W sobotę, 21 maja w warszawskiej Progresji zagrali Bio-Cancer, Origin, Immolation i Marduk. Nie był to koncert mojego życia, ale uważam, że zdecydowanie warto było się na niego wybrać. Jeden zespół przegapiłem, jeden mnie rozczarował, jeden zagrał dobrze, ale chyba poniżej swoich możliwości… no i Marduk. Marduk był najlepszy! 🙂


Sobotni koncert zaczął się małą wpadką – nie wiedzieć czemu zarówno ja, jak i kumpel z którym się wybrałem, pomyliliśmy godziny i gdy weszliśmy do klubu akurat skończył grać Bio-Cancer. Ten zespół nie jest objawieniem na scenie thrash metalowej, ale lubię zarówno ich debiut jak i ubiegłoroczny „Tormenting the Innocent” i miałem ochotę zobaczyć Greków na żywo. Cóż, widoczni los chciał inaczej…


Z brzmieniowymi niedostatkami

IMG_5099Origin widziałem po raz drugi – za pierwszym razem w Krakowie, gdy byli po nagraniu świetnej i bardzo niedocenianej „Omnipresent”. Mimo, że lubię ich płytowe dokonania, po występie na żywo nie spodziewałem się wiele – bałem się, że ta techniczna i gęsta muzyka dozowana ze sceny może okazać się ciężko strawna i po prostu nudna. Nic z tych rzeczy – w krakowskiej Fabryce Origin mnie zmiażdżył – zabrzmieli selektywnie, porywająco, doskonale. Szalałem pod sceną jak rozwścieczony byk na korridzie, a po powrocie do domu zrobiłem sobie maraton z ich dyskografią.

Do Progresji wybrałem się więc z rozbuchanymi oczekiwaniami – tym bardziej, że jakiś czas temu przed występem Gorguts, Jason Keyser jako wokalista Psycroptic, ujął mnie swą żywiołowością.

Niestety piątkowy występ Origin pozostawił duży niedosyt, by nie powiedzieć rozczarowanie. I to nawet nie ich wina, ale słabego brzmienia. Imponowała gra na basie, ale nie bardzo było ten bas słychać, czarowały gitary, ale momentami ginęły w partiach rytmicznych, Jason Keyser za mikrofonem dwoił się i troił, ale jego wokal był bez siły i mocy – zbyt mało słyszalny, zbyt często niknął w muzycznym huraganie. Jako support Origin sprawdził się doskonale, a wodzirejskie zapędy Keysera pewnie kiedyś przejdą do legendy. Było zachęcanie do młyna, był podział publiczności na fanów death metal i fanów black metalu i ich spektakularne starcie przy muzycznym akompaniamencie. Niedosyt jednak pozostaje bo uważam, że Origin to absolutnie pierwsza liga i z ich potencjałem mogli zagrać nawet koncert wieczoru.


Przyzwoity koncert genialnego zespołu

IMG_5112Immolation widziałem już nie raz nie dwa i nie trzy… dokładnie nie pamiętam ile, ale sporo. Nigdy nie zawiedli, nigdy nie zagrali słabego koncertu. Najbardziej utkwił mi w pamięci chyba ten krakowski z Napalm Death i Macabre – zarówno brzmieniowo, jak i repertuarowo ścieli mnie wówczas z nóg – w przenośni i dosłownie. Z ich koncertami jest tak, że często czuję niedosyt nie ze względu nawet na ich muzyczną formę, ale dobór kompozycji. Powiedzmy sobie wprost – Immolation ma tyle powalających utworów, że ich koncerty są po prostu za krótkie.

Gdy w piątek zaczęli swój występ w Progresji początkowo zupełnie nie brzmieli i koncert nie zapowiadał się obiecująco. Na szczęście po pierwszych dwóch utworach znacznie się poprawiło i gdy wybrzmiał „Father, You’re Not a Father” z mojej ukochanej „Close Close to a World Below” byłem już prawie kupiony. Prawie – bo nie do końca mi pasowało brzmienie perkusji, zbyt głośne stopy i momenty, w których wydawało się, że biegnie ona gdzieś obok gitar i żyje swoim własnym życiem. Zagrali przekrojowo – najwięcej oczywiście z „Kingdom of Conspiracy” (którą uważam za bodaj ich najsłabszy album), poza tym chyba po jednym kawałku z każdego ze starszych krążków. No może z „Harnessing Ruin” nic nie było – ale ręki nie dam sobie uciąć, bo mogę nie pamiętać. Podsumowując powiedziałbym chyba, że to był przyzwoity koncert wybitnego zespołu. W szerszej skali świetny – jak na nich, mogło być lepiej. Swoją drogą – Ross Dolan te swoje włosy to chyba obornikiem podlewa, że mu tak pięknie rosną. Za młodu nerkę bym oddał za takie owłosienie. Chłop już grubo po czterdziestce, a gdyby mu ściąć kudły to można by z nich zrobić pokaźny gobelin, albo utkać palta na zimę dla rodziny 500 +.


Czczony nie tylko w Mezopotamii

IMG_5135No i na koniec Marduk. Nie mam pojęcia ile już razy widziałem koncerty Szwedów, ale chyba tylko Vader ma realną szansę by przyćmić ich liczebność. Marduk nigdy nie rozczarowuje, choć jako, że nie jestem entuzjastą „Panzer Division Marduk” to przyznam, że gdy jakiś czas temu grali ten krążek w całości, to udało mi się dyskretnie ziewnąć ze trzy razy.

Marduk to ikona black metalu. Może sobie młodzież mówić, że „nudne, wtórne i na jednym riffie”, można zaklinać rzeczywistość, ale prawda jest taka, że do poziomu Szwedów niewiele zespołów black metalowych dorasta. A tym bardziej na żywo. Przyznaję, że na przełomie wieków opuszczała mnie wiara w ten zespół, a na wysokości „World Funeral” zacząłem mieć wrażenie, że ich formuła zaczyna się wyczerpywać. Na szczęście znaleźli na to lekarstwo zatrudniając charyzmatycznego Ariocha – nie bójmy się tego stwierdzenia – wokalistę, który nie ma sobie równych na współczesnej scenie black metalowej. On dał Marduk nowe życie – uduchowił i wyniósł na wyższy poziom. Szkoda, że stało się to kosztem genialnego Funeral Mist…

W piątek Marduk pokazał klasę – zabrzmiał selektywnie i brutalnie, a Arioch (lub jak kto woli Mortuus) po raz kolejny udowodnił, że jest doskonały i jego niesamowite partie wokalne nie są jakimiś kuglarskimi studyjnymi sztuczkami, ale płyną prosto z gardła. Pięknie sprawdzają się te wokalizy – zarówno w tym nowszym materiale, jak i w klasycznych utworach, oryginalnie nagranych z Legionem czy Af Gravfem.

Najszybciej biło mi serce przy „Materialized in Stone”, „Souls for Belial” (cóż to jest za utwór!) i „Wolves”. Żałuję, że nie zagrali nic z „Heaven Shall Burn…” bo osobiście cenię tę płytę bardziej niż cztery następne.

No i były aż dwa bisy „Fistfucking God’s Planet” oraz „Warschau”. Jeden z najlepszych koncertów Marduk jakie dotąd widziałem.

I dwa filmiki z tego koncertu:

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany