Gdy ogłoszono, że XXIII edycja Metalmanii dojdzie do skutku, nie wiedziałem czy jechać. Do Katowic jest ode mnie daleko, w stosunkowo niewielkim czasie upchano mnóstwo kapel, które pewnie nie dadzą rady pokazać, na co je stać (dwadzieścia dwa zespoły w czternaście godzin, co to za pomysł w ogóle?), a do tego w charakterze gwiazd miały wystąpić SAMAEL i MOONSPELL, czyli dwa trochę już zwietrzałe zespoły, nawet jeśli ten pierwszy osobiście bardzo sobie za wczesne dokonania cenię. Z drugiej strony, zachęcała bardzo niska cena i fakt, że może większość zaproszonych gości nie podnosi bardzo ciśnienia, ale mimo wszystko fajnie by ich było zobaczyć w akcji, ze szczególnym naciskiem na CORONER (chyba jedyną naprawdę wybitną kapelę w składzie). Nie sposób też nie wspomnieć o magii nazwy – Metalmania, wielka, kultowa Metalmania, no jak tu nie jechać?

Krótka walka z wątpliwościami zakończyła się zakupem biletu. Niech stracę.

Obudziłem się w sobotę o czwartej rano, wstałem i w stanie agonalnym powlokłem się na dworzec PKP. Polskie koleje wyjątkowo mnie nie zawiodły i o jedenastej pięćdziesiąt cztery byłem już w Katowicach. Metalmania trwała już od godziny, a ja ciągle liczyłem, że zdążę na TYGERS OF PAN TANG.

Walka z czasem

Spodek jest blisko dworca, ale sporo czasu zajęło mi szarpanie się ze skrytkami na dworcu, więc pod halą stawiłem się dopiero o w pół do pierwszej. Straciłem ANIMATIONS, STILLBORN i MENTOR – tego ostatniego szczególnie żałuję – no ale trudno, to nie są zespoły, których nie da rady złapać przy jakiejś innej okazji.

Wszedłem do środka i poleciałem do kolejki po opaskę. W tle słychać charakterystyczne heavymetalowe zawodzenie. Po kilku minutach dostałem opaskę, znakomicie – ale jeszcze trzeba się dopchać do szatni. I tu niespodzianka. Ludzi mnóstwo, a czynna szatnia póki co tylko jedna, w dodatku obsługiwana przez dwie panie. Porażka. Postałem sobie ponad kwadrans w kolejce, powoli oswajając się z myślą, że z przyczyn niezależnych TYGERS OF PAN TANG nie zobaczę. Nie zobaczyłem. Szkoda. Dotarłem na górę dokładnie w momencie, gdy schodzili ze sceny.

A ja widziałem i MENTOR i TYGERS OF PAN TANG i muszę przyznać, że obie kapele pozytywnie mnie zaskoczyły. Gdy niedawno widziałem MENTOR grających przed CHRIST AGONY poczułem się rozczarowany – ten doskonały konglomerat thrash, black i hardcore, który urzekł mnie z płyty, na żywo wydał mi się takim hardcorowym niewiele wnoszącym bandem. Nie wiem czy tego dnia oni rzeczywiście byli w słabszej dyspozycji, czy to ja niedomagałem – fakty są takie, że na Metalmanii wypadli doskonale, emanując energią i agresją. Trudno wyobrazić sobie lepszy początek festiwalu. 

O TYGERS OF PAN TANG słyszałem wiele złego – że to powrót na siłę, że skład inny, że geriatria. Rzeczywistość okazała się zgoła odmienna – dinozaury NWOBHM zagrały z polotem i wdziękiem, a śpiewający Jacopo Meille imponował nie tylko głosem, ale także charyzmą i scenicznym magnetyzmem, który cechuje największych tuzów sceny. Osobiście był to dla mnie jeden z najlepszych występów tegorocznego festwialu. 

Maria Konopnicka

Pozamuzyczne atrakcje

Skoro z Tygrysów nic nie wyszło, postanowiłem rozejrzeć się po okolicy i zobaczyć, jak to wszystko działa.

Trzeba przyznać, że organizatorzy postawili na moc zabaw i atrakcji, i pomimo drobnych niedogodności impreza została zorganizowana dość sprawnie. Ogromnym plusem była możliwość wchodzenia i wychodzenia ze Spodka; biorąc pod uwagę, że festiwal trwał kilkanaście godzin, było to zbawienne dla każdego, kto chciał się przewietrzyć, odpocząć, coś zjeść albo wypić. Pod Spodkiem zorganizowano strefę z żarciem – w kilku foodtruckach można było kupić zapiekanki, burgery i różne tego typu fastfoody w, powiedzmy, raczej akceptowalnych cenach. W pobliżu przyjemnie spędzali czas uczestnicy imprezy spożywający zakupiony w pobliskim Freshu alkohol. W Spodku piwo też było, ale powiedzmy dyplomatycznie, że cena była niewspółmierna z jakością. Bywa.

W wewnętrznym korytarzu Spodka można było natknąć się na miejsce, gdzie zespoły wychodziły spotkać się z fanami, na stoiska z merchem oraz różnymi dziwnymi gadżetami, na stoisko z tatuażami, punkt medyczny, wystawę prac Zbigniewa Bielaka (której posępnie przyglądał się z kąta sam Bielak, podpisując nabyte na stosownym stoisku odbitki i plakaty), oraz, pod schodami, na scenę. Wystawa nie była zbyt oblegana, a szkoda, bo umieszczono na niej mnóstwo interesujących prac, zarówno tych znanych z okładek WATAIN, MAYHEM, PARADISE LOST, GHOST i innych, jak też takich, które na żadne okładki (póki co) nie trafiły.

Z końca korytarza dobiegały podejrzane odgłosy. Poszedłem tam, wiedziony zaciekawieniem i trafiłem na drugą scenę. I tu niespodzianka, niestety niepozytywna.

Drugą scenę wciśnięto w wąską przestrzeń na końcu korytarza, przegrodzoną schodami, zasłaniającymi ją w połowie. Rozwiązanie to zasługuje tylko na jedno stwierdzenie: porażka. Akustyka tego miejsca z oczywistych powodów nie powalała, a nagłośnienie było tak podkręcone, że nie było słychać niczego poza potwornym piłowaniem rozwalającym głowę, odbijającym się od ścian, załamującym po kątach i zamieniającym muzykę w kompletne gówno. Jeśli wziąć pod uwagę, że grały tam zespoły specjalizujące się w gęstej, ciężkiej i hałaśliwej muzyce, to musiało się skończyć tragedią, czyli ścianą dźwięku, z której dało się może coś wyłowić, ale przyjemności ze słuchania wiele w tym nie było. Żadnego koncertu na małej scenie nie dałem rady obejrzeć w całości, poza większością IMPALED NAZARENE.

Dla mnie niespodzianki nie było – bo mała scena była dokładnie w tym samym miejscu co na poprzedniej „spodkowej” edycji Metalmanii. Co do brzmienia – rzeczywiście na niektórych koncertach było ono okrutne i bezkompromisowo głośne. Podczas występu IN TWILIGHT’S EMBRACE uszy krwawiły, a zęby grzechotały. Kryzys miałem też przy Mord’a’Stigmata gdy decybele pruły mosznę i ściągały skalp z głowy. Jednak wiele koncertów obejrzałem z przyjemnością i bez narzekania na warunki brzmieniowe. Szczególnie dotyczy to INFERNAL WAR i STILLBORN – obie kapele pokazały wielką klasę i zabrzmiały całkiem przyzwoicie. 

Na szczęście na dużej scenie wszystko grało należycie. Dźwięk na płycie był bardzo dobry: głośny, selektywny i przejrzysty. Tu, na marginesie, drobny minus – przy każdym wejściu na płytę trzeba było pokazywać bilet obsłudze, na wypadek gdyby na płytę chciał się wepchać ktoś z sektorów. Nic szczególnego, ale było to strasznie upierdliwe. A wystarczyłoby wprowadzić dwa kolory opasek i nie byłoby z niczym problemów.

Zespoły występowały punktualnie niemal co do minuty. Jedyna duża obsuwa przytrafiła się tylko na samym końcu. FURIA zaliczyła problemy techniczne i zaczęła z piętnastominutową obsuwą, ale wcześniej wszystko działało jak w zegarku, co należy uznać za ogromny plus. Niestety, jest też miejsce dla łyżki dziegciu w postaci Łukasza Orbitowskiego. Szanuję tego człowieka jako pisarza, ale na konferansjera się po prostu nie nadaje. Jego krótkie zapowiedzi poszczególnych kapel były żenujące, nieśmieszne i zupełnie niepotrzebne.

Pierwsza kapela, którą usłyszałem, był THERMIT. Widziałem ich trzy lata temu w jakiejś knajpie w Lublinie, gdzie grali razem z PARRICIDE. Wtedy raczej nie zdmuchnęli mi czapeczki z głowy, ale w Katowicach zaprezentowali całkiem niezły poziom, o ile można to było oceniać w warunkach panujących na małej scenie. Ot, taki skoczny heavy/thrash metal z drobnymi elementami rocka czy hardcore. Taka radosna potupajka do piwa, niby nic więcej, ale też nic mniej, więc było całkiem miło i chętnie bym kiedyś jeszcze na ich koncert skoczył.

Mnie ten zespół z roku na rok zadziwia coraz większym profesjonalizmem – stylistykę, w której się poruszają można lubić bądź nie, ale instrumentalnej klasy odmówić im nie sposób. Występ na Metalmanii bardzo dobry. 

Gdy tylko zeszli ze sceny, poleciałem na halę, gdzie właśnie szykował się holenderski SINISTER (Orbitowski: „Słyszałem, że za chwilę ma zagrać SINISTER… oto oni, niech wam głowy odpadną”). Ta kapela to, jak wiadomo, klasyk death metalu i twórcy jednej z najlepszych (jeśli nie najlepszej) europejskiej płyty z death metalem, czyli „Cross the Styx”, więc oczekiwania można było mieć wysokie, chociaż, z drugiej strony, zespół ten od lat turla się w drugiej lidze i nagrywa podobne do siebie płyty z tylko przyzwoitą mielonką. I tak też zagrali, poprawnie i nic ponadto. Był przyzwoity, bardzo profesjonalny łomot, widać, że to zawodowcy i chałtury nie odwalają, ale grali strasznie na jedno kopyto i niewiele z tego wynikało. Pół godziny jednostajnej łupanki bez większego kopa. Odniosłem wrażenie, że gdyby dostali więcej czasu, to by było lepiej, bo pod koniec zaczęli się wyraźnie rozkręcać. Ostatni numer wypadł zdecydowanie najlepiej, a wzięty był z ostatniej płyty właśnie. No cóż, bywa.

Spóźniłem się bo akurat gdy zaczynali uciąłem sobie pogawędkę z chłopakami w INFERNAL WAR. To co usłyszałem podobało mi się, choć nie zrobili na mnie aż tak dużego wrażenia jak podczas występu sprzed jedenastu lat gdy zagrali z OBITUARY i GRAVE w warszawskiej Stodole. Nie zgodzę się, że ostatnio poruszają się po w drugiej lidze – uważam, że po chwilowej zniżce formy, począwszy od płyty „Afterburner” nagrywają muzykę więcej niż przyzwoitą. Problemem SINISTER jest to, że są zupełnie nieefekciarscy 0 ich death metal to trochę taki death metal środka, stojący w opozycji do aktualnych trendów. Są kapele brutalniejsze, są kapele bardziej techniczne, są bardziej oldschoolowe i czy bardziej innowacyjne. SINISTER pozostał w swoim świecie – w death metalu, który grało się w połowie lat 90. i który dziś w ten sposób grany jest przez bardzo nielicznych. 

IN TWILIGHT’S EMBRACE odpuściłem (świetny koncert, choć stężenie decybeli ścinało białko we krwi – przyp. M.K.), więc następny w kolejności był ARCTURUS („Przed wami zespół, dzięki któremu metale zaczęli chodzić do teatru”). Nigdy nie szalałem za tym zespołem, ich groteskowa muzyka wchodząca radośnie na pole potwornego kiczu skutecznie mnie od siebie odstraszała, chociaż po koncercie chyba ulega to zmianie, bo pisząc ten tekst słucham „La Masquerade Infernale” i, o zgrozo, bardzo mi się podoba dokładnie z tych samych powodów, z których wcześniej nie dawałem rady przebrnąć przez choćby jeden numer.

Na koncercie spotkała mnie niespodzianka, bo jest to zespół niesłychanie sprawny technicznie i grający z ogromnym zaangażowaniem, luzem i radością. Może to i paru poubieranych w tandetne stroje facetów, grających cekiniarski, żenujący, groteskowy mariaż black metalu, rocka progresywnego i jakichś quasi-operowych zaśpiewów, które więcej wspólnego mają z QUEEN niż z operą, ale, dobry diable a nasz panie, to działa. Wizerunek jest spójny z muzyką, niby jest to niemal szczyt żenady, ale podany tak bezpretensjonalnie i szczerze, z sercem, że nie jestem w stanie tego nie kupić. Zjedli mnie całkowicie świeżością, radością i autentyzmem grania, połączonym z wykonawczą perfekcją. Nie było w tym żadnej ściemy, tylko grupa świetnych muzyków mających kaprys grać kolorowe, posypane brokatem badziewie. Jak się wam podoba to super, a jak nie, no to wiecie gdzie są drzwi, a ja przyznam się, że na koncertach najbardziej sobie cenię właśnie autentyzm i zaangażowanie. Pod tym względem ARCTURUS stanowił całkowite przeciwieństwo SAMAEL, o czym będzie jeszcze mowa.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o Vortexie. Facet wokalnie zostawił całą konkurencję daleko w tyle, a chociaż niekoniecznie podobało mi się to, CO śpiewał, to to JAK to śpiewał całkowicie mnie zniszczyło. „Chaos Path” rozsmarowało mnie po podłodze.

Ja natomiast za ARCTURUS szalałem na wysokości ich drugiej płyty (debiut mnie rozczarował, w stosunku do MCD „Constellation”), a „La Masquerade Infernale” mną wstrząsnęła, zawładnęła, a po latach… zdezaktualizowała się jak mało która. Doceniam kunszt, doceniam warsztat – ale podobnie jak na Brutal Assault dwa lata temu oglądałem występ Norwegów z zażenowaniem. O ile zawsze balansowali na granicy kiczu, tak teraz śmiało i świadomie ją przekraczają. Muszę jednak przyznać, że między muzyką, a ich sceniczną prezentację zachowana jest doskonała spójność. Estetycznie jednak dla mnie to poziom taniej operetki jeżdżącej z występami po sanatoriach i domach starców. 

Po ARCTURUS wyszedłem na małą scenę, ale nie dałem rady słuchać jak warunki masakrują muzykę MORD’A’STIGMATA, więc poszedłem się przewietrzyć, wypić piwo i wróciłem na ENTOMBED AD.

Pośmiertne wcielenie ENTOMBED raczej nie trafia do mnie z płyt, ale na żywo to całkiem inna bajka. Panowie łoją tak, że kapcie spadają i jeżeli chodzi o poziom energii, to mało kto im może podskoczyć. Na metalowym koncercie powinien być ogień, no to był! Petrov był, jak można było zauważyć, wyraźnie wstawiony i kilka razy miałem wrażenie, że zaraz puści na scenę pawia, ale dał sobie radę, mimo stałego dolewania piwa w trakcie występu. Pełen profesjonalizm. To był jeden z najjaśniejszych momentów Metalmanii i szkoda tylko, że grali tak krótko, no ale takie są prawa festiwali. Dodatkowy plus za świetne wykonania „Left Hand Path” i „Wolverine Blues”.

Nic dodać nic ująć. Do mnie też z płyt studyjnych ENTOMBED A.D. nie przemawia (a szczególnie za sprawą ostatniej), na scenie natomiast miażdżą bezwzględnie. Kto wie czy nie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej?

Następnie skoczyłem na INFERNAL WAR i oczywiście srodze się zawiodłem, ale nie dlatego, że koncert był słaby, bo wprost przeciwnie, zagrali tak, że się tłuszcz na brzuchu sam spalał. Niestety, oprawa była do tej muzyki tak nieprzystająca, że doszedłem do wniosku, że złapię ich kiedyś na jakimś koncercie w klubie, a teraz sobie daruję, żeby nie psuć sobie wrażeń. Niewiele było słychać, światło dnia wpadało przez okno, nic się nie dało zobaczyć zza schodów, klimatu zero, no szkoda czasu. Przesłuchałem ze trzy numery i poszedłem, zaraz po brawurowo wykonanym „Into Dead Soil”.

A mi to światło dnia w ogóle nie przeszkadzało. INFERNAL WAR to zespół tej klasy, że dla mnie mogliby zagrać nawet w spodniach hawajskich, stojąc na deskach windsurfingowych na plaży na Karaibach, a i tak byłbym zachwycony.  

VADER przygotował na koncert niespodziankę, chociaż jeśli się uważnie śledziło wywiady z Peterem, to można było wyczytać co planuje na Metalmanię – zagranie „Ultimate Incantation”. Metalmania miała być pierwszym sprawdzianem tego pomysłu, bo zespół planuje wykonywać swój debiutancki album podczas letnich koncertów, ale z uwagi na ograniczony czas zagrali z niego tylko siedem numerów, plus garść sprawdzonych klasyków pokroju „Sothis”, „Carnal” czy „Cold Demons”. Mnie to, prawdę mówiąc, szczególnie nie porwało. Abstrahując od formy studyjnej, VADER potrafi się prezentować na scenie bardzo porządnie, ale akurat w Spodku nie odniosłem wrażenia że to coś więcej niż tylko rzemiosło. Chociaż – oddajmy sprawiedliwość – rzemiosło bardzo dobre, a że i muzyka jest bardzo dobra, no to i narzekać jakoś trudno. Dobry koncert.

 

Trudno natomiast mówić o rzemiośle w wykonaniu SODOM, bo ci jeńców nie biorą i dają do pieca tak, że aż miło. To dobry przykład kapeli, która z wiekiem nabywa cech, których młody zespól na scenie nie może posiadać: lata doświadczenia, luz, ogromne obycie sceniczne i ciągła chęć grania skutkują prawdziwą mieszanką wybuchową. Do tego doszła jeszcze świetna setlista, z fantastycznie zagranymi „Outbreak of Evil”, „Remember the Fallen”, „Bombenhagel” czy „Sodomy and Lust”. Nie mam tu nic więcej do powiedzenia. Obok ENTOMBED i IMPALED NAZARENE najbardziej energetyczny koncert wieczoru, ogień od początku do końca i tak dalej, kto był to wie, a kto nie był, ten niech żałuje i tyle.

CORONER („Przygotujcie się na precyzyjny, szwajcarski rozpierdol!”) był chyba najbardziej wyczekiwaną kapelą, przynajmniej wśród osób, które nie przeżywają ekscytacji przy muzyce MOONSPELL Trochę się obawiałem o to, co usłyszę, ale okazało się to bezzasadne – Szwajcarzy dali fenomenalny koncert, łączący podobnie jak w przypadku ARCTURUS czy SODOM techniczną perfekcję z ogniem i swobodą grania. Solówki lejące się spod palców Vetterliego to czysta poezja, nie dało się przyczepić absolutnie do niczego; perkusja, bas, wokal, gitary, wszystko rzeczywiście chodziło jak zegarek i nie było ani przez chwilę wrażenia, że jest to wymuszone. Przydałaby się jeszcze nowa płyta, którą smażą, smażą i usmażyć nie mogą, ale jeśli zamiast niej mają grać takie koncerty jak ten, to ja nie potrzebuję żadnych nowych nagrań. Jedyne, co mi nie leżało do końca, to setlista – potrafię sobie wyobrazić lepszą, chociaż zrobili przelot przez cała dyskografię. Brak „Son of Lilith” uznaję za niewybaczalny błąd, ale z drugiej strony, jak zagrali „Semtex Revolution” to pas szahida sam mi się zaczął aktywować pod tshirtem, więc nie będę narzekał.

Wrzucenie IMPALED NAZARENE na małą scenę było dość szeroko komentowane jako kompletny idiotyzm, a jednak, paradoksalnie, dało moim zdaniem dobry efekt. Mała scena miała tylko jedną zaletę: imitowała do pewnego stopnia warunki klubowe, a do tych muzyka Finów nadaje się najlepiej. Po INFERNAL WAR, SODOM i ENTOMBED AD nie spodziewałem się, że można zagrać równie ostro, jeśli nie mocniej, a im się udało. Tynk sypał się ze ścian, a szkliwo na zębach samo kruszyło. Totalna petarda od początku do końca i lekcja poglądowa na temat „jak powinien brzmieć wściekły black metal”. Właśnie tak. Nie był to mój ulubiony występ, ale w pełni zrozumiem każdego, kto powie, że Impaled Nazarene przypadło mu do gustu najmocniej. Jeśli szukać dziury w całym, to prezencję sceniczną mają przekomiczną, no ale to taka konwencja, więc można te zielone maziaje na twarzach i odwrócone krzyże na łysych łbach przeboleć. Zresztą – podobał mi się występ ARCTURUS, więc nie mam prawa wypowiadać się o takich rzeczach.

Dwudziesta pierwsza czterdzieści. Dotarliśmy do głównego punktu programu, czyli do gwiazd. Ten moment mnie zdecydowanie najmniej interesował, ale z drugiej strony, skoro już przyjechałem prawie pięćset kilometrów do Katowic, no to szkoda odpuszczać, tym bardziej, że do pociągu zostało jeszcze dużo czasu, a na sam koniec została jeszcze FURIA..

MOONSPELL („Przed wami byczek Fernando i komando z księżyca!”) to muzycznie zupełnie nie moja bajka, nawet jeśli umiarkowanie lubię i mam sentyment do dwóch czy trzech kawałków. Nie można natomiast zaprzeczyć, że na scenie są bardzo dobrzy, a Fernando Ribeiro jest bardzo charyzmatycznym frontmanem. Ich występ może nieszczególnie mnie przekonywał, bo takie grzeczne, egzaltowane granie dla dziewczyn, no ale taka muzyka też ma swoich fanów i oni wyglądali na zadowolonych. Co tam zadowolonych – publika dosłownie jadła byczkowi Fernando z ręki, facet czarował tłum i robił z nim co chciał. trzeba uczciwie przyznać, że w swojej kategorii odwalili kawał dobrej roboty i myślę, że nadaliby się na gwiazdę główną znacznie lepiej niż SAMAEL.

SAMAEL („A teraz pierdolony Samael!”). Słodki Jezu. Spodziewałem się po relacjach różnych osób, że to może nie być dobry koncert, ale rzeczywistość przerosła mnie o lata świetlne. Wiadomo od dawna, że dzisiejszy Samael to nie jest ta sama kapela co kiedyś, ale… Nie, naprawdę, nie wiem od czego zacząć, więc może najuczciwiej będzie zacząć od wskazania plusów występu Szwajcarów. Najmocniejszym punktem programu była setlista. Zagrali na dzień dobry prawie całe „Ceremony of Opposites” – z setu wypadło wprawdzie „To Our Martyrs” i „Mask of Red Death”, ale to nie szkodzi. Z „Blood Ritual” poleciało „Until the Chaos”, „After the Sepulture” i „Total Consecration”. Wykonali też dwa numery z debiutu – „Into The Pentagram” to oczywisty hicior, ale można było usłyszeć też „Worship Him” (!). Do tego dołóżmy „Rebellion”, oraz trzy utwory z „Passage” („Rain”, „My Saviour” i „Shining Kingdom”) i powiedzmy sobie wprost: czy to nie jest wymarzona setlista dla fana SAMAEL? Proste, że jest. Nie psuły jej nawet dwa nowe, bardzo cienkie, kawałki, zagrane gdzieś pomiędzy żelaznymi klasykami z pierwszych płyt.

Ze wskazaniem innych zalet mam problemy. Vorph sprawnie prowadził występ i trzymał jakiś kontakt z publiką. Widownia była wprawdzie dość niemrawa, ale po kilkunastu godzinach koncertów naprawdę można mieć dosyć, więc można to zrozumieć. To chyba tyle. Długo myślałem nad tym, co jeszcze było w porządku, ale nic mi nie przychodzi do głowy.

Mógłbym godzinami pisać o tym, co mi się nie podobało, a nie podobało mi się prawie wszystko. Po pierwsze, muzyka. Wszystkie utwory były przearanżowane na znaną z płyt studyjnych patetyczną, satanistyczną elektro-metal-dyskotekę z automatem perkusyjnym i koszmarnymi, zapowietrzonymi chórkami generowanymi z klawisza. To, co w wersjach oryginalnych było surowym, atmosferycznym i naprawdę ZŁYM black metalem, tutaj brzmiało karykaturalnie. Może „Into the Pentagram” dawał radę, może niektóre utwory z „Ceremony…” („Son of Earth”) ale nawet najlepsze fragmenty kładł wokal Vorpha, który przecież nie będzie nigdy młodszy, niż w trakcie nagrywania tych płyt dwadzieścia pięć lat temu.

Muzycy robili dobrą miną do złej gry, ale jestem głęboko przekonany, że oni już tej muzyki nie czują i już nie wiedzą jak ją grać. Było to widać w samym show. Szwajcarzy gibali się żywiołowo na scenie, ale najwyraźniej nie dlatego, że dawali się ponieść muzyce, tylko dlatego że się tego nauczyli. Wszystkie ruchy wyglądały na dokładnie wyuczone, powtarzały się dość regularnie i były strasznie przerysowane. Wprawdzie można wybaczyć Vorphowi i basiście że machając głowami wyglądali jakby próbowali sobie złamać kręgosłupy, ale wykonujący ciągle te same sekwencje ruchów i kroków drugi gitarzysta był komiczny, a kicający, podskakujący i rzucający się na klawisze Xytras wykraczał poza jakiekolwiek normy dobrego smaku. Brakowało tylko tańca na rurze. Ktoś (zespół? oświetleniowcy?) chyba zdaje sobie sprawę jak to strasznie wygląda, bo światła ze sceny bez przerwy atakowały publikę po oczach, chyba po to, żeby nie dało się zbyt długo patrzeć na muzyków. Dodajmy do tego podkręcony do oporu dźwięk i koszmarne wizualizacje; dopełnia to obrazu nędzy i rozpaczy. Hałas nie przekładał się niestety na energię, której ze sceny płynęło bardzo niewiele.

Sztuczność i nieporadność wyłaziła z każdego elementu widowiska i ludzie chyba też to wyczuwali, bo z tego co przyuważyłem, to niewiele było osób dobrze się bawiących, a reakcje tłumu były nieporównywalne do tego, jak entuzjastycznie przyjęto MOONSPELL. Po bisie leciała z głośników ogłuszająca rąbanka, wstawiona chyba specjalnie po to, żeby nie było słychać niemrawej publiki nie wyrażającej takiego entuzjazmu jakiego należałoby się spodziewać po tak podniosłym i epickim misterium, jakie najwyraźniej chcieli osiągnąć muzycy.

Oczywiście SAMAEL odpuściłem. 

Wyszedłem z sali zmęczony i zniesmaczony, żeby zerknąć na ENTROPIĘ, ale ponieważ na małej scenie ciągle rozbrzmiewał ten sam monotonny harsh noise co przez ostatnich jedenaście godzin, więc wróciłem na halę. Spodek opustoszał, na podłodze walały się setki kubków po piwie i rozmaitych śmieci, podłoga kleiła się gdzieniegdzie od rozlanych płynów, a w losowo wybranych miejscach leżały zwłoki kompletnie pijanych metalowców. Totalne pobojowisko.

Niedobitki zbierały się powoli pod sceną w oczekiwaniu na FURIĘ. Zostało niewiele osób i przyznam, że całkiem poważnie rozważałem, czy też sobie nie pójść, bo nogi odmawiały mi już posłuszeństwa i ledwo stałem na nogach ze zmęczenia. Zdecydowałem jednak, że wytrzymam, bo ciągle miałem w pamięci znakomity, grudniowy występ Ślązaków przed MAYHEM. Oczekiwanie przeciągało się z powodu problemów technicznych, ale w końcu na scenę wyszedł Orbitowski („Teraz, kurwa, zagra Furia!”), szybko się schował, no i się zaczęło.

Grająca między pierwszą trzydzieści a drugą trzydzieści w nocy dla gromady ledwo stojących pod sceną niedobitków FURIA dała rewelacyjny koncert, który niczym nie ustępował najlepszym występom wieczoru, włącznie z CORONER, ENTOMBED, IMPALED NAZARENE i SODOM. Magia lała się ze sceny przez cały czas. Setlista była skupiona wokół trzech ostatnich płyt, a wykonania wszystkich utworów łączyło jedno – bardzo gęsta, transowa, psychodeliczna atmosfera, potęgowana przez rozciągnięte względem wersji albumowych numery, pełne dziwacznych, chyba częściowo improwizowanych momentów. Kosmiczna atmosfera, potęgowana światłami i dymem, sprawiała, że to już właściwie nie był black metal, tylko surrealistyczna podróż do mózgu Lwa Albinosa z obrazów Teofila Ociepki.

Mnie to porwało od samego początku, ale z tego co można zauważyć, sporo osób ma problemy z przyswojeniem FURII jako zbyt dziwnej i cudacznej jak na „zwykły” black metal. W trakcie koncertu przyuważyłem dwóch metalowców przewieszonych przez barierki z wyrazami zmieszania, zniesmaczenia i zaciekawienia na twarzach. Jeden z nich stwierdził w końcu z konsternacją, trzymając się przy tym za łysą głowę: „stary, kurwa, jaka to jest dla schizu muza”. Wszystko się zgadza, to był naprawdę schizoidalny występ. Aczkolwiek zespół potrafił też w razie czego naprawdę solidnie dowalić – „Kosi ta śmierć” bardzo skutecznie przypomniała, że Lwy Albinosy i język drzew to jedno, ale na black metal też musi być miejsce. Od ryku Nihila trzęsły się ściany.

Po FURII Metalmania dobiegła końca. Poszedłem na dworzec i wróciłem do siebie. Koniec.

Podsumowując, całą imprezę można uznać za jak najbardziej udaną. Lineup nie był może porażający, ale same koncerty były w większości dobre i bardzo dobre, i warto było się przejść, żeby je zobaczyć, nawet jeśli się już te kapele na żywo widziało. Nie było też na szczęście żadnych dużych wtop – poza koszmarnym SAMAELEM i tylko przyzwoitymi SINISTER i VADER nie było odnotowałem żadnych złych występów. Także organizacyjnie, mimo pewnych mankamentów, było całkiem przyzwoicie. Mi się podobało i narzekał na nic nie będę – niska cena biletów, kilka absolutnie porywających koncertów i cały dzień z muzyką na żywo. Czego chcieć więcej?

Pozostaje mieć nadzieję, że za rok Metalmania powróci.

Jedna odpowiedź

  1. svartalvheim

    Zgadza się, Samael przesadza z klawiszami do tego stopnia, że wszystkie utwory brzmią tak samo.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany