na jedną z orbitujących wokół Drogi Mlecznej gromad kulistych. Tu jednak tego nie ma. Nie ma obrazów. Jest niezgłębiona otchłań. Jeśli coś się w niej dzieje, to głównie w drugim utworze – Astronomicon, ale tylko na tle poprzednich utworów. Fani progresywnego rocka umrą tu z nudów po trzech sekundach.

Nowy album Lustmord jest bodaj najbardziej minimalistycznym albumem Walijczyka, w wielu miejscach zbliża się do estetyki drone, a jego odbiór jest trudniejszy niż zwykle. W dźwiękowej masie wylewającej się z głośników właściwie nie ma na czym zawiesić ucha, a muzyka, która nigdy nie należała do kategorii easy listening, staje się szczególnie nieprzyjazna i wroga.

Najlepiej słucha się tego bardzo głośno, gdy aż trzęsą się szyby – z albumu wychodzą wówczas wszystkie brzmieniowe smaczki i detale, a faktura dźwięku staje się bardziej trójwymiarowa.

Oceniać się tego nie podemuję. Dokładnie takiego Lustmorda, minimalistycznego, statycznego i stonowanego (tak!) jeszcze nie było, to plus, ale były albumy nieco podobne, co można uznać za minus. Odbiór może skutkować nudą, ale… to jest przeciez ambient, a więc muzyka tła. W tle sprawdza się bardzo dobrze.

Dark Matter zabiera słuchacza w bardzo odległe miejsce, gdzieś w przestrzeni międzygalaktycznej, gdzie naprawdę nie ma już niczego, poza nieskończoną przestrzenią, a odległe drobinki światła to oddalające się z każdą chwilą galaktyki. Nie ma tam niczego, poza ciemną materią.

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany