Rozmowa z Bogdanem Florczykiem – człowiekiem, który połączył muzyczną pasję ze sposobem na życie. Metalowym mieszkańcom stolicy znanym ze sklepu Ryyyk, który niegdyś działał w podziemiach dworca centralnego. Tym młodszym pewnie bardziej kojarzy się ze sklepem internetowym – Wielka Płyta

ryyyk logo red on blackChyba już bezpowrotnie minęły czasy stacjonarnych sklepów z płytami. Przed laty można było zrobić sobie safari po Warszawie i jeżdżąc od sklepu do sklepu polować na upragnione CD czy LP. Jednym z punktów, które wówczas odwiedzałem był Ryyyk – sklep muzyczny w podziemiach dworca centralnego. Dziś namiastką tego sklepu jest Wieka Płyta, która działa głównie dzięki sprzedaży internetowej. Prowadzi ją Bogdan – facet, który połączył muzyczną pasję ze sposobem na życie i z kilkuletnią przerwą siedzi w tym interesie prawie ćwierć wieku. Porozmawialiśmy o starych czasach, koncertowych wojażach i naszej ukochanej muzyce.

Połowa lat dziewięćdziesiątych. Wakacje – wczesny pogodny poranek. Spotkałem się na Dworcu Centralnym z dziewczyną, kumplem i jego dziewczyną. Wyjeżdżaliśmy pod namioty nad morze. Do przyjazdu naszego pociągu mieliśmy prawie godzinę, szwendaliśmy się więc bez celu po podziemiach dworca jak wszy po brudnych włosach łonowych.

– O! Jakiś sklep muzyczny – spostrzegł nagle kolega.

ryk4

Atutem znakomicie zaopatrzonego sklepu Ryyyk była fachowa i sympatyczna obsługa. Czy te włosy mogą kłamać?

Stanęliśmy jak wryci. Sklep „Ryyyk” nie był duży, ale za to tak zaopatrzony, że nogi się pod nami ugięły jak tylko przekroczyliśmy próg. Szeroki wybór kaset, magazyny muzyczne i płyty kompaktowe. Sam metal! Żadnych bzdur! Abigor, Mayhem, Satyricon, Samael – patrzyłem na te albumy czując jak mi ślina wysycha w gardle i żałując, że nie mogę wydać wszystkich pieniędzy w tym sklepie, ale muszę jechać z dziewczyną na jakieś głupie wakacje. Zapytaliśmy o ceny kilku płyt. Nie były najniższe. Ostatecznie kupiłem najnowszy numer magazynu Thrashem All, a kolega zakupił kasetę Dark Tranquility.

– Pośpieszcie się! – ponaglały nas dziewczyny. – Za kwadrans odjeżdża nasz pociąg!

No i wyszedłem z tego sklepu z niechęcią i prawie z łzami w oczach. Gdyby to ode mnie zależało to najchętniej rozbiłbym namiot w „Ryyyku” i odpuścił zaplanowany wyjazd. Obiecałem sobie, że jak tylko wrócę znad głupiego morza to znów się tam zjawię.

ryk2

Adam demonstruje przekrój stylistyczny asortymentu płytowego Ryyyka, Bogdan delikatnie sugeruje fanom reggae i disco, że pomylili pawilony. Wdzięk, wyczucie – profesjonalizm. Cudowne lata dziewięćdziesiąte.

I powróciłem. Nie raz i nie dwa. Sklep „Ryyyk” na stałe wpisał się w program moich wycieczek płytowych, które regularnie odbywałem kilka razy w tygodniu. Nieczęsto udawało się coś kupić, bo w owych czasach jako nastoletni kuc miałem fundusze mocno ograniczone. Nieraz jednak sam widok płyt dawał nieco ukojenia i uspokajał w poczuciu, że trzymam rękę na pulsie i na bieżąco monitoruję rynek wydawniczy.

W „Ryyyku” było fajnie, bo prowadzili ten sklep goście siedzący w temacie. Zawsze przy okazji zakupów można było zamienić kilka słów, o coś dopytać lub czegoś się dowiedzieć. Stacjonarne sklepy tworzyły klimat – były miejscem gdzie muzykę nie tylko się kupowało, ale często się ją tam poznawało, rozmawiało się o niej i natrafiało na ludzi, którzy dzielili podobne upodobania, a często mieli też dużo większą wiedzę i muzyczne doświadczenie.

Po latach „Ryyyk” zniknął. Jego losy wkrótce podzieliły też inne warszawskie sklepy – i te małe kultowe (Dziupla) i te duże, mniej klimatyczne, ale imponujące asortymentem i interesującymi promocjami (Planet Music).

Zaczęło się zamawianie płyt przez internet – wygodniejsze, łatwiejsze, ale pozbawione magii i klimatu, którym przesiąknęli ludzi z mojego pokolenia.

bogdan

Fryzjer dokonał działa zniszczenia – muzyczna pasja jednak przetrwała. Gdyby Bogdan w Wielkiej Płycie miał trochę więcej płyt, to czułbym się u niego jak w domu.

Kilka lat temu postanowiłem skompletować najważniejsze dla mnie tytuły na LP. Początkowo wydawało mi się, że to będzie kilkanaście, może kilkadziesiąt płyt, stanęło jednak na kilku setkach. I wtedy natrafiłem w sieci na Wielką Płytę, sklep, do którego – jak przeczytałem – można fizycznie przyjść i własnoręcznie wybrać sobie album. Sporządziłem sążnistą listę pożądanych albumów i wysłałem e-maila z zapytaniem czy przy odbiorze osobistym dostanę jakiś rabat.

– Wpadaj, dogadamy się – otrzymałem lakoniczną odpowiedź.

Wsiadłem do samochodu i pojechałem na warszawski Ursynów. Szukam wskazanego adresu, wreszcie natrafiam na bramę zamkniętego osiedla. Dzwonię, na komórkę, żeby dopytać czy nie pobłądziłem, ale otrzymuję informację, że sklep jest na najwyższym piętrze bloku.

Wspinam się po schodach, pukam, drzwi się otwierają i zaprasza mnie do środka jakiś energiczny facet. Nie kto inny tylko Bogdan, ten sam który przed laty prowadził sklep „Ryyyk” – trochę starszy, ale rozprawiający o muzyce z taką samą pasją, jak dwadzieścia lat temu. „Wielka Płyta” to nie sklep w dawnym rozumieniu – to po prostu mieszkanie wypchane tysiącami płyt kompaktowych i winylowych, w których można przebierać i pławić się w nich jak Sknerus McKwacz w swoim skarbcu.

No i tak od kilku lat Bogdana odwiedzam, trochę kupuję, trochę słuchamy, trochę gadamy – wymieniając się aktualnymi fascynacjami muzycznymi i wspominając stare dobre czasy. Ostatnio namówiłem go na wywiad, by podzielił się wspomnieniami, nie tylko jako fan muzyki, ale i sprzedawca – od szczęki na bazarze pod Pałacem Kultury, przez sklep „Ryyyk”, aż po sprzedaż internetową w „Wielkiej Płycie”.


Pamiętasz początki swojej muzycznej przygody?

Moja przygoda z muzyką rozpoczęła się w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, w czasach szkoły podstawowej. Zobaczyłem wtedy w telewizji trzyodcinkowy program „Bohaterowie rock and rolla”. Pojawili się tam: Jerry Levis, Little Richard aż po Hendrixa i Davida Bowiego. Wtedy właśnie zobaczyłem zespół Kiss. Ich muzyka aż mnie zmroziła – byłem pod ogromnym wrażeniem. Potem w radiu, na liście przebojów Trójki usłyszałem AC/DC i zacząłem w to wszystko wsiąkać. Okazało się, że starszy brat kolegi z klasy ma magnetofon szpulowy i nagrania Kiss – „Alive II”, Deep Purple – „In rock” i Queen – „Jazz”. Wchłonąłem wszystko od razu. Każdy przesterowany riff gitary był jak balsam dla ucha.

Niedługo potem odkryłem, że w Polskim Radiu podczas audycji puszczane są pełne płyty. Wtedy poznałem Judas Priest – „Stained Class” (do tej pory jeden z moich najlepszych albumów heavy) i Black Sabbath – „Sabbath Bloody Sabbath”. W kolejnych latach zacząłem słuchać też Motorhead, Saxon, Angel Witch, Venom, i coraz mocniejszych zespołów.

Przełomowy był rok 1983, w którym Metallica i Slayer przewróciły mój metalowy świat do góry nogami. Pamiętam, że gdy w radiu prezentowano pierwszy album Metallica, nagrywałem na magnetofon szpulowy zk 140 t. Miałem jednak problem bo nie mogłem dobrze ustawić UKF-u na antenie wewnętrznej (tylko taką miałem), i przez ponad 50 minut stałem trzymając antenę w rękach i próbując znaleźć takie położenie, żeby szumy i zniekształcenia były jak najmniejsze. Zdrowo się napociłem, bo ręce bolały i mdlały już po kilku minutach. Warto jednak było się poświęcić. Miałem „Kill’em All” !!!

Poza amerykańskimi kapelami, królowała też scena niemiecka z takimi potęgami jak: Kreator, Destruction czy Sodom. Powstał też speed metal – Assassin, Living Death, Deathrow , Vendetta … kapele wyrastały jak grzyby po deszczu, ale nie było na rynku tłoku, wszystko cały czas było świeże i zajebiste. Potem przyszedł ze Stanów Wehrmacht – „Shark Attack”. Nikt z nas nie znał do tej pory takiego grzania. A potem Napalm Death zmiótł wszystko co było wcześniej… nastała nowa era.


Kiedy zacząłeś zapuszczać włosy i identyfikować się z subkulturą metalową?

biker-wojtek-ja

Wczesne lata dziewięćdziesiąte – Biker (Geisha Goner) , Wojtek (Violent Dirge) i Bogdan (Ryyyk – nie szukajcie na metal-archives, to był sklep a nie zespół)

Już w przedszkolu chciałem mieć długie włosy, ale to jeszcze nie było związane z muzyką. W czasie gdy byłem nastolatkiem długowłosi stanowili aspołeczny element, który nie potrafi przystosować się do PRL-owskiego społeczeństwa. A jak ktoś miał jeszcze jakiś tatuaż albo kolczyk to już w ogóle skazany był na całkowite potępienie.

W szkole trzeba było umieć przeżyć z długimi włosami. Ja używałem spinek i chowałem je pod kurtką. Byli nauczyciele, którym długie włosy bardzo się nie podobały. Pamiętam, że niektórzy potrafili przyjść z nożyczkami na lekcję i obciąć komuś włosy. I nie było nic do gadania! Mojemu koledze na lekcji nauczyciel obciął włosy. Gdy kumpel wrócił zrozpaczony do domu to usłyszał od ojca: „O! Nareszcie! Wyglądasz jak człowiek.” Wówczas wszelkie odmienności były bezwzględnie tępione i wyszydzane. Mojego kumpla punkowca, nauczyciel wyczesał końskim zgrzebłem. Dziś młodym ludziom trudno sobie takie czasy wyobrazić.

Koszulki i naszywki robiliśmy własnymi siłami, gdy ktoś od czasu do czasu przywiózł jakiś wpinkę z Węgier to było prawdziwe święto. Gdy zdobyłem od kumpla oryginalną naszywkę Kreatora z Niemiec, to był prawdziwy rarytas, wszyscy mi jej zazdrościli. Bardziej utalentowani koledzy robili tzw. plandeki – dziś mówi się na nie „telewizory” czy „ekrany”. Jeden kolega zajmował się robieniem koszulek profesjonalnie. Pamiętam, ze farby rozprowadzał skalpelem, a szczegóły dopracowywał igłą wbitą w zapałkę. Do tej pory mam koszulkę Napalm Death jego produkcji. Jedna jedyna taka koszulka na świecie. Oczywiście już w nią nie wejdę, ale trzymam. Ze starych czasów została mi jeszcze pieszczocha tzw. jeż, którą sam zrobiłem.


W tamtych czasach bardzo trudno było zdobyć nowe płyty. Jak sobie z tym radziliście?

Gdy miałem piętnaście lat spotkałem na bazarze człowieka, który sprzedawał winyle. Miał między innymi płytę Black Sabbath. Pamiętam, że krzyknął za nią cenę, która nie była dużo niższa niż ówczesna pensja mojego ojca. Zdobyć cokolwiek w tamtym czasie było koszmarnie trudno. Nie było praktycznie żadnego wyboru, słuchało się wszystkiego co wpadło w ręce. Gdy ukazała „Kawaleria szatana” TURBO, to chyba wszyscy ją mieli.

Oczywiście ratowaliśmy się przegrywając od siebie i starając się zdobyć materiały demo, wówczas nieznanych jeszcze kapel. Zamykaliśmy się w pokoju z dwoma Kasprzakami i robiliśmy sentą kopię danej płyty. W takich mniej więcej okolicznościach poznałem demo „Thy Kingdom Come” Morbid Angel, które wówczas było zupełnie nieznanym zespołem. I nie tylko – pamiętam BLOOD , MEPHISTO, MAJESTY czy HELLISH TORMENT – demówki, które zrobiły na mnie miażdżące wrażenie. Kapele były wprost rewolucyjne, a wiele z nich wyprzedzało swoje czasy. Z polskich kapel wtedy zdecydowanie powaliły mnie Merciless Death i Mortuary, oraz dodatkowo hc punk crustowy NADZÓR. W czasie weekendu (tzn niedzieli i połowy wolnej soboty – wtedy w soboty chodziło się do szkoły) przegrywaliśmy ok 500-600 demosów.

W tamtych czasach słuchanie tej samej muzyki bardzo ludzi jednoczyło – gdy już pojawiły się kasety to zwykle słuchało się ich razem. Pamiętam jak któregoś dnia siedzieliśmy na podwórku u kumpla i dołączył do nas kolega mówiąc: „Zobaczcie co mam”.

Wyjął „Scum” Napalm Death, a później całą ekipą poszliśmy do kogoś kto miał wolą chatę, by jej posłuchać. Mieliśmy mniej, ale wszystko bardziej docenialiśmy i potrafiliśmy się tym dzielić.


A pamiętasz swój pierwszy koncert?

Hm… To był chyba koncert zespołu Mech. Miałem 14 lat i absolutnie nie powiedziałem rodzicom, że idę na koncert, bo by mnie nie puścili. Zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Pamiętam, że Maciej Januszko biegał po scenie z gaśnicą. Podobał mi się jego kontakt z widownią i ta koncertowa atmosfera. A pierwszy metalowy koncert to chyba Iron Maiden na Torwarze w 1984 lub 1986 roku (9 sierpnia 1984 – przyp. Maria). I to było przeżycie. Wtedy okazało się jak dużo ludzi przychodzi na takie koncerty, nie byliśmy tylko grupką kilkunastu, kilkudziesięciu wyrzutków z okolicy ale siłą kilkunastu tysięcy osób…


A jak wspominasz nieco późniejsze koncerty? Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych na koncert szykowałem się jak na wojnę. W latach osiemdziesiątych było jeszcze niebezpieczniej – ekipy z poszczególnych miast się zwalczały, a milicja też się z nikim nie pieściła.

Gdy w 1988 roku jechaliśmy na koncert Sodom do Spodka, bodaj w Kielcach milicja wyprowadziła z pociągu w kajdankach 30-40 osób. Byłem w tej grupie. To był największy wpierdol jaki w życiu dostałem. Nie wiem czy warto o tym wspominać? (śmiech).


Warto, bo czasy się diametralnie zmieniły. Dziś na koncercie metalowym jest bezpieczniej niż podczas dożynkowego występu Zenka z Akcentu.

Milicja eskortowała fanów od pociągu, aż do miejsca koncertu – czy to był Spodek w Katowicach, czy Torwar w Warszawie. Przed wejściem przeszukiwano, zabierano paski od spodni, nieraz trzeba było ściągać spodnie czy buty, żeby udowodnić, że nie wnosi się żadnego noża.


Nie tylko milicja była zagrożeniem. Wśród metalowej braci również panowała atmosfera daleka od hipisowskiej komuny. Spotkanie na wyjeździe ekipy ze Szczecina było porównywalną przyjemnością, co zderzenie czołowe z pociągiem ekspresowym.

Oni potrafili przyjechał 600-700 osobową armią, na którą nie było mocnych. A koncertów wówczas nie było dużo, zaledwie kilka w roku. Zjeżdżała się na nie cała Polska. Można było zostać pobitym i okradzionym. Stracić nie tylko pieniądze, ale i garderobę – szczególnie gdy ktoś wystroił się w atrakcyjne ubrania przywiezione zza granicy. Jak ktoś założył skórzane spodnie, które mu mama przywiozła z Austrii to było prawie pewne, że wróci z koncertu w samych majtkach. Łupem padały też koszulki i kurtki.

Wówczas na koncerty zwykle nie jeździło się samemu, lecz zbierało się większą ekipę. Najpierw dwie czy trzy wyznaczone osoby zbierały kasę, jechały do Centrum do kasy biletowej i kupować bilety dla wszystkich. Zwykle było nas około trzydziestu osób. Wsiadaliśmy do pociągu i jechaliśmy ma Metalmanię czy Metal Battle.


Z duszą na ramieniu?

Trochę tak. Wszystko zależało kto w tym pociągu będzie. Nerwy jednak szybko mijały, bo zawsze ktoś dysponował jakimś pobudzaczem nastroju i robiło się wesoło. Bywało, że nawet zbyt wesoło. Nieraz gdy konduktor przychodził sprawdzić bilety słyszał tylko jedno krótkie słowo: „wyjazd!”


Łatwiej mi sobie wyobrazić, że tym słowem było: „spierdalaj!”. Przypuszczam, że po alkoholu pewnie nie kończyło się na opowiadaniu dowcipów i rubasznym śmiechu. Metal w tamtym czasie był synonimem buntu, często wyrażanego w dosadny i brutalny sposób. Wyrzucano tych konduktorów przez okna?

(Śmiech)

Na szczęście nie, ale pamiętam, że raz o mało do tego nie doszło. Dziś wstyd o tym mówi, ale alkohol razem z adrenaliną i poczuciem siły, jaką dawała przynależność do grupy na niektóre osoby działały jak dynamit. Wybijano szyby, wyrywano sedesy z kibla i wyrzucano przez okna, rozbijano butelki. Nieraz kończyło się tym, że pociąg zjeżdżał na bocznicę, gdzie czekał na nas oddział ZOMO z psami. Wpadali do wagonów i tych, którzy nie zdążyli uciec wyciągali za włosy z przedziałów, obijając po placach pałami. W pociągach rozgrywały się dantejskie sceny.

Gdy wracaliśmy z koncertu było już spokojnie. Ludzie zmęczeni trudami podróży i spożytym alkoholem spali na siedzeniach, na podłodze, a nawet na tych półkach, które są przeznaczone do przewożenia bagaży.


Straciłeś coś kiedyś podczas wyprawy na koncert?

Na szczęście nie, ale kiedyś mojemu koledze ktoś zabrał kurtkę. Było nas chyba z pięćdziesięciu. Podbiegliśmy do gościa i oddał. Spodziewaliśmy się, że wróci ze swoją ekipą by wziąć odwet, ale nic takiego się nie wydarzyło. Odetchnęliśmy z ulgą. Można było udawać twardziela, ale tak naprawdę każdy się bał i nie chciał stracić zębów. Bywało, że szła ekipa – jeden po drodze wszystkich tłukł, a dwóch za nim zbierało zdobyte fanty. Takie sytuacje też się zdarzały. Patrząc z perspektywy czasu na to co przeżyliśmy, to nie wydaje się to zbyt wesołe. Ale po prostu tak wtedy było, nikt tego nie planował.


Zazdroszczę ci tych starych koncertów. Sam od lat zaliczam ich najwięcej jak tylko mogę, ale choćby taki Exumer w 1988 roku podczas Metal Battle chętnie bym sobie zobaczył.

lukasz-adam-ja2

Bodan z fajkiem (rzucił! bierzcie przykład) między Łukaszem (Sparagmos) , a Adamem (Violent Dirge). Chyba Sylwester z 1992 lub 1993 roku – pewności nie ma, więc nie trzeba dodawać, że impreza była udana?

Ten koncert zapamiętam do końca życia. Pamiętam jak wyszedł na scenę Roman Rogowiecki, tzw. Roro i zapowiedział Abaddona z Venom. Zrobił się szum bo nie wszyscy byli pewni czy dobrze usłyszeli. Zapadła ciemność i nagle snop światła oświetla Abaddona, który miał zaanonsować Exumer. Abaddon z Venomu! Publika zaczęła wyć, a było w Spodku z piętnaście tysięcy osób. Przywitał się, więc wycie jeszcze przybrało na sile. Potem powiedział coś po angielsku, czego większość z nas nie zrozumiała i zakończył słowami: …and now fucking Exumer!!! – ten przekaz już był dla wszystkich jasny. I się zaczęło. To było coś fantastycznego! Byliśmy zachwyceni tym zespołem.

Z kolei Nasty Savage mi się za bardzo nie podobał – wokalista wyszedł w krótkich spodenkach i bokserskich, wysoko wiązanych butach – wyglądał trochę śmiesznie. Zresztą ten koncert można obejrzeć na Youtube. Dopiero po latach dostrzegam jaka wtedy była szarzyzna i bieda. Jak ci wszyscy ludzie wyglądali. Przyjeżdża Nasty Savage ze Stanów, wychodzi z autokaru jakiś wypłoch w kurtce Levisa z obciętymi rękawami. Dziś to wygląda żałośnie, a wtedy to był czad! Nie dziwne, że wszyscy chcieli grać w Polsce. Oni na zachodzie grali w klubach dla kilkuset osób, a przyjeżdżali do nas i byli bogami, wielbionymi przez kilkunastotysięczną publikę – wyposzczoną, szaloną, gotową zginąć pod sceną.

Pamiętam też jak Accept grał w Warszawie po „Russian Roulette”. Udo po tym koncercie powiedział, że polska publika jest najlepsza na świecie. Wtedy tak rzeczywiście mogliśmy być odbierani.


Pamiętasz jakieś śmieszne, albo nietypowe wydarzenia związane z koncertowymi wyjazdami?

Być może się mylę, ale chyba podczas wyjazdu na Sodom w Mysłowicach na dworcu spotkaliśmy znajomego kogoś z naszej ekipy. Gość miał ksywę Korek – zapamiętałem, że miał niesamowicie długie włosy, aż za tyłek.

Któryś rzucił: „Co robimy?”.

A Korek: „Chodźcie do mnie”.

I ruszyliśmy za Korkiem – wymęczeni, poobijani, skacowani. 120 osobowa ekipa metali! Okazało się, że chłopak mieszkał  w zwykłym bloku z wielkiej płyty. Wszyscy wbiliśmy się do jego mieszkania. Nie wiem ile tam mogło być metrów – 50? 60? Jego rodzice przyjęli nas jak rodzinę – matka Korka zaczęła robić nam kanapki, a ojciec zaczął liczyć pary butów, które usypaliśmy na ogromnej stercie w przedpokoju. Naliczył dokładnie 120 par obuwia i dlatego ta liczba wryła mi się w pamięć. 120 metali z innego miasta w jednym, niewielkim mieszkaniu – u chłopaka, którego 119 z nas pierwszy raz na oczy widziało. Nigdy tego nie zapomnę.


Jak rodzice traktowali twoją muzyczną pasję?

Absolutnie nie podobała im się taka muzyka. Nie znosili jej. Pamiętam jak nagrywałem kiedyś koncert UFO, który puszczany był w telewizji i ojciec zaczął na mnie krzyczeć, żebym wyłączył, bo to nie jest muzyką, ale „darcie ryja”. W tamtym czasie społeczeństwo w ogóle nie akceptowało muzyki metalowej, ani jej fanów. Wtedy metal był prawdziwym buntem. Podobnie jak punk. Gdy w Jarocinie zadebiutował zespół Siekiera – to był prawdziwy punk!


A jakie były stosunki pomiędzy tymi dwoma subkulturami?

Nie było reguły. Wszystko zależało od okoliczności. Nieraz punki z metalami chodzili do tych samych klas, wychowywali się na tych samym podwórkach. Wtedy zwykle nie było wrogości, a nieraz nawet dochodziło do wymiany kaset. Mnie kumpel – punk z klasy, zaraził niektórymi zespołami z tego gatunku. Ale oczywiście były też różne animozje i niesnaski, choć często nie przeradzały się w bijatyki. Nas wszystkich łączyła niechęć do popersów, którzy ubierali się elegancko i nosili grzywki zaczesane na bok jak Grzegorz Ciechowski z Republiki.


W pewnym momencie muzyka stała się dla ciebie nie tylko pasją, ale i sposobem na zarabianie pieniędzy dzięki sprzedaży kaset i płyt. Jakie były początki?

Miałem znajomych, którzy prowadzili budkę z kasetami na bazarze przy Pałacu Kultury. Zauważyłem, że nie mieli nic ciekawego z metalu. Od słowa do słowa, dogadaliśmy, się, że ja poprowadzę – nazwijmy to – dział z kasetami z cięższą muzyką. Później przez pół roku miałem swoje pierwsze stoisko o wymiarach czterech metrów kwadratowych w hali Gwardii. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że jest dostępny lokal na Dworcu Centralnym. Okazało się, że jest w moim zasięgu cenowym, postanowiłem spróbować otworzyć sklep muzyczny i się udało…


W którym roku powstał „Ryyyk”?

Ryyk na Centralnym powstał w 1991 roku i funkcjonował przez dziewięć lat. Na początku miałem tylko kasety. W roku 1993 albo 1994 zacząłem sprzedawać także płyty. Zamknąłem sklep w grudniu 2000 roku.


Wtedy odczułeś, że ludzie kupują mniej muzyki?

Nie chciałem go zamykać, ale w lutym- marcu 2000 roku odczułem bardzo poważny spadek sprzedaży. Wówczas bardzo upowszechnił się Stadion X-lecia, na którym kwitła sprzedaż nielegalnych kopii muzyki. U mnie płyta kosztowała 50-60 zł na na stadionie 10-15 zł, a w pewnym momencie te podróbki były zrobione tak starannie, że przeciętny laik nie widział żadnej różnicy pomiędzy nimi, a oryginałami.

Dodatkowo otwierał się wówczas w Warszawie chyba już czwarty Media Markt, który oferował szeroki wybór płyt, często po dumpingowych cenach. Trzecim czynnikiem osłabiającym sprzedaż w moim sklepie była coraz powszechniejsza dostępność plików mp3. Zaczęła się moda na mp3 – dla niektórych przestawało być ważne co się ma, ale kluczowe stawało się – ile się ma.

Sklep nie zaczął pada stopniowo. Sprzedaż załamała się błyskawicznie, dosłownie w ciągu kilku tygodni. Pod koniec roku byłem zmuszony by sklep zamknąć. Znalazłem pracę w zupełnie innej branży, a potem stwierdziłem, że mam dość korporacji i znów chcę się zajmować tym co kocham i tym, na czym się znam najlepiej. W 2009 roku otworzyłem Wielką Płytę.


Jest lepiej? Płyty się sprzedają?

Płyty się sprzedają cały czas. Do mnie przychodzą ludzie tacy jak ty – kolekcjonerzy, którzy muszą mieć fizyczny nośnik, książeczkę, pudełko. Bardzo dużo ludzi ściąga płyty z sieci, ale metalowa publika jest bardzo lojalna i jeśli ściąga płyty to najczęściej poglądowo. Jeśli płyta się spodoba to się ją kupuje. Tak to działa.


A jak jest z renesansem płyt winylowych?

Też jestem kolekcjonerem i też zbieram płyty. Zauważyłem, że mniej więcej od 2005 roku winyl zaczął wracać. Na aukcjach internetowych zaczęło się pojawiać coraz więcej starych płyt, a ich ceny zaczęły rosnąć. To pokazało zapotrzebowanie na starsze albumy w formacie winylowym. Wytwórnie zaczęły wznawiać albumy na winylach i okazało się, że nabywców nie brakuje. Ludzi w naszym wieku nie było kiedyś stać na to by w młodości kupować płyty. Teraz po latach chcą sobie te marzenia z dzieciństwa spełnić i postawić ulubione albumy na półce.


Ale chyba nie sprzedajesz więcej winyli niż kompaktów?

Nie, wciąż sprzedaje się więcej płyt w formacie CD, ale sprzedaż LP z roku na rok coraz bardziej rośnie.


Czy w ciągu ostatnich lat sprzedaż niektórych tytułów cię zaskoczyła?

Niektóre płyty wyróżniały się wysokością sprzedaży. Wbrew pozorom nie były to albumy takich zespołów jak. np. Slayer, bo gdy wychodzi nowa płyta Slayer to dostępna jest wszędzie i ta sprzedaż rozbija się na wiele sklepów. Rzeczy mniej znane sprzedają się u mnie lepiej. W ciągu ostatniego roku hitem były dwa albumy: Mgła „Exercises in futility” oraz debiut Batushka. Sprzedaż debiutu Batushki jest u mnie absolutnym hitem.

Nieraz bywam też zaskoczony w drugą stronę – choćby ostatnim albumem grupy Vendetta. Katastrofa! Sprzedała się jedna sztuka (ja ją kupiłem – przyp. Maria Konopnicka), a pozostałe odesłałem do dystrybutora.

O Autorze

Redaktor Naczelny

Muzyką żyję od początku lat dziewięćdziesiątych - głównie tą najcięższą. Heavy, speed, thrash, death, doom, black to podstawowe pozycje w moim muzycznym jadłospisie. Na deser krautrock, muzyka elektroniczna, neofolk, muzyka filmowa i wszystko inne co wpadnie w ucho. Poza pisaniem o muzyce piszę także książki, ale to już nie pod tym pseudonimem. No i zbieram płyty CD i LP. Setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy...

Podobne Posty

3 komentarze

  1. Anita

    Bogdan to cudowny człowiek,który zaraził mnie miłością do heavy metalu!!!Do tej pory jej słucham ze swoimi dziećmi,którzy upodobali sobie ten rodzaj muzyki!!! Gorąco pozdrawiam Anita

    Odpowiedz
  2. Marcin

    Niestety, na sklep ryyyk natrafiłem jak już zamykał swoje podwoje. Pamiętam że to była pierwsza przepustkę z woja i miałem trochę czasu do pociągu którym miałem jechać do domu. Postanowiłem więc że pozwiedzam sklepy na centralnym i… objawienie, matka Boska wskazała mi drogę do sklepu gdzie tylko metal, wszędzie metal ( pochodzę z małej mieściny i aby zdobyć cokolwiek musiałem prosić kolesia ze sklepiku muzycznego by sprawdził czy czasem jego dostawca nie ma danego tytułu na stanie. Zawsze kręcił nosem ,ale jak wyczuł że jest nas więcej i może na tym lepiej zarobic jak na disco polo to był już bardziej powsciągliwy w komentarzach. Potem nastały czasy przekazów pocztowych i…)kasy mało a taki wybór. Pamiętam że kupiłem tylko zina „Burning abyss”ale przysięgałem sobie że tam wrócę. Niestety , po ptokach. Sklep zamknięty . Z rozpaczy zaczęłam szukać koło dworca(może się tylko przeniósł )potem trochę dalej. Na nic moje starania fatamorgana się rozmyła.
    Zin przepadł pożyczony komuś na wieczne oddanie. Tylko składanka dodana do burninga przypomina mi że nie oszalałam,że ten sklep istniał .

    Odpowiedz
  3. svartalvheim

    W ’96 byłem na koncercie w Rivierze. Neolithic tak mi się spodobał, że następnego dnia trafiłem do jakiegoś sklepu w centrum. Nie wiem czy przypadkiem czy może kuzyn mnie zaprowadził. Czy to możliwe, że to był Ryyyk? Kupiłem na kasecie for destroy the lament.

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany