Przeglądałem sobie pewnego dnia jakieś forum muzyczne i czytałem wypowiedzi na temat nowego albumu CANNIBAL CORPSE, skądinąd całkiem niezłego. Dyskusja toczyła się wokół rzekomego uwstecznienia się Paula Mazurkiewicza, który gra coraz prościej i bardziej kwadratowo. W pewnym momencie trafiłem na wypowiedź, która brzmiała mniej więcej tak, że co wy pierdzielicie, jeśli perkusista Kanibali gra proste patatajce jak perkusista AC/DC, to człowiek z tak „zajebistej” i „odkrywczej” kapeli jak MALOKARPATAN gra pewnie jak goście z ZZ TOP albo MODERN TALKING.


Najpierw się ucieszyłem, że jakiś anon z Internetu kojarzy MALOKARPATAN – uważam, że należy tę kapelę promować gdzie tylko się da, gdyż gra zwyczajnie bardzo dobrą muzykę – ale zaraz potem ogarnęło mnie zwątpienie. Określono Słowaków dwoma epitetami, z których jeden akceptuję, natomiast drugi wywołuje konfuzję. MALOKARPATAN odkrywczy? Chryste Panie, gdzie? Na pierwszej płycie?

Ach, nie, przecież właśnie wydali drugą, a ja jej jeszcze nie przesłuchałem. Może coś się zmieniło. Może teraz są odkrywczy i należy się z nich śmiać, bądź też patrzeć na nich z pogardą, że tacy wtórni. Zadbałem więc o odpowiedni nastrój – czyli nasypałem sobie piwa do miseczki i nalałem orzeszków do kufla – i wziąłem się do słuchania.
W miarę jak ubywało mi orzeszków przybywało nie tylko zaskoczenia, ale i ulgi. „Nordkarpatenland” na szczęście nie jest odkrywczy. Gdyby był, to by mi było przykro, bo przecież MALOKARPATAN odkrywczy nie jest, nie był i być nie powinien. Aczkolwiek niespodzianek na nowej płycie nie brakuje.

Przede wszystkim, to nie jest black metal. Nie, nie i jeszcze raz nie! Black metal był na poprzedniej płycie, podlany niewielką domieszką heavymetalowych riffów, tu zaś jest tylko heavy metal i prawie nic więcej. Spodziewałem się, że mogą pójść w tym kierunku, na to wskazywały sugestie w wywiadach, ale że polecą na całość i nagrają album stuprocentowo heavymetalowy, to się nie spodziewałem. „Nordkarpatenland” jest w dodatku tak bardzo nieodkrywczy, że nie wiem, czy jest możliwe nagranie czegoś jeszcze mniej odkrywczego.

No bo co tu może być odkrywcze? Ta faktycznie kwadratowa perkusja i czytelne, przejrzyste brzmienie? Te riffy, które brzmią jak katalog najfajniejszych melodii metalu z lat osiemdziesiątych? Ten brzmi jak VENOM, tamten jak MOTORHEAD, jak JUDAS PRIEST, IRON MAIDEN, SAXON, ACCEPT, RUNNING WILD, jeszcze inny jak BULLDOZER i CELTIC FROST zmiksowane z MERCYFUL FATE i wczesnym KING DIAMOND (o, tu to nawet jakieś wokalne reminescencje się pojawiają)? Dwa następne są jak nieślubne dziecko ANGEL WITCH, SARCOFAGO i dwustu bardzo podziemnych kapel z Czechosłowacji, które próbowały naśladować taką muzykę w latach osiemdziesiątych i pewnie nigdy bym o nich nie usłyszał, gdyby nie fakt, że osoba prowadząca fanpage MALOKARPATAN na facebooku wrzuca czasami takie szlagiery na ścianę! A pomiędzy tym wszystkim pałętają się nawet jeszcze starsze motywy – okruszki z płyt DEEP PURPLE czy wczesnego BLACK SABBATH. Jest to wszystko bardzo, ale to bardzo nieodkrywcze, a jednocześnie bardzo, ale to bardzo słuchalne. Numery wpadają w ucho, solówki same się nucą pod nosem i tylko tytuły trudno zapamiętać, bo wszystko jest tu pisane/śpiewane w języku słowackim.

Po namyśle wydaje mi się, że intro jest odkrywcze, bo deklamowany tam tekst napisany jest w języku francuskim, a nie w słowackim, no i jest to cytat, czyli jest tak jakby trochę ambitniej, niż w zwykłym heavy. Przez moment można się nabrać i pomyśleć, że to jakieś nowe PESTE NOIRE, ale to zwodnicze wrażenie na szczęście szybko mija, a cała reszta płyty to już rzeczy znane, lubiane, kochane, zmiksowane na gładko i podane w glinianej misce na pożarcie słuchaczowi gustującemu w potrawie „brudny i nośny heavy/speed metal bez udziwnień”. Nie, przepraszam, okładka też jest jakaś mało heavymetalowa, ale to akurat dobrze.

A co z black metalem? Cóż, wokale są brudne, brzydkie i trochę w duchu VENOM, bo ta muzyka w ogóle jest dość brzydka (w końcu heavy to nie tylko rajtuzy i zabijanie smoków), ale jak zestawić „Nordkarpatenland” z VENOM, to jednak Słowacy grają zdecydowanie grzeczniej i ewidentnie żaden black metal ich teraz nie interesuje.
Cały dowcip polega na tym – może jest to wina tego, że wypiłem już wszystkie orzeszki, ale może jednak nie – że, pomimo braku odkrywczości, nie ma w tej muzyce niczego wtórnego. Ot, całościowo brzmi ten album tylko i wyłącznie jak MALOKARPATAN. Chłopaki tak gładko sobie wszystkie wpływy zmiksowali, że nie da się ich zredukować do żadnej innej kapeli, mimo tego, że można palcem wskazywać skąd jest wzięty każdy riff i spędzić na tym zajęciu cały wieczór. „Nordkarpatenland” to właściwie zabawa w „Jaka to melodia?”, co zresztą daje mnóstwo radochy, bo podskórnie mam wrażenie, że to naprawdę nie jest wykalkulowana archeologia, tylko jacyś metalowcy na Słowacji ewidentnie kochają stary heavy metal i się ta miłością za pośrednictwem muzyki dzielą z całym światem. Nawiasem mówiąc, to samo robią ze swoją miłością do norweskiego black metalu w pobocznym projekcie KROLOK, o którym na łamach portalu też już kilka słów padło.

Takie płyty nagrywa się dzisiaj rzadko. Brzydkie, toporne, ale jednocześnie pełne fantastycznych riffów i melodii, od których głowa sama się kiwa, a to wszystko w duchu lat osiemdziesiątych, w których niemal na pewno by nie mogła powstać. Nikt chyba nie miał wtedy dostępu do takich ilości muzyki, żeby tak mocno cytować i sklejać brzmienia, jak to robią Słowacy, którzy nie osuwają się przy tym w jakiś nieheteronormatywny, heheszkowy postmodernizm. Ich muzyka to taki destylat: czysty i mocny jak bimber pity w lesie, przy ognisku i na dwudziestostopniowym mrozie. No i bardzo dobrze.

Z satysfakcją i spokojem ducha stwierdzam więc, że nowy MALOKARPATAN absolutnie odkrywczy nie jest i, po raz kolejny, że nie warto przejmować się tym, co ludzie piszą w Internecie. Bo i po co, skoro wszyscy bzdury piszą?

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany