W udzielonym niedawno wywiadzie gitarzysta MALOKARPATAN powiedział, że o Polsce wie mniej więcej tyle: że mieliśmy trudną i mroczną historię, że podziwia Jan III Sobieskiego, że jest fanem filmu „Wilczyca”, „666” KATA, wczesnego GRAVELAND i CULTES DES GHOULES, a koszmary wywołują u niego wspomnienia nagrań polskiej gwiazdy youtube,taplającego się w błocie Gracjana Roztockiego. Ten dziwaczny zestaw niewiele mówi o prawdziwej Polsce, ale za to prawie wszystko o MALOKARPATAN.


S

łowacki black metal jest mi raczej obcy, przyznam się bez bicia. MALOKARPATAN wyskoczył trochę jak diabełek z pudełka, wydając w 2015 roku pierwszą i jak dotąd jedyną płytę, Stridžie Dni, która całkiem nieoczekiwanie okazała się może nie hitem, ale na pewno przykuła uwagę w głębokim podziemiu. Na tyle dużą, że założony właściwie dla jaj poboczny projekt muzyków REMMIRATH zmęczonych ambitniejszym graniem przekształcił się w pełnoprawną kapelę, zaczął koncertować i smaży już kolejny album.

fullsizerender-4Od kilku lat można obserwować w black metalu odwrót od „trendu religijnego”. Ambitne muzycznie i intelektualnie granie najwyraźniej wyczerpało swoją formułę, nowe płyty uznanych kapel trzeciej fali (bo chyba można już o czymś takim mówić) są w najlepszym wypadku poprawne, nie wzbudzają emocji i najwyraźniej już nie inspirują. Na scenie postępuje stopniowy nawrót do lasu, z roku na rok na coraz większą skalę, a tryumfy zaczynają święcić kapele, które zamiast patrzeć w przód i kombinować, sięgają w przeszłość, przetwarzając stare wzorce na nową modłę. Międzynarodowy sukces polskiej MGŁY jest tu najlepszym przykładem; podobne mechanizmy stoją pewnie też za popularnością sceny z Trondheim i tych wszystkich kapel pokroju MARE czy ONE TAIL ONE HEAD.

MALOKARPATAN też patrzy w przeszłość i też powstał w wyniku tych samych procesów, tylko oczywiście w skali mikro. Muzycy REMMIRATH, grający dotychczas podobno trochę eksperymentalną, wymagającą wersję black metalu, która poza Słowacją chyba nigdzie nie spotkała się z żadnym odzewem, założyli – pewnie dla odprężenia – boczny projekt, żeby pograć sobie muzykę prostszą i mniej zobowiązującą, w stylu swoich ulubionych zespołów sprzed lat. I nagrali płytę. I chwyciło.

Problem z graniem w stylu retro jest taki, że zbyt łatwo jest wpaść w pułapkę utraty tożsamości i kopiowania swoich idoli. Bodaj najlepiej to widać w gronie zespołów nawiązujących do lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale ta fala retrogrania na szczęście powoli się wyczerpuje i bardzo dobrze, bo można na palcach jednej dłoni policzyć zespoły, które cokolwiek wnoszą i grają „po staremu i po swojemu”. GRAVEYARD, WITCHCRAFT (ale dopiero na „Legend”) albo KING GIZZARD AND THE LIZARD WIZARD to świetne przykłady – nie da się wziąć tych zespołów i powiedzieć, że grają jak ktoś inny. Grają po swojemu, tak jakby się rzeczywiście urwały z epoki a świat skończył się na jedynce BLACK SABBATH. Są jeszcze zespoły, które grają retro w sposób mniej oczywisty i chociaż inspiracje są jasne, to ich muzyka w życiu by nie mogła wówczas powstać – ot, ELECTRIC WIZARD na przykład. Albo – to już w black metalu, ale nie mogę się powstrzymać, żeby nie wspomnieć, bo to zespół zasługujący na osobny artykuł – dziwaczny, norweski FURZE.

img_7662Ten sam problem dotyczy każdej innej „retrocsceny”, psychodelicznej, blackmetalowej, czy jakiejkolwiek innej. Zespoły takie jak MGŁA, CULTES DES GHOULES, czy MALOKARPATAN doskonale go omijają. O ile jednak dwa pierwsze zespoły grają „na poważnie”, o tyle MALOKARPATAN to czechosłowacki teatr absurdu w najlepszym wydaniu. „Stridžie Dni” to album bardzo, bardzo ludyczny. Przaśny i buraczany jak śmianie się z tego, że ktoś pierdzi w skórzane portki („Konopielka” się kłania). Kultura chłopska jest najwyraźniej muzykom bliska, na co wskazuje i piękna, stylizowana na ludowe obrazki okładka i teksty, pisane w języku słowackim. Nie znajdziemy w nich natchnionych modłów do Lucyfera; są w nich za to uroczo przaśne ludowe opowiastki o pijanych chłopach, czarownicach i mieszkających w jeziorach pół ludziach, pół wołach. Wszystko mówią tytuły: (tłumacząc na polski) „O jednym takim, który po pijanemu rozum stracił i spędził noc w chlewie”, „O winie, jak prawił uczony Hugon Gavlovic z Horowców” albo – mój faworyt – „Starzec z lasów, który bydło swe siekierą zarżnął”. Humoru, jak łatwo się domyślić, nie brakuje. Atmosfery dodają sample wzięte chyba ze starych czechosłowackich filmów, nie ma za to żadnych instrumentów ludowych i bardzo dobrze.

To jest właśnie, proszę państwa, prawdziwy folk metal. Nie skoczne potupajki z fletem i organkami, tylko natchnione samogonem pijackie pieśni z ciemnych chat na skraju karpackich lasów, jeno przepisane na współczesną, blackmetalową formę. MALOKARPATAN sięga do ludowości bardzo głęboko, do samego jej jądra. A tam jest i przaśno i straszno, często śmiesznie i trochę poważnie. Koresponduje z tym wizerunek sceniczny. Kilku facetów z wąsami i przetłuszczonymi włosami, którzy stoją, chwiejąc się od nadmiaru piwa, i grają jak natchnieni, jakby byli na próbie. Brakuje tylko bawełnianych dresów i klapków Kuboty, ale pewnie i na to, wzorem MASTER’S HAMMER, przyjdzie czas. We wspomnianym wywiadzie padła sugestia, że wyglądają jak kapela weselna – pomijając muzykę, to wszystko sie zgadza! A basista zespołu podobno w takiej weselnej kapeli sobie swego czasu dorabiał.

Czeski MASTER’S HAMMER to też dobry pretekst, żeby rzucić kilka słów o muzyce. Słuchanie „Stridžie Dni” to trochę jak branie udziału w „Jaka to melodia?” – Słowacy mieszają tak wiele wpływów, że trudno wskazać riff, który gdzieś, kiedyś już by się nie pojawił. Jednocześnie robią to tak zręcznie, że miks jest homogeniczny i brzmią dokładnie tak, jak oni sami i nikt inny. Czy tam prawie nikt – bo jeśli by chcieć wskazać jakieś podobne muzycznie zespoły, to ten MASTER’S HAMMER przychodzi na myśl od razu. Klimat rzeczywiście jest podobny, ale to bardzo duże uproszczenie. Strzidze Dni to nie jest kopia „Ritual” czy „Jilemnicky Okultista”. Mnóstwo w tej muzyce starego grania – jest więc wczesny BATHORY i VENOM, jest węgierski TORMENTOR i cała masa heavy metalu ukrytego pod blackmetalowym brzmieniem; linie basu w niektórych miejscach odsyłają prosto do twórczości BLACK SABBATH. W jednym zdaniu można powiedzieć, że Strzidze Dni brzmią jak kolaboracja CULTES DES GHOULES z LICHO coverująca MERCYFUL FATE. A to wszystko zmieszane, zmiksowane i zaserwowane na ręcznie malowanym talerzu jak najprzedniejsza golonka.

MALOKARPATAN nie przekracza Rubikonu i nie dokonuje żadnej transgresji; nie ma co nikomu wmawiać, że ich debiut to album wybitny, przełomowy, 10/10 i nie wiadomo co jeszcze. Posiada jednak własną tożsamość i słucha się go doskonale, to już wystarczający powód, by się nim zainteresować. Frajdy z odsłuchu jest cała masa, Mam nadzieję, że to początek i planowana na 2017 rok płyta będzie jeszcze lepsza; sądząc po wywiadzie i nowym numerze z koncertu we Wrocławiu (można usłyszeć na youtube), będzie tam jeszcze więcej heavy metalu, a to doskonała wiadomość, bo nawiązywanie do heavy metalu wychodzi im dużo lepiej niż klasykom z DARKTHRONE; u Norwegów muzyka jest strasznie toporna i pozszywana „na słowo honoru”, natomiast w MALOKARPATAN mamy bardzo spójną, homogeniczną mieszankę, gdzie black metal i elementy heavy łączą się w jednolitą, bardzo naturalnie brzmiącą całość.

Oby tak dalej.

Podobne Posty

Jedna odpowiedź

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany